Reklama

Bardzo morderczy duet

Popełniali zbrodnie, bo lubili to robić. Kradli, bo nie chciało im się pracować. Nie odczuwali ani litości, ani strachu. Gdziekolwiek się pojawili, nieśli śmierć.

Upał, samo południe, pusta autostrada I-35 w Teksasie - dookoła spieczona słońcem ziemia, góry i ani śladu człowieka. I choć maszerowali dzielnie poboczem już od kilkudziesięciu minut, jak dotąd nie minęło ich żadne auto.

Reklama

- Jak myślisz, daleko jeszcze?

James odwrócił się - jego dziewczyna, Eve, opadła z sił i nie mogła iść dalej. Stała na poboczu, ocierając pot lejący się z twarzy. On sam miał już mokrą koszulkę i czuł, jak prażące niemiłosiernie słońce spieka mu twarz na czerwono.

- Kochanie, dojdźmy do tego zakrętu i tam chwilę odpoczniemy. Proszę... - podszedł do Eve i usiłował objąć ją niezdarnie, aby dodać jej otuchy. Jednak dziewczyna prychnęła gniewnie i odsunęła się.

- James, proszę cię, ja nie daję rady! Jest ponad 40 stopni w słońcu, a my idziemy już od pół godziny. To bez sensu!

A co w takim razie mieliśmy robić? Co ma sens? Czekanie na słońcu w zamieniającym się w piekarnik wozie? - pomyślał chłopak, ale wolał nic nie mówić. Był zły sam na siebie. Zawiódł ich oboje. Nie przyszło mu do głowy, żeby zatankować, gdy przed godziną przejeżdżali przez miasteczko. I oto benzyna skończyła się im w najgorszym z możliwych momentów.

Widział gniew w oczach Eve i nie wiedział, co ma powiedzieć. Było mu ogromnie głupio. Chciał wrócić na piechotę do tego miasteczka i kupić tam benzynę, poprosić kogoś o podwiezienie do zostawionego na poboczu samochodu, a potem kontynuować randkę. Tylko czy dziewczyna jeszcze miała na to ochotę? Z jej miny wynikało, że raczej nic z tego nie będzie.

Koszmar na autostradzie

I wtedy zza zakrętu wyłonił się brązowy ford pinto. James poczuł przypływ otuchy i zaczął wymachiwać rękoma, chcąc zatrzymać auto. Eve uśmiechnęła się z ulgą widząc, że samochód zwalnia - byli uratowani! Dość już miała morderczego marszu, nierozgarniętego chłopaka i dzisiejszego dnia. Postanowiła, że gdy tylko kupią trochę benzyny od tych ludzi, natychmiast każe odwieść się do domu.

James szedł z uśmiechem w stronę zaparkowanego na pasie awaryjnym auta. Widział, jak otwierają się drzwi od strony kierowcy i z wozu wysiada pospiesznie wysoki, chudy, łysiejący mężczyzna.

- Cześć! - zawołał do niego chłopak. - Czy mógłbyś mi pomóc...

Nagle usłyszał krzyk Eve. I wtedy uświadomił sobie, że facet mierzy w niego z rewolweru. Odruchowo wyciągnął przed siebie rękę, tak jakby chciał zasłonić się przed kulą...

Dziewczyna krzyczała i nie mogła przestać. Sparaliżowana przerażeniem patrzyła, jak twarz i głowa Jamesa eksplodują w potokach krwi. Kierowca brązowego pinto władował w chłopaka cały magazynek! Każdy z dziewięciu strzałów rozbrzmiewał w jej głowie niekończącym się echem. Nie miała siły uciekać, stawiać oporu - przerażenie całkowicie sparaliżowało nastolatkę, gdy mężczyzna brutalnie złapał ją i zaciągnął do wozu. Z nogi spadł jej pantofel i stopą szorowała po chropowatym asfaltowym podłożu, zostawiając za sobą smużkę krwi...

Znalazła się w dusznym, gorącym wnętrzu samochodu. Patrzył na nią siedzący w środku pasażer, niedogolony mężczyzna o kręconych włosach. Cuchnął alkoholem, papierosami i potem. Ten, który zabił jej chłopaka, usiadł za kierownicą i wóz ruszył z miejsca.

Mężczyzna coś do niej mówił - czuła jego palce rozpinające jej bluzkę. Zdarł z niej dżinsowe spodenki; gumka od majtek strzeliła ją boleśnie w biodro, gdy szarpnął je jednym silnym ruchem. Leżała, porażona strachem i zobojętniała na wszystko, na rozgrzanym tylnym siedzeniu ze skaju, patrząc na ledwo widoczne zza zakurzonej szyby niebo. Samochód gładko sunął przed siebie, a ona czuła na swojej szyi drapiącą szczecinę, ciężar męskiego ciała i ból w kroczu.

On ją gwałcił. Boleśnie i brutalnie. Raz za razem.

- Już masz dość? To zejdź z laluni, proszę - jak przez mgłę usłyszała kilka minut później głos kierowcy.

- Bujaj się, jeszcze nie skończyłem - wysapał leżący na niej mężczyzna; jego oddech czuć było cebulą i smażonym kurczakiem.

- Wiesz, że tego nie lubię, bo jestem zazdrosny! Złaź z niej!

- Odczep się! - warknął gwałciciel.

Eve nagle poczuła, że auto gwałtownie hamuje. Przygniatający ją facet, przeklinając pod nosem, zsunął się z niej. Po chwili dziewczyna została brutalnie wyciągnięta z wnętrza wozu i ciśnięta na ziemię. Z ulgą odetchnęła świeżym powietrzem. Pod policzkiem miała rozpalony asfalt. Usiłowała podnieść głowę i wtedy ujrzała, jak kierowca celuje do niej z rewolweru. Tego samego, z którego zastrzelił Jamesa. Sześć kul. Sześć strzałów. Wszystkie śmiertelne.

Sobie przeznaczeni

Spojrzeli sobie w oczy i już wiedzieli, że Bóg, szatan, bądź też ktokolwiek inny stworzył ich dla siebie. 29-letni, szczerbaty, brzydki, nadpobudliwy, niedorozwinięty umysłowo homoseksualista i równie szpetny 40-letni, na wpół ślepy, niedomyty i niedogolony bezdomny, gustujący w seksie ze zmarłymi kobietami. Gdzie spotkali się ci "uroczy" chłopcy? W przytułku dla bezdomnych, w Jacksonville na Florydzie (USA). A dokładniej w kolejce po darmową zupę.

Zadziałała osobliwa magia: chwila bełkotliwej rozmowy, błysk w oszalałym oku, odrobina feromonów z wyraźną domieszką dawno niemytego ciała - i po spożyciu darmowego posiłku Henry Lee Lucas poszedł z zakochanym w nim Ottisem Toole'em prosto do jego domu. Henry poznał rodzinę swojego nowego przyjaciela - jego matkę, ojczyma, resztę rodziny, nawet żonę. Panowie nie tracąc czasu zaczęli wymieniać się czułościami i obłapiać na oczach zobojętniałej na cokolwiek, równie szalonej rodziny Toole'a, aby wreszcie położyć się na łóżku i oddać się prawdziwej, męskiej, powiedzmy, "przyjaźni".

Tak wyglądał początek niecodziennego patologicznego związku obydwu mężczyzn, gdzie miłość mieszała się z nienawiścią, normalność z szaleństwem, a wszelkie prawa i zasady straciły znaczenie. Ich wspólna życiowa droga szybko przemieniła się w szlak śmierci, prowadzący przez całe Stany Zjednoczone.

Chłopak z piekła rodem

Henry Lee Lucas urodził się 23 sierpnia 1936 roku w niewielkiej miejscowości Blacksburg, w stanie Wirginia (USA). Jego rodzina zajmowała nieduży, zaniedbany budynek, bez prądu i bieżącej wody, znajdujący się na peryferiach. Matka Henry'ego, Viola, uprawiała najstarszy zawód świata. Nie przeszkadzało jej to jednak mieszkać z kalekim mężem, Andersonem (stracił w wypadku obie nogi), alfonsem o imieniu Bernie, który naganiał jej klientów prosto do domu, oraz dziewięciorgiem dzieci.

Anderson pędził bimber, który pił, aby nie słyszeć krzyków i pretensji wiecznie niezadowolonej żony. Viola przyjmowała chętnych na jej usługi facetów na oczach dzieci. Kiedy mały Henry nie chciał patrzeć, co robi jego matka z obcym mężczyzną, dostawał takie lanie, że lądował w szpitalu. Prawdopodobnie ciągłe bicie dziecka przez matkę i jej alfonsa zapoczątkowało u chłopca rozwój choroby psychicznej. Zaczął bowiem słyszeć jakieś dziwne głosy. Aby je zagłuszyć, popijał pędzony przez ojca bimber. W ten sposób wpadł w alkoholizm jeszcze przed ukończeniem dziesiątego roku życia. A jeśli dodać do tego, że malca wysyłano do szkoły w przebraniu dziewczynki - matka była bowiem ciekawa, czy zrobi to wrażenie na innych ludziach - mamy już zupełny obraz koszmaru, jakim było dzieciństwo Henry'ego. Podobno zachowało się kilka zdjęć, na których widać późniejszego seryjnego mordercę i kanibala na szkolnym podwórku, ubranego w sukienkę.

Nastoletni Henry po zakończeniu edukacji (rzucił szkołę po piątej klasie) nieoczekiwanie zaprzyjaźnił się z Bernim. Alfons wprowadził go w tajniki masturbacji, nauczył też chłopaka, jak uprawiać seks ze zwierzętami zarówno żywymi, jak i martwymi oraz jak je dręczyć i zabijać. Jego zachowanie stawało się coraz bardziej bestialskie. Chłopcu po jakimś czasie nie wystarczały już zwierzęta i, aby zaspokoić popęd płciowy, zaczął regularnie gwałcić młodszego brata.

Wiele lat później przechwalał się, że pierwszego zabójstwa dokonał w wieku lat 14. Ofiarą miała być siedemnastoletnia dziewczyna, ponoć spotkana przez niego na przystanku autobusowym. Lucas ogłuszył ją, a następnie odciągnął ciało w ustronne miejsce. Tam usiłował zgwałcić swą ofiarę. Gdy nastolatka odzyskała przytomność, bił i dusił ją tak długo, aż umarła. Późniejsze śledztwo nie potwierdziło jednak tej opowieści.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje