Reklama

Dziesięcioletnia morderczyni o twarzy aniołka

Mary Bell była córką prostytutki i złodzieja, dziewczynką o psychopatycznych skłonnościach, która lubiła dręczyć ludzi i zwierzęta. Czy dwaj chłopcy zginęli, ponieważ nikt nie traktował serio jej morderczych instynktów?

Bytom, Manchester czy Zagłębie Ruhry - familoki zawsze wyglądają podobnie. Scotswood, biedne przedmieścia Newcastle, to w dużej mierze pozbawione zieleni monotonne ulice z szeregami ciasnych ceglanych domów, na których dziesięciolecia rewolucji przemysłowej pozostawiły osad węglowego pyłu.

Spokojne przedmieście

W latach 60. ubiegłego wieku Scotswood wyglądało tak samo, jak na początku stulecia, zamieszkująca dzielnicę ludność też niewiele się zmieniła, choć zamiast górników i stoczniowców teraz więcej było tu złodziei, prostytutek i bezrobotnych. W 1968 roku, kiedy świat zachłystywał się rewolucją dzieci-kwiatów, ta dickensowska sceneria stała się miejscem dość paskudnych wydarzeń.

Martin Brown miał cztery lata. W ciepłe majowe popołudnie grzebał sobie w ziemi na podwórku. Mniej więcej kwadrans po trzeciej zniknął z oczu opiekunom. O wpół do czwartej trzech wyrostków zbierających drewno znalazło jego ciało przecznicę dalej, w zrujnowanym domu przeznaczonym do rozbiórki.

Reklama

Wszędzie było pełno krwi

Dziecko leżało pod oknem, wpatrując się szklistym wzrokiem w sufit, po policzku i brodzie spływała mu krew ze śliną. Przerażeni chłopcy zaalarmowali pracujących na budowie robotników. Mężczyźni pamiętali Martina, tego samego dnia rano częstowali go herbatnikami, kiedy przyszedł pooglądać koparkę. Próbowali reanimować malca, ale bez rezultatu, ktoś pobiegł zadzwonić po policję.

Na chodniku przed domem kręciły się dwie dziewczynki, zaglądały przez okna i koniecznie chciały dostać się do środka, ale je przegoniono. Dziesięcioletnia Mary Bell i jej przyjaciółka Norma poszły więc do ciotki małego Browna powiedzieć, że zdarzył się wypadek i chyba chodzi o Martina i że "wszędzie było pełno krwi".

- Pokażę ci, gdzie to jest - zaproponowała Mary zszokowanej kobiecie.

"Lepiej uważajcie?"

Przybyła na miejsce policja nie znalazła na ciele chłopczyka śladów przemocy - żadnych sińców po duszeniu czy uderzeniach. Jedyne, co odkryto, to leżąca obok zwłok pusta fiolka po aspirynie - jeśli chłopiec zjadł wszystkie tabletki, to musiały mu zaszkodzić. Śmierć uznano więc za nieszczęśliwy wypadek i choć w rubryce "przyczyna zgonu" wpisano: "nieznana", sprawa nie trafiła do wydziału kryminalnego.

Scotswood było poruszone. Pomstowano na niedostateczne zabezpieczenia terenu rozbiórki, na bezużyteczność policji, na władze miasta, opiekę społeczną i rząd. Ostrzegano dzieci przed niebezpiecznymi zabawami. Plączące się po ulicach, podekscytowane Mary i Norma słuchały tych narzekań z płonącymi uszami.

Napisy pełne byków

Dwa dni po śmierci chłopczyka, w poniedziałek, wychowawczynie z miejscowego żłobka, przybywszy rankiem do pracy, stwierdziły włamanie. Jakiś wandal wdarł się do środka przez wybitą szybę i zdemolował co się dało.

Stoliki i krzesła były poprzewracane i połamane, zabawki rozrzucone, środki czystości porozlewano po podłodze. Pośród tego pobojowiska walały się kartki zabazgrane niewprawnym i mało ortograficznym pismem o niepokojącej treści: "jestem mordercą WIENC moge wrucić, zabiliśmy Martina brown lepiej uwarzajcie piepszcie się" - i tak dalej w kilku wariantach. Policja zabrała kartki na komisariat i zakwalifikowała je jako idiotyczny wygłup.

Przerażające wypracowanie

Ponieważ włamania do żłobka zdarzały się już wcześniej, w budynku założono alarm. Tego samego dnia siedząca w dusznej klasie Mary Bell żmudnie pisała wypracowanie z angielskiego na temat dowolny. Na początek ozdobiła je rysunkiem dziecka rozciągniętego na wznak i butelki z napisem "tabletki" oraz jakiejś dorosłej osoby.

Wypracowanie głosiło: "W sobotę byłam w domu i mama wysłała Mnie żebym spytała Normę czy nie Przeszłaby się ze mną na spacer? szłyśmy tam i z powrotem Margaret Road i były tam tłumy ludzi przed starym domem. Spytałam co się dzieje. był tam chłopiec który Właśnie położył się i Umarł".

"Widzisz ten dom? Tam zabiłam"

Praca dziewczynki nie zwróciła szczególnej uwagi nauczyciela, chociaż poza nią nikt w klasie nie napisał o śmierci Martina. Może dlatego, że mała Bell miała opinię nadaktywnej osóbki o bujnej wyobraźni i jej wybryki nie robiły już na nikim wrażenia.

Podobnie nie zrobiły wrażenia na przypadkowym świadku jej wrzaski tydzień później. Pewien chłopak czekał na kumpli w pobliżu należącej do żłobka piaskownicy i wtedy zobaczył awanturę. Mary i Norma biły się, gryzły i szarpały.

- Ja jestem mordercą! - wrzeszczała Mary, drapiąc przyjaciółkę po twarzy. - Widzisz ten dom?! Tam zabiłam! - upierała się między jednym a drugim kopniakiem.

"Pomożemy ci szukać"

Mijały tygodnie. Mały Martin Brown spoczywał na cmentarzu, rok szkolny się skończył i dla miejscowych dzieciaków nadszedł czas wakacyjnej nudy. Snuły się w upale po zakurzonych ulicach, wystawały w bramach, plując słonecznikiem, grały w piłkę i czasem się kłóciły.

31 lipca trzyletni Brian Howe nie przyszedł z dworu, gdzie się bawił z kolegami, na kolację. Po małego wysłano jego starszą siostrę Pat.

- Szukasz Briana? - zagadnęły ją siedzące na murku Mary i Norma. - Pomożemy ci.

Trzy dziewczynki obeszły sąsiednie ulice i podwórka, nawołując chłopczyka. Potem obie koleżanki poprowadziły opierającą się nieco Pat w stronę torów kolejowych, za którymi rozciągały się tereny przemysłowe.

Ciało wśród prefabrykatów

Pusty plac pełen resztek budowlanych i zardzewiałych wraków był ulubionym miejscem gier i zabaw miejscowej młodzieży.

- Może jest za tymi betonowymi blokami albo między nimi - podsuwała Mary.

- Nie. Brian nigdy tam nie chodzi - zaprzeczyła Pat i przestraszona pobiegła do domu.

Na ciało chłopczyka policjanci natknęli się przed północą - przykryte trawą leżało wśród fragmentów betonowych prefabrykatów.

- Mary chciała, żeby Pat znalazła brata. Chciała, żeby przeżyła szok - przyznała później Norma.

Na razie szok przeżyli funkcjonariusze. Dziecko zostało uduszone. Na udach malca widniały rany kłute, genitalia częściowo oskórowano, na brzuchu wycięto żyletką literę M. Okaleczenia powstały już po śmierci. W pobliżu zwłok znaleziono rozbite nożyce i pukle obciętych włosów chłopca.

- Wygląda to tak, jakby ktoś się bawił. To przerażające - zwierzył się prasie prowadzący sprawę inspektor James Dobson.

Bawił się zepsutymi nożycami

W Scotswood zawrzało. Przerażeni rodzice przestali wypuszczać pociechy na ulicę. I coraz częściej zadawali sobie pytanie, czy śmierć czteroletniego Martina sprzed paru miesięcy była naprawdę nieszczęśliwym wypadkiem.

Podobnie zaczęła uważać policja, funkcjonariusze prowadzili dochodzenie, przepytując wszystkich, łącznie z dziećmi od trzeciego roku życia. Wkrótce trafili na Normę i Mary. Ta ostatnia, jak zauważyli śledczy, wydawała się ostrożna i grała twardą, a przy tym wyraźnie kręciła. Natomiast Norma sprawiała wrażenie przede wszystkim podekscytowanej morderstwem, wciąż się uśmiechała, jakby to koszmarne zdarzenie było świetnym żartem.

Przesłuchiwana Mary oświadczyła, że po południu w dniu śmierci Briana widziała go w towarzystwie pewnego ośmiolatka, który uderzył malca bez powodu. Zauważyła też, że ten podejrzany chłopak bawił się zepsutymi nożycami, w srebrnym kolorze i z jednym ostrzem wygiętym albo złamanym.

Dyskretna obserwacja dziewcząt

Prowadzący sprawę inspektor Dobson wydawał się naprawdę zaintrygowany, a Mary po raz pierwszy w życiu zyskała wdzięcznego słuchacza. Rzecz w tym, że informacji o znalezionych nożycach policja nie podała do wiadomości publicznej... Zaś wspomniany ośmiolatek, jak sprawdzono, miał alibi: spędził popołudnie z ojcem na lotnisku w Newcastle.

Dobson postanowił objąć dziewczęta dyskretną obserwacją i zdobyć o nich więcej informacji. Dowiedział się, że 11 maja Mary i Norma w pobliżu pustych szop za pubem "znalazły" trzyletniego chłopca z rozbitą głową. Dzieciak podobno spadł z dwumetrowego muru - później Mary przyznała, że sama go zepchnęła.

Parę dni po tym wydarzeniu mała Bell zaatakowała dzieci w pobliżu żłobka - o zdarzeniu powiadomiono policję, która ograniczyła się do spisania protokołu i pouczenia winowajczyni.

Już nie są przyjaciółkami

Norma zeznała wówczas: - Mary podeszła do jednej dziewczynki i spytała: "Co się dzieje, kiedy kogoś duszą? On umiera?" Położyła jej ręce na gardle i ścisnęła. Twarz dziewczynki zrobiła się purpurowa. Mary puściła ją i podeszła do drugiej. Wtedy uciekłam i zostawiłam Mary. Już nie jestem jej przyjaciółką.

Inspektor Dobson dowiedział się również, że 10 dni później zginął Martin Brown. I że już po tym wypadku, w dzień swoich jedenastych urodzin, Mary została przyłapana na podduszaniu młodszej siostry Normy. Na szczęście ojciec dziewczynek w porę zauważył, co się dzieje, oderwał ręce małej dusicielki od szyi dziecka i dał jej po łapach.

Do tego, co usłyszał, inspektor dodał to, co zobaczył na własne oczy. W dniu pogrzebu Briana, 7 sierpnia, Mary stała przed domem Howe'ów, kiedy wynoszono trumnę. Dziewczynka śmiała się radośnie i zacierała ręce, a potem ruszyła w podskokach za konduktem żałobnym.

Do pogrzebu by nie doszło

- Rany boskie, to przecież była ona! I pomyślałem, że jeśli jej nie zamknę, znowu to zrobi - wspominał potem policjant. Uświadomił sobie także, że gdyby ktoś w porę potraktował poważnie przechwałki Mary i jej agresywne zachowanie, notatki w szkolnym zeszycie, anonimy w zdemolowanym żłobku, to do pogrzebu Briana najpewniej by nie doszło.

Inspektor Dobson postanowił jeszcze raz porozmawiać z Normą. Bez swojej dominującej przyjaciółki dziewczynka okazała się rozmowniejsza. Stwierdziła, że Mary przyszła do niej pochwalić się, że zabiła Briana i zaprowadziła ją na plac za torami, aby pokazać ciało. Złapałam go za gardło i przydusiłam płuca, tak to się robi! A ty pilnuj swojego nosa i nie mów nikomu - miała powiedzieć. Gdy Norma zobaczyła chłopczyka, wiedziała, że nie żył.

Robiła pogardliwe miny

Śledczy nie tracili czasu i w środku nocy przywieźli Mary na komisariat. Nie było z tym specjalnego problemu. Matka dziewczynki, z zawodu prostytutka, większość wieczorów spędzała w "interesach" w Glasgow. Jej konkubent, pan Bell, pracujący jako wykwalifikowany złodziej, miał na głowie swoje sprawy.

Podejrzana, wprowadzona na przesłuchanie tuż po północy, zdawała się odgrywać wszystkie zachowania znane z filmów sensacyjnych. Robiła pogardliwe miny, nic jej nie dziwiło, do niczego się nie przyznawała.

- Nie będę składać żadnych wyjaśnień. Norma kłamie. Zawsze chce mnie wpędzić w kłopoty. Idę do domu, mam dość tego prania mózgu - oświadczyła.

Uświadomiona, że nie wyjdzie, póki nie opowie całej historii, spytała nonszalancko, czy w areszcie są pluskwy. Jednak noc, surowy pokój przesłuchań i nieustępliwość inspektora w końcu zrobiły swoje - mała zaczęła się łamać. Przyznała, że była obecna przy śmierci Briana i pewnym głosem podyktowała zeznanie.

"Idziesz do sklepu, Brian?"

On był na ulicy, a ja i Norma podeszłyśmy do niego i Norma spytała: "Idziesz do sklepu, Brian?". A ja powiedziałam: "Norma, nie masz pieniędzy, to po co idziesz do sklepu? Co ty kombinujesz?", a ona powiedziała: "Nie wtrącaj się".

Brian dołączył do nas i Norma kazała mu iść przed nami. Ja chciałam, żeby wracał do domu, ale Norma zaczęła głośno kaszleć i Brian nie usłyszał. Przeszliśmy koło sklepu Dixona i wspięliśmy się na nasyp, to znaczy przeleźliśmy przez dziurę i potem przez tory. Wtedy spytałam: "Norma, gdzie ty idziesz?", a ona powiedziała: "Znasz tę małą sadzawkę, gdzie są kijanki?".

Doszliśmy tam i obok leżała taka wielka stara cysterna z jedną dużą dziurą i małymi dookoła. Norma powiedziała do Briana: "Tutaj przychodzi taka pani i przynosi pudełka cukierków". Wleźliśmy wszyscy do środka cysterny i chłopczyk zaczął płakać. Norma spytała go, czy go boli gardło, zaczęła je oglądać i ściskać, a on zaczął płakać jeszcze bardziej. Potem Norma powiedziała: "To nie jest to miejsce, gdzie przychodzi pani z cukierkami. Ona przychodzi tam, przy tych betonowych blokach".

"Zaczęła go macać po szyi"

Poszliśmy do bloków i Norma powiedziała do Briana: "Masz się położyć na ziemi" i on się położył, tak jak go potem znaleziono. Wtedy ona zaczęła go macać po szyi i ściskać mocno. Widać było, że mocno, bo jej palce robiły się białe. Brian się wyrywał, ja zaczęłam szarpać jej ramiona, ale ona oszalała.

Próbowałam ją odepchnąć, a ona zaczęła na mnie wrzeszczeć. W tym momencie uderzyła głową Briana o jakiś kamień czy kawał drewna i chłopczyk przestał się ruszać. Jego twarz była cała biała i sina, i miał otwarte oczy. Usta miał purpurowe, a na nich coś jakby ślina zamieniona w pianę. Norma wstała, a ja powiedziałam: "Norma, nie mam z tym nic wspólnego. Mogłabym o tobie powiedzieć, ale nie powiem".

Mała Lassie tam była i zaczęła skomleć, a Norma powiedziała: "Nie zaczynaj, bo zrobię to samo z tobą". Chciała ją złapać za gardło, ale pies zaczął warczeć. Szłyśmy do domu, a ja niosłam małą Lassie, wypuściłam ją za torami kolejowymi. Norma wygłupiała się, robiła śmieszne miny i rozcapierzała palce. Powiedziała: "To był pierwszy, ale nie ostatni". Przestraszyłam się.

"Kazała mi zabrać pióro"

Norma poszła do domu, wzięła nożyce i schowała je za gumkę od majtek. Kazała mi zabrać pióro. Zapytałam, po co, a ona na to: "Żeby coś napisać na jego brzuchu". Wróciłyśmy na plac. Norma obcięła włosy Briana.

Próbowała uciąć mu nogę i ucho, ale nożyce były tępe. W trawie za blokami znalazła żyletkę. Jakiś człowiek szedł kładką nad torami. Poszłam sobie stamtąd. Norma dogoniła mnie, przełażąc na skróty przez trawę i krzaki. Ja nie mogłam iść przez trawę, bo miałam swoje czarne pantofle. Powiedziałam do niej: "Jak Pat się dowie, zabije cię".

Później pomagałam szukać Briana i chciałam zaprowadzić Pat tam, gdzie on leżał, ale Norma ją odciągnęła. Zawołali mnie do domu około wpół do ósmej. Obudziłam się po jedenastej i staliśmy w drzwiach, kiedy Briana znaleźli. Przeczytałam powyższe zeznanie i powiedziano mi, że mogę coś dodać lub zmienić, jeśli sobie życzę. To zeznanie jest prawdziwe i złożone z własnej woli. Podpisano: Mary Flora Bell.

Inteligentna i niebezpieczna

Zeznanie Mary, choć częściowo istotnie prawdziwe, było głównie aż nadto czytelną próbą obciążenia Normy. Jednak inspektor Dobson nie dał się nabrać. Formalnie oskarżył Mary o zamordowanie Briana Howe'a. Aresztował również Normę. Obie dziewczynki osadzono w policyjnym areszcie Newcastle West End, gdzie czekały na proces.

Gdy za murami aresztu dwie zdenerwowane małolaty obrzucały się nawzajem obelgami, na zewnątrz rozpętało się małe piekło. Oczywiście w porównaniu do dzisiejszych standardów, wyznaczanych przez tabloidy, ówczesne media brytyjskie zachowywały się dość powściągliwie, jednak na tragedii w Scotswood pożywiło się całkiem sporo osób.

Dziennikarka Gitta Sereny, skrupulatnie relacjonująca przebieg sprawy, wydała swoje sprawozdania w formie książki zatytułowanej "Przypadek Mary Bell". Matka dziewczynki, Betty, również zwietrzyła okazję do zarobienia paru groszy. Na prawo i lewo udzielała płatnych wywiadów, a później, już po procesie, próbowała sprzedać prasie rzekome pamiętniki córki.

Przestraszona dziewuszka

Na pilnujących ją funkcjonariuszach Mary w pierwszym momencie zrobiła dobre wrażenie - wydawała się małą przestraszoną dziewuszką, niemającą pojęcia, co właściwie uczyniła. Kiedy poznali ją bliżej, złudzenie prysło - przy jej charakterystyce widniały słowa: inteligentna, pewna siebie, bezczelna. A przy tym przerażająco bezpośrednia. Przyłapana na duszeniu kociaka na spacerniaku wyjaśniła zdumionemu strażnikowi: - Ależ on nic nie poczuje. Lubię ranić małe stworzenia, które nie mogą się bronić.

Obydwie panny poddano badaniom psychiatrycznym, co pozwoliło zdiagnozować u Normy niedorozwój umysłowy, zaś u Mary typowe objawy psychopatologii. Po badaniu psychiatra dr Orton miał powiedzieć:

- Widziałem wiele psychopatycznych dzieci, lecz jeszcze nie spotkałem takiego, jak Mary: tak inteligentnego, manipulującego innymi i tak niebezpiecznego. Sformułowana przez lekarza opinia nie pomogła dziewczynce na zbliżającym się procesie.

Zeznania przed sądem

Rozprawa odbyła się w październiku 1968 roku. Oprócz oskarżenia o zamordowanie małego Briana Mary i Norma odpowiadały też za śmierć Martina Browna. Prokuratura zdołała ustalić, że obu zabójstw dokonała ta sama osoba.

Brak śladów wskazujących na użycie siły w przypadku Martina był, jak się okazało, mylący. Nafaszerowanego aspiryną chłopca uduszono, zatykając mu usta i nos. Na ciałach obu ofiar znaleziono szare nitki - pochodziły z sukienki Mary Bell. Małą dusicielkę pogrążyły ostatecznie zeznania zapłakanej Normy, która opowiedziała, jak po południu 25 maja Mary zajrzała do niej przez okno, mówiąc tajemniczo, że "coś się stało". Chciała ją zaprowadzić do rozbieranego domu, lecz kiedy tam doszły, ciało Martina właśnie znaleziono i nie zostały wpuszczone do środka.

Opowiedziała też, że w lipcu to Mary siedząc okrakiem na leżącym Brianie dusiła go, zatykając mu nos i nawet prosiła Normę, by ją zastąpiła, "bo jej ręce mdleją", lecz dziewczynka uciekła. Mimo to wróciła później z przyjaciółką na miejsce zbrodni i patrzyła, jak ta kaleczy zwłoki. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego.

"Uwięzić na życzenie Jej Królewskiej Mości"

W przeciwieństwie do roztrzęsionej Normy Mary Bell była niewzruszona. Siedziała prosto, oczy miała suche, a na pytania odpowiadała krótko i rzeczowo.

Wyrok zapadł po dziewięciu dniach rozprawy. Mary Bell uznano winną, lecz biorąc pod uwagę jej ograniczoną poczytalność wynikającą z psychopatii, zmieniono kwalifikację czynów z morderstwa na zabójstwo. Werdykt brzmiał: "Uwięzić na życzenie Jej Królewskiej Mości", co w praktyce oznaczało niesprecyzowanie długie więzienie jako środek zapobiegawczy. Normę uniewinniono, zalecając nadzór psychiatryczny.

Problemem pozostawało miejsce, w którym skazana miałaby odsiadywać swoją karę. Ostatecznie wylądowała w Red Bank, nowo powstałym poprawczaku dla chłopców o zaostrzonym rygorze, a po skończeniu 16 lat - w półotwartym więzieniu dla kobiet. Zwolniono ją warunkowo w 1980 roku.

Natalia Karnecka-Michalak

Rys. Paulina Dudzik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje