Reklama

Centralia - miejsce, w którym zamieszkał szatan

To ciche górnicze miasteczko, położone w stanie Pensylwania (USA), było malowniczym miejscem. Pożar, który wybuchł w 1962 r., sprawił, że wynieśli się z niego prawie wszyscy mieszkańcy. Prawie, bo jak powiadają niektórzy, osiedlił się tutaj sam władca piekieł...

Historia Centralii sięga XVIII wieku, kiedy to za sumę odpowiadającą niemal 800 tysiącom dolarów koloniści odkupili od Indian ziemię, na której powstało później to niewielkie miasteczko.

Reklama

Przejęte tereny okazały się bogate w złoża węgla, na czym w połowie XIX wieku skorzystał inżynier Alexander Rae. Wraz z rodziną postanowił przeistoczyć Centreville z dziury, w której działała jedynie tawerna, w miejsce, gdzie faktycznie mogą mieszkać rodziny z dziećmi. A przy okazji nieźle się na tym dorobić.

W 1856 r. w Centralii (nazwę Centreville zmieniono na prośbę amerykańskiej poczty) powstały pierwsze dwie kopalnie. Dekadę później Rae został zabity przez szajkę Mollies, do której należeli górnicy o irlandzkim pochodzeniu.

Morderstwo założyciela i "dobrego ducha" było początkiem całej serii zdarzeń, jakie ostatecznie wyludniły okolicę. Warto nadmienić, że swoją złą sławę Centralia zawdzięcza także klątwie rzuconej na to miasteczko przez katolickiego księdza Daniela Ignatiusa McDermotta w 1869 r. Na tego duchownego także polowali Mollies.

McDermott zarzekał się, że pewnego dnia jego kościół będzie jedynym stojącym budynkiem w przeklętym mieście. Po niecałych stu latach jego przepowiednia prawie się spełniła.

Za złotych czasów, czyli pod koniec XIX w., w miasteczku mieszkało prawie trzy tysiące ludzi i działało aż pięć kopalni. Wydobycie węgla w tym rejonie nigdy nie było większe. Sielanka skończyła się wraz z wybuchem I wojny światowej.

Do armii zaciągali się tutejsi górnicy, wielu z nich nigdy tu już nie wróciło. W 1929 r. z powodu krachu giełdowego firma Lehigh Valley Coal Company zamknęła pięć należących do niej kopalń znajdujących się w Centralii.

Miasto znalazło się w poważnych tarapatach. Wielu bezrobotnych górnikow próbowało wydobywać węgiel na własną rękę korzystając z pozostawionych bez żadnego zabezpieczenia nieczynnych szybów.

Gdyby tego było mało, wybuch jednej z działających kopalni w 1947 r. pozbawił życia aż 111 osób. Aż trudno uwierzyć, że najgorsze, co mogło spotkać to przeklęte miasteczko jeszcze się nie wydarzyło...

W 27 maja 1962 r., najprawdopodobniej podczas spalania śmieci w przeznaczonym do tego dawnym szybie kopalnianym, ogniem zajęło się jedno z głównych żłóż węgla przebiegających pod miastem. W efekcie palić zaczął się podziemny teren o powierzchni blisko 1500 hektarów!

Devid DeKok, autor książki "Unseen Danger: A Tragedy of People, Government and the Centralia Mine Fire" napisał w niej:

"Tam nie dało się przeżyć, temperatura była wyższa niż na Merkurym, a atmosfera bardziej trująca niż na Saturnie. W miejscu, gdzie wybuchł pożar temperatura dochodziła do 540 stopni Celsjusza. W tunelach wiły się kłęby chmur tlenku węgla...".

Jeszcze tego samego dnia starano się, aby płomienie nie wypełzły z podziemnych szybów. Kiedy tylko pojawiały się na powierzchni gaszono je wodą. Było to jednak chwilowe rozwiązanie.

W domach znajdujących się w Centralii zaczęto montować czujniki dymu, a w kilku wyznaczonych miejscach wykonano specjalne odwierty, by móc sprawdzać na bieżąco temperaturę piekła znajdującego się niecałe sto metrów pod ziemią.

W 1969 r. z miasteczka wyniosły się trzy rodziny. Jedenaście lat później United States Bureau of Mines (specjalny departament rządowy do spraw kopalń) ogłosił, że sytuacja wciąż nieugaszonego pożaru w Centralii nie jest kontrolowana. Zdecydowano się na przeniesienie aż 27 rodzin z zagrożonych terenów.

O tym, dlaczego życie w tej części Pensylwanii stało się niebezpieczne najlepiej świadczy przypadek Todda Domboskiego, który... wpadł do dziury jaka nagle otworzyła się na jego drodze. Domboski miał szczęście, że z otworu o średnicy ponad jednego metra w ostatniej chwili wyciągnął go kuzyn. To zdarzenie sprawiło, że o Centralii zaczęło być głośno w mediach.

Zainteresowanie opinii publicznej nie przełożyło się jednak na opracowanie skutecznej metody walki z ogniem. Ta najbardziej radykalna, przekopanie całego terenu, kosztowałaby ponad 650 milionów dolarów, a i tak nie ma pewności, że okazałaby się skuteczna.

Inne, tańsze sposoby zawiodły. Władze skupiły się na sprawdzonym... wykupywaniu domów od osób, które jakimś cudem nie wyprowadziły się jeszcze z Centralii.

Na przełomie w 2000 r. mieszkało tam już mniej 40 osób. Według danych sprzed roku przebywa tam 7 osób. Jest to obecnie najsłabiej zaludniony obszar w całym stanie Pensylwania.

Nieliczni, którzy zapuścili się do "miasta duchów" nie wspominają swoich wypraw najlepiej. Centralia po prostu straszy. Nic dziwnego, że stała się ona inspiracją dla twórców gier wideo i filmów z serii horrorów Silent Hill. Bohaterowie wspomnianego cyklu trafiali do opuszczonego - i jak się później okazywało także opętanego - miasteczka, gdzie byli świadkami makabrycznych i przerażających scen.

W "prawdziwym Silent Hill" nie należy się spodziewać potworów z piekła rodem, choć stwierdzenie, że w Centralii zamieszkał sam szatan wcale nie jest przesadzone.

Myśl o pożarze szalejącym pod nogami i widok opuszczonych budynków skutecznie odstraszają wielu poszukiwaczy przygód. Aż dziw bierze, że wspomniana siódemka mieszkańców wciąż próbuje ułożyć swoje życie właśnie w tym miejscu...

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje