Reklama

Zupa z szatańską wkładką

Były funkcjonariusz służby więziennej maltretował i upokarzał żonę. Zdesperowana kobieta postanowiła otruć go zupą grzybową...

Mirosława i Stanisław F. tylko na pozór byli szczęśliwym małżeństwem. W rzeczywistości mężczyzna przez ponad 30 lat katował żonę. Kobieta ukrywała siniaki i milczała. Cierpliwie znosiła upokorzenia, bicie, wyzwiska i ciągłe awantury. Płakała i żaliła się tylko najbliższym. I co najdziwniejsze mimo bestialstwa męża pani Mirosława go kochała, chociaż on jej miłości nie potrafił docenić.

Reklama

Wszystko jednak ma swoje granice. Jak zeznała później w sądzie Mirosława F., któregoś dnia poczuła, że dłużej nie wytrzyma i musi coś z tym zrobić. Na pomysł z trującymi grzybami wpadła zupełnie przypadkiem. A właściwie to Stanisław − zapalony grzybiarz − podsunął jej tę myśl na wycieczce do lasu.

Zrealizowała swój zamiar z premedytacją, lecz kiedy jesienią 2010 roku została wdową i odzyskała upragnioną wolność, odkryła, że nie potrafi już normalnie żyć. Dlatego całą historię opowiedziała śledczym.

Z drukarza klawisz


Nowa Ruda to senne miasteczko na Dolnym Śląsku. Tu urodził się i spędził niemal całe swoje życie Stanisław F. Gdyby żył, miałby dziś 68 lat. W pamięci znajomych zapisał się jako miły, spokojny i serdeczny człowiek, choć o szorstkim charakterze.

− Los go nie oszczędzał − wspominał później Adam Panasiuk, najbliższy przyjaciel rodziny F. − Może dlatego był taki twardy. Wcześnie zmarli jego rodzice i jako najstarszy musiał sam troszczyć się o rodzeństwo. Skończył technikum poligraficzne i zdał maturę. Z tego, co wiem, imał się różnych zajęć. Za komuny pracował w państwowej drukarni, jeździł też jako kierowca taksówki. W 1984 roku trafiła mu się okazja zatrudnienia w kłodzkim więzieniu na etacie strażnika. Staszek opowiadał, że musiał przejść specjalny kurs i jakieś szkolenia. Nie miał łatwo, ale bardzo mu na tej pracy zależało. Do Kłodzka codziennie dojeżdżał autobusem, lecz nigdy nie słyszałem, żeby narzekał. Przepracował tam 20 lat. Awansował na dowódcę zmiany. Na emeryturę odszedł w swoje sześćdziesiąte urodziny. Mógł wcześniej, ale nie chciał. A jeśli chodzi o jego życie prywatne, to też poukładało mu się dobrze. Mirka była jego drugą żoną. Pierwsze małżeństwo mu się nie udało. Ożenił się jako dwudziestoparolatek i rozwiódł jeszcze przed trzydziestką. Zawsze podkreślał, że to Mira okazała się jego prawdziwą i jedyną miłością. Poznali się na deptaku w Polanicy Zdroju. Jak wspominał, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

Bił i kazał się uśmiechać

Żona Stanisława F. jest wysoką, zadbaną blondynką. Mimo ponad pięćdziesięciu lat wciąż może uchodzić za atrakcyjną.

− W życiu byłam szczęśliwa bardzo krótko − opowiadała w sądzie. − Za Staszka wyszłam, mając 22 lata. Nie przeszkadzała mi różnica wieku. Chociaż znajomi przestrzegali mnie, że dziesięć lat to sporo. Na dodatek on już się zdążył ożenić i rozwieść. Ale ja się zakochałam w Staszku bez pamięci i nie zważałam na to, co mówią. Ślub wzięliśmy już po kilku miesiącach znajomości. Na początku traktował mnie jak księżniczkę. Ale bajka niestety szybko zamieniła się w pasmo udręki. W ciągu całego naszego małżeństwa mąż maltretował mnie psychicznie i fizycznie. Żadne słowa nie są w stanie odzwierciedlić bólu, strachu i upokorzenia, których doznałam za jego sprawą.

Po roku zaczęły się awantury. Stanisław F. wszczynał je z byle okazji.

− Takim powodem mogła stać się choćby nieuprasowana koszula lub to, że kazał mi prać swoje rzeczy ręcznie, a ja nie miałam siły. Byłam w ciąży i źle się czułam, ale mój stan w ogóle go nie obchodził. Robił mi straszne sceny. Wrzeszczał, a potem mówił, że mnie rzuca i wychodził z domu na kilka godzin. Płakałam i cierpiałam w milczeniu, bo bardzo go kochałam. Starałam się być jak najlepszą żoną, gotowałam, sprzątałam, prasowałam... − opowiadała swoją historię.

Mirosława F. nie pamiętała dokładnie, kiedy po raz pierwszy mąż ją uderzył. Zaczęło się od jednego razu, potem zdarzało się ich coraz więcej, aż w końcu ją regularnie katował. W napadach szału bił pięściami gdzie popadło. Uderzał nią o ścianę, drzwi, o meble. Nie obchodziło go, że w pokoju obok spało dziecko.

− Czasem bił mnie tak bardzo, że prawie nieprzytomna osuwałam się na podłogę − wspominała. − Wszędzie miałam siniaki. Groził, że jeśli komuś coś powiem, to go popamiętam. Kazał mi nosić rzeczy, które przykrywały ślady przemocy i zabronił mi komukolwiek o tym mówić. Kiedy spotykaliśmy się ze znajomymi, miałam się uśmiechać. Jakby wszystko było w porządku. Przy obcych mówił do mnie: Mój skarbie, moje kochanie, mój buziaczku. A w domu pastwił się nade mną.

Domowa izba tortur

Podczas jednej z domowych awantur Mirosława F. została pobita przez męża tak mocno, że doszło u niej do porażenia nerwów w okolicy krzyżowo-lędźwiowej. Miała wtedy niespełna trzydzieści lat.

− Ból był tak silny, że nie mogłam się ruszyć z miejsca − opowiadała. − Staszek wtedy mocno się przestraszył i wezwał pogotowie. Lekarz dopytywał się, jak do tego doszło, ale bałam się powiedzieć prawdę. Mój oprawca stał koło łóżka. Dostałam zastrzyk przeciwbólowy i zalecenie wykonania badań w szpitalu. Po kilku dniach ból jednak ustąpił. A do szpitala oczywiście nigdy nie dotarłam. Skutki tamtego i wielu innych pobić odczuwam do tej pory. Sztywnieje mi dolna część kręgosłupa.

Sąsiedzi wiedzieli, co działo się za zamkniętymi drzwiami mieszkania rodziny F. W późniejszym śledztwie zeznali, że rzeczywiście bardzo często słyszeli dochodzące stamtąd odgłosy awantury. Nikt jednak nie widział, jak Stanisław F. bił swoją żonę.

− Mąż był bardzo sprytny − mówiła Mirosława F. − Ludzie nie wiedzieli, co ze mną wyprawia, bo nikt nie mógł tego zobaczyć. Po tym wypadku z porażeniem nerwów starał się zostawiać jak najmniej śladów. Od okładania pięściami przeszedł do duszenia. Przewracał mnie i siadał mi na brzuchu. Łapał za brodę i wykręcał głowę, uciskając krtań i blokując mi ręce, abym nie mogła się bronić. Gdy krzyczałam, żeby mnie zostawił w spokoju, że go nienawidzę i niech się wynosi, pozwalał mi na to. Ale kiedy wołałam "ratunku" czy "na pomoc", zatykał mi usta i jeszcze mocniej dusił. Stosował iście gestapowskie metody tortur. Potrafił uderzyć kilkanaście razy otwartą dłonią w twarz. Tak mocno, że nie mogłam później ruszać szczęką, a jednocześnie nie miałam żadnego siniaka. Nie wiem, jak to robił. Nie potrafię zrozumieć, jak możliwe jest pobicie kogoś tak mocno, że ofiara nie może się ruszać i prawie w ogóle przy tym nie zostawić śladów.

Zastraszana ofiara

Mirosława F. przez ponad 30 lat nie zwróciła się o pomoc do żadnej instytucji. Wiedziała o istnieniu stowarzyszeń pomagającym ofiarom przemocy, ale bała się wykonać jakikolwiek ruch. Była przekonana, że jeśli prawda wyjdzie na jaw, to mąż użyje swoich znajomości i wykręci się od kary. A wtedy, ogarnięty żądzą zemsty, stanie się nieobliczalny.

− Przez cały ten czas czułam się bezradna − wspominała małżonka Stanisława F. − On miał wysoko postawionych znajomych, policjantów, prokuratorów. Bałam się, że zniszczy mnie w sądzie. Starałam się też chronić naszego syna. Na szczęście mąż wyżywał się tylko na mnie. Kiedy chłopak był już starszy, kilka razy zdarzyło się, że próbował mnie obronić. Ale w starciu z ponad stukilogramowym ojcem nie miał żadnych szans. Nie chciałam, żeby narobił sobie kłopotów. Za moją radą po szkole podstawowej zdawał do liceum w innym mieście. Dostał się i zamieszkał w internacie. Po maturze wyjechał na studia do Warszawy. Założył tam rodzinę i na pewno nie wróci do Nowej Rudy.

Mirosława F. nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego przez tyle lat nie odeszła od męża. Przyznała, że kilka razy składała pozwy rozwodowe. Wycofywała je jednak zaraz po tym, jak Stanisław ją przeprosił i obiecywał, że już nigdy jej nie skrzywdzi. A robił to po każdej awanturze.

Mistrz grzybobrania

Od przejścia na emeryturę Stanisław F. głównie przesiadywał w domu. Zimą majsterkował i czytał książki, latem pielęgnował kwiaty na balkonie. Zajmował się też uprawą działki − położonego nieopodal bloku sporego ogródka. Jednak najbardziej niecierpliwie oczekiwał na jesień. Wtedy to bez reszty oddawał się swojej największej pasji, grzybobraniu. Uważał się za znawcę i konesera grzybów.

− Piwnicę mieliśmy pełną przetworów − opowiadała Mirosława F. − Staszek robił z grzybów rozmaite rzeczy. Jedne marynował, inne obgotowywał i zamykał w wekach, jeszcze inne peklował. Na każdy słoik przyklejał kartkę (z ręcznie wypisaną nazwą i datą). Jego przetwory stały na półkach w równych rządkach. Uwielbiał zupę i jajecznicę z grzybami. W sezonie potrafił chodzić do lasu każdego dnia. Czasem udawaliśmy się tam razem. Chociaż uważał, że na grzybach nie znam się tak dobrze, jak on. Może rzeczywiście nie miałam takiego doświadczenia, ale doskonale orientowałam się, które gatunki są jadalne, a które trujące.

W niedzielny poranek, 19 września 2010 roku, małżeństwo F. wspólnie wybrało się do znajdującego się kilka kilometrów za miastem lasu. Pojechali tam rowerami.

− Nie miałam ochoty na tę wycieczkę − wspominała później Mirosława F. − Ale mąż obudził mnie o piątej i zarządził wyjazd. Zgodziłam się, bo wolałam uniknąć kolejnej awantury. Staszek powiedział, że odkrył nowy zagajnik. Miało tam znajdować się zatrzęsienie prawdziwków. W lesie trochę błądziliśmy, ale w końcu około szóstej dotarliśmy na to jego upatrzone miejsce. Rytuał był zawsze ten sam: braliśmy swoje kosze, umawialiśmy godzinę spotkania i każde szło w swoją stronę. Nigdy nie zbieraliśmy razem. Ten system przed laty wymyślił mój mąż. Oczywiście po to, żeby później móc chełpić się i wyzłośliwiać, że znalazł więcej ode mnie. Tym razem na odchodne rzucił mi z drwiącym uśmieszkiem: Znasz się na grzybach tak, że nawet gdybym znalazł podręcznikowego szatana i ugotował ci na nim zupę, zjadłabyś go ze smakiem. Wtedy nic na to nie odpowiedziałam, ale zdenerwowałam się. Kąśliwa uwaga Stanisława nie dawała mi spokoju. Skoro jesteś takim znawcą, ciekawe, czy sam rozpoznałbyś muchomora − pomyślałam. I wtedy właśnie postanowiłam to zrobić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje