Reklama

Jak przeżyć na otwartym morzu? Niewiarygodne historie

Rybak z Meksyku przez ponad rok dryfował po Oceanie Spokojnym nim został cudem odnaleziony. Wycieńczony i zarośnięty, ale niezwykle szczęśliwy trafił do szpitala. Nie jest on jednak jedynym rozbitkiem, który przetrwał tak długo na bezkresie oceanu.

37-letni Jose Salvador Albarengo pod koniec grudnia 2012 roku wypłynął na połów rekinów z odległego o 10 tysięcy kilometrów Meksyku i został zniesiony w morze. Jak twierdzi, przeżył dzięki piciu krwi żółwi i chwytaniu gołymi rękoma ryb i ptaków.

Reklama

Rozbitka znaleziono na odludnym atolu, na który został wyrzucony w swej łodzi z włókna szklanego, mierzącej 7,3 m długości. Policyjna łódź patrolowa zabrała go na główną z Wysp Marshalla, Majuro, gdzie opowiedział historię swojej epopei.

Albarengo, który jest rybakiem od 15 lat, wypłynął na połów z towarzyszem w wieku 15-18 lat, ale zmarł on w miesiąc po rozpoczęciu dryfowania. Sam żywił się ptakami i rybami. Wodę czerpał do metalowych pojemników w czasie deszczów. Przez prawie rok nie spotkał na oceanie żywej duszy. Jest to rekord, który ciężko będzie pobić. Dotychczasowy należał do Chińczyka Poon Lima, który przetrwał 133 dni na środkowym Atlantyku.

Sam na Atlantyku

W nocy 23 listopada 1942 roku frachtowiec s/s "Benlomond", na którym służył Poon Lim został wytropiony na trasie z Cape Town przez U-172 i zatopiony. Lim wyskoczył za burtę w ostatniej chwili - tuż przed eksplozją kotłów. Z całej, liczącej 54 osoby, załogi przeżył tylko on.

Po dwóch godzinach w wodzie trafił na tratwę ratunkową, w której znalazł kilka puszek sucharów, 40-litrowy zbiornik z wodą, nieco czekolady, worek cukru w kostkach, kilka rac świetlnych, dwie świece dymne i latarkę. Ponownie miał szczęście.

Osłonę przed słońcem i wiatrem zapewniał mu brezentowy dach. Pożywienie przez pierwsze dni miał zapewnione. Dopiero później wyjął drut z zepsutej latarki i zrobił z niego haczyk. Złowionych ryb nie zjadał od razu, lecz sprawiał je przy pomocy noża zrobionego z cynowej puszki, po czym suszył na lince rozciągniętej między masztami tratwy.

Trzy razy był bliski uratowania: najpierw pojawił się frachtowiec, jednak jego załoga prawdopodobnie uznała, że w pobliżu czai się okręt podwodny i pozostawiła go swemu losowi. Kilka dni później przeleciała nad nim grupa amerykańskich samolotów. I tym razem został dostrzeżony. Jeden z Liberatorów zrzucił nawet boję radiową, jednak kilka godzin później nadciągnął sztorm i boja odpłynęła, nim nadeszła pomoc. Kilka tygodni później natrafił na niemiecki okręt podwodny, jednak podwodnicy nie zainteresowali się samotną tratwą.

Po 133 dniach, 5 kwietnia 1943 roku, Poon Lim dotarł do wybrzeży Brazylii, gdzie uratowali go rybacy. W czasie dryfu Chińczyk stracił 9 kilogramów wagi, jednak dzięki ćwiczeniom, jakie regularnie robił, był w stanie samodzielnie chodzić. Po uratowaniu powiedział, że nikomu nie życzy, aby pobił jego rekord. Jego doświadczenie zostało użyte do napisania podręcznika przeżycia na pełnym morzu.

W kadłubie trimarana

Wskazówki zostawione przez Lima przydały się załodze nowozelandzkiego trimarana "Rose Noelle", który został przewrócony do góry stępką w czasie sztormu na południowym Pacyfiku. Czterej rozbitkowie, John Glennie, James Nalepka, Rick Hellriegel i Phil Hoffman spędzili na oceanie 119 dni, a kiedy ich odnaleziono, nikt nie chciał uwierzyć, że udało im się przeżyć. Początkowo policja sądziła, że są przemytnikami, którzy starają się ukryć przed sprawiedliwością. Dopiero oględziny wraku przekonały ich, że rozbitkowie mówią prawdę.

Okazało się, że rozbitkowie przetrwali dzięki niebywałemu zbiegowi okoliczności - udało im się schronić wewnątrz kadłuba, gdzie mieli schowane zapasy na miesięczną wyprawę. Po tym jak ogromna fala przewróciła jacht wszyscy na pokładzie byli przekonani, że zginą. Rano 5 czerwca 1989 roku, okazało się, że wszyscy są cali. Niestety nie działało radio, nadajnik, ani radionawigacja. Na podstawie wiedzy o prądach, które opływają Nową Zelandię wyliczyli, że w ciągu trzech miesięcy powinni dotrzeć do Ameryki Południowej. Tak się jednak nie stało.

Przez 119 dni żywili się zapasami, które zgromadzili na pokładzie, złowionymi rybami i ptakami, a wodę pozyskiwali z opadów deszczu. Kiedy zapasy się już kończyły, a przewidziane 3 miesiące dryfowania minęły rozbitkowie zaczęli tracić nadzieje na ratunek.

I wówczas stał się cud - zobaczyli rafę, a za nią ląd. Okazało się, że przed nimi jest ponownie Nowa Zelandia. Pacyficzne prądy z nich zadrwiły. Wrak "Rose Noelle" zatoczył wielkie koło po oceanie, by trafić niemal dokładnie w to samo miejsce, skąd żeglarze wypłynęli.

Kiedy wyszli na brzeg ogoleni, dobrze odżywieni i pełni werwy, nikt nie chciał uwierzyć, że przetrwali w morzu 119 dni. Zostali aresztowani, jako podejrzani przemytnicy i dopiero inspekcja wraku, a także kilka telefonów do ich rodzin rozwiało wątpliwości.

Wokół tyle wody, a nie ma co pić

Jedynie dwa dni krócej pod pacyficznym słońcem spędziło brytyjskie małżeństwo Bailey’ów, którzy wypłynęli z Southhampton na 31-stopowym jachcie, kierując się na Wyspy Galapagos. Bezpiecznie przepłynęli Kanał Panamski, by 4 marca 1973 roku stało się coś niezwykłego - ich jacht zderzył się z wielorybem i zaczął powoli tonąć.

Maurice i Maralyn zaczęli na tratwę i ponton przenosić zapasy jedzenia, wody, kompas i inne rzeczy, które mogłyby im się przydać na oceanie. Kiedy zabrakło pożywienia łowili ryby i żółwie na haczyk zrobiony z agrafki. Kiedy zabrakło wody, pili krew ptaków i z nadzieją oczekiwali deszczu.

W czasie dryfu widzieli siedem statków, jednak ratunek nie nadszedł. Powoli tracili nadzieje. Tym bardziej, że Maurice bardzo cierpiał z powodu ran i niedożywienia. Dodatkowych cierpień dostarczała słona woda, która się dostawała do rozpadającej się tratwy.

Po przepłynięciu w tratwie około 2,5 tysiąca kilometrów Bailey’sowie zostali uratowani przez koreańską łódź rybacką 30 czerwca 1973 roku. Byli skrajnie wychudzeni. Oboje stracili po około 20 kilogramów wagi, a ich nogi nie były w stanie utrzymać ich w pozycji pionowej. Już rok później postanowili znów opłynąć świat dookoła.

Samotni przeciwko żywiołowi

Nikt inny nie przeżył na morzu dłużej, niż 100 dni. Pierwszymi znanymi rekordzistami była załoga Devastatora, amerykańskiego samolotu pokładowego, która dryfowała przez 34 dni. Rekord wkrótce został pobity przez załogę Liberatora o nazwie własnej "Green Hornet", która na Pacyfiku bez jedzenia i picia przeżyła 47 dni. W międzyczasie atakowały ich rekiny, byli ostrzeliwani przez japoński samolot, a na końcu obrzuceni bombami głębinowymi jednak udało im się przeżyć. Trafili na wyspę zajętą przez Japończyków i dostali się do niewoli.

Historie wszystkich rozbitków obfitują w opowieści o silnej woli przeżycia. Każdy z nich podkreślał później, że w chwila, kiedy ich towarzysze tracili nadzieję i się załamywali był początkiem ich umierania. Wszyscy przeżyli tylko dlatego, że przyrodzie nie udało się złamać ich ducha.

Sławek Zagórski

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje