Gry uliczne

Kto był kujonem i nosił niemodne okulary? Kto marzył o kolarzówce i na lodowisku wybił zęby? A kto, żeby zaimponować kolegom, uciekł z domu? Halina Młynkowa, Monika Richardson, Rafał Bryndal, Robert Gonera i Edyta Jungowska wspominają podwórkowe życie i zasady przetrwania w grupie, które czasem są aktualne do dziś.

Rafał Bryndal: Zawsze na czatach

Ulica w Toruniu, grupa chłopaków dwunasto-, trzynastoletnich. I ja. Lat osiem, marzący, by należeć do bandy. To był czas walk między dzielnicami, pamiętam, że na bijatyki chłopaki umawiali się w sadzie. Rwałem się, ale mnie nie brali, bo uważali, że jestem za słaby, za mały. Kibicowałem im więc z oddali, zza drzewa. I pomagałem, jak mogłem. Robiłem dla nich proce. Walka była ostra.

Reklama

W mojej głowie ten uliczny konflikt urastał do rangi wojny domowej. Toruń słynął z hokeja, na naszej ulicy mieszkał znany król strzelców polskiej ekstraklasy Waldemar Załadas. Robiliśmy wszystko, żeby być jak najbliżej niego. Gdy przywieźli mu węgiel, rwaliśmy się, żeby zanieść do piwnicy. No i oczywiście graliśmy. Na boisku przed szkołą wylewaliśmy wodę, ktoś stawiał bramki.

Jak wszyscy nauczyłem się jeździć na łyżwach. Dowodem, że starsi przyjęli mnie do grupy, był fakt, że pozwolili stanąć na bramce. Efekt? Wybite zęby, podarte spodnie. Raz wywróciłem się tak, że poharatałem język. Jakie poświęcenie dla grupy! Sukces w sporcie był sprawą honoru. Z dzieciństwa zostało mi utożsamianie się z sukcesem innych, oglądam NHL, chodzę na mecze, gram w hokeja na rolkach.

Na podwórku organizowaliśmy wyścigi kolarskie. Ja się nie ścigałem, bo nie wierzyłem w swoje szanse, więc na zawodach mierzyłem czas. Wzbudzałem sympatię największych chuliganów, bo potrafiłem w odpowiednim czasie powiedzieć coś śmiesznego. Odpuszczali, wiedzieli, że mam swój świat, piszę wiersze, a znajomi ojca, muzycy, uczą mnie grać na pianinie i w ogóle mam artystyczną duszę. Nie oberwałem nigdy aż tak, żebym pamiętał. Raz podłożyłem bandziorowi nogę, wywalił się, a potem gonił przez całą dzielnicę. Miałem swoje skróty, więc uciekłem z prędkością bolidu, ale potem długo bałem się wychodzić z domu.

Spełniłem marzenie babci, kiedy zgłosiłem się do ministrantów. To był duży prestiż, nawet dla kolegów z podwórka, nieść na mszy Pismo Święte. Specjalnie szedłem na roraty o szóstej rano, dostawałem najważniejsze fuchy, bo nie było konkurencji. Kochałem się w Grażynce, blondynce z piegami. Czekałem pod jej domem w nadziei, że wyjdzie do sklepu. Gdy wychodziła, nieśmiało mówiłem: "Cześć, mogę cię odprowadzić?". Zgadzała się, szliśmy w milczeniu. Na tym się skończyło. Wybrała innego. Dla mnie to był dramat.

Gdybym miał choć kolarzówkę, na przykład jaguara, jak dwóch braci z podwórka, za którymi dziewczyny szalały, byłbym kimś. Nie bardzo miałem czym imponować, choć pamiętam, że tata przywiózł mi z Jugosławii kolorowe pisaki i samochody na resorach. Dumny wziąłem je do szkoły. Całe dzieciństwo miałem do siebie pretensję, że jestem za mało umięśniony, że wstydzę się na szkolnej dyskotece poprosić dziewczynę do tańca. Żal do siebie o to, że czegoś nie zrobiłem, mam przez całe życie. Tyle że wtedy na wszystko miałem jeszcze czas.

Nie wiem, co się stało z kumplami. Jeden ma czworo dzieci i wszystkie wyglądają jak on. Dziś w Warszawie mam grupę kolegów, z którymi spotykamy się w knajpach. Jeden z nich, mecenas, ostatnio powiedział: "Bryndal, my to jesteśmy tacy chłopcy z ferajny, tylko nam się podwórko do knajpy przeniosło. Wychodzimy z domu, przychodzimy tu, rozglądamy się, kto jest, kto przyjdzie, wszystko jest jak kiedyś". A ja nadal nie jestem liderem, tylko uzupełnieniem, kimś, kto w odpowiednim momencie powie coś śmiesznego.

Halina Młynkowa: Szkoła przetrwania

Koleżanki krzyczały pod moim oknem: "Halina, chodź do nas, idziemy bawić się nad rzekę". To była Katka, Hania, Nadia, Verka i Pavlinka. W wakacje beztrosko wybiegałam każdego dnia. Gorzej w ciągu roku. Wiedziałam, że nie mam szans na zabawę, dopóki nie odrobię lekcji i nie poćwiczę na fortepianie. Ojciec był człowiekiem z zasadami. Mama nie podważała jego decyzji. Czuliśmy przed nim respekt i bez negocjacji robiliśmy to, co do nas należało. Trochę zazdrościłam koleżankom luzu.

Zajęcia pozalekcyjne spowodowały, że z roku na rok coraz bardziej oddalałam się od moich podwórkowych koleżanek, aż w końcu całkowicie przestałam się z nimi spotykać. Moją najlepszą przyjaciółką była Katka, młodsza o dwa lata. Widywałam ją tylko w weekendy i w wakacje. Na co dzień mieszkała w Hawierzowie. Tata ją lubił, bo miała ambicje. Okna naszych pokoi zwrócone były do siebie. Przeciągnęłyśmy pomiędzy nimi linkę jako symbol łączącej nas więzi i wysyłałyśmy do siebie listy.

Wymyślałyśmy razem układy taneczne do piosenek Kylie Minogue, a wieczorami dawałyśmy koncerty. Katka grała na akordeonie, ja na pianinie. Otwierałyśmy okna każda w swoim pokoju, ja krzyczałam: "Katka, trzy, cztery, już!". I grałyśmy. Na naszym podwórku wróg był jeden - obce dzieci, które przyjeżdżały do sąsiadów. Próbowaliśmy je przegonić. Gdy "tamci" kąpali się w rzece, czasem rzucało się kamieniem, ale tak żeby ochlapać, nie zranić. Raz nawet do ciotki któregoś z "tamtych", napisaliśmy list z pogróżkami. "Jeśli oni będą tu się tak panoszyć, popamiętacie wszyscy". Na sąsiadów Czechów zawsze można było liczyć. Obronili przed Czechami ze szkoły. Bo w szkole polsko-czeskiej były wojny. Miałam sześć lat, kiedy kolega, który dostał rękawicę bokserską na Gwiazdkę, uderzył mnie w brzuch tak mocno, że zrobiło mi się ciemno przed oczami. Było mi przykro. Wcześniej go lubiłam. Część polską i czeską szkoły dzieliła siatka, ale mieliśmy wspólną salę gimnastyczną, stołówkę i szatnie w jednym korytarzu, które oddzielała potłuczona szyba. Na wuef trzeba było przejść przez długą czeską szatnię. Oni na nas czyhali, żeby stłuc, oczywiście my też nie pozostawaliśmy dłużni.

W szkole podstawowej miałam najprzystojniejszego chłopaka. Byliśmy parą, choć nigdy z nim nie porozmawiałam. Pisaliśmy do siebie listy, a kiedy mijaliśmy się na korytarzu, płonęłam ze wstydu i szłam bez słowa dalej. Rozstaliśmy się również bez słowa. W liście.

Gdy wracam do domu na Zaolzie, spotykam się z Katką, która też odwiedza rodziców. Kiedy byłyśmy już dorosłe, jej ojciec zburzył drewniany dom i postawił nowy, zaprojektowany tak, by okna jej pokoju wychodziły na moje. Do dziś zdarza nam się siedzieć w oknie i rozmawiać jak za starych czasów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje