Reklama

Złodzieje zatrudniają się w banku

Czy można okraść bank, nie napadając na niego? Oczywiście! W łatwy i dyskretny sposób. wystarczy się w nim zatrudnić.

Osoby, które znają kwoty naszych comiesięcznych poborów i stan oszczędności, powinny być  godne zaufania. Tymczasem zdarza się, że go nadużywają. Zwykle z opłakanym dla siebie skutkiem. Ostatnio media nagłośniły kilka przypadków wyłudzeń kredytów czy kradzieży pieniędzy z kont klientów przez zatrudnione w bankach kasjerki.

Długodystansowcy

Reklama

Większość przypadków sięgania przez pracowników banków po cudze pieniądze daje się w miarę szybko wykryć. Zazwyczaj przywłaszczona kwota nie jest wysoka. Czasem jednak proceder trwa latami. Wtedy zagarnięte sumy sięgają setek tysięcy złotych. W marcu 2011 roku media obiegła informacja o nieuczciwej pracownicy jednego z banków we Wrześni. 32-letnia kobieta kradła pieniądze, fałszując dyspozycje przelewów. Udowodniono jej, że działała od 25 października do 16 listopada 2010 roku. Nieścisłości w rachunkach dość szybko zauważono. Łupem złodziejki padło około 10 tysięcy złotych. Prokuratura poinformowała, że poszkodowanych zostało troje klientów banku. Najwyższa kwota, jaką podwędziła nieuczciwa kasjerka, wynosiła 9 tysięcy. Po wykryciu kradzieży kobieta została zwolniona dyscyplinarnie z pracy. Do winy się przyznała. Ponieważ złożyła wniosek o dobrowolne poddanie się karze, bez przeprowadzania rozprawy sądowej, a prokuratura się do niego przychyliła, najpewniej nie powędruje do więzienia. Ponadto zwróciła zawłaszczoną sumę. Gdyby nie ta skrucha, groziłaby jej kara pięciu lat pozbawienia wolności.

Specjalność: fikcyjne operacje

Bardziej zachłanna - i sprytniejsza, bo dłużej nie dawała się złapać - okazali się pracownica jednego z banków w Żywcu. Wyspecjalizowała się w dokonywaniu fikcyjnych operacji na kontach klientów swojej placówki. Między wrześniem 2008 a czerwcem 2010 roku wzbogaciła się w ten sposób o 100 tysięcy złotych. Kodeks karny przewiduje za to osiem lat odsiadki. Wydział przestępczości gospodarczej częstochowskiej policji otrzymał w 2010 roku sygnał o możliwych nieprawidłowościach w Banku Spółdzielczym w Mykanowie (powiat częstochowski). Podobno z kont i lokat kilkunastu klientów tej placówki zniknęło łącznie ponad pół miliona złotych. Najwyższa suma, jaka w tajemniczy sposób wyparowała jednej z osób, wynosiła około 400 tysięcy złotych. Na razie w całej sprawie więcej jest spekulacji i znaków zapytania niż konkretnych wniosków. Podobno proceder okradania klientów trwał co najmniej siedem lat. W tym okresie braki na lokatach i kontach były uzupełniane pieniędzmi podbieranymi innym ciułaczom. W kręgu podejrzanych miały znaleźć się kasjerka oraz członek kierownictwa placówki.

Z banku do psychiatryka

Nieoficjalnie mówiło się, że jedna z zamieszanych w tę aferę osób trafiła do szpitala psychiatrycznego. Prokuratura nie ujawniła żadnych szczegółów śledztwa. Nikomu też nie postawiono jeszcze formalnych zarzutów, ale jest kwestią czasu, kiedy to nastąpi. Sprawa ma charakter rozwojowy i zapewne wkrótce dowiemy się o niej więcej. Na cztery lata powędrowała za kratki Marzena B., pracownica sopockiego oddziału jednego z banków. Kobieta po raz pierwszy połasiła się na nie swoje pieniądze we wrześniu 2003 roku. Do lutego 2007 roku udało jej się ukraść niemal pięć milionów złotych, pochodzących z obsługiwanych przez nią kont najbogatszych klientów. W procederze wykorzystywała nieświadomych niczego członków własnej rodziny, na których rachunki przelewała skradzione sumy. Wykazała się również wyjątkową bezczelnością - podrabiając podpis, wyrobiła kartę kredytową na nazwisko jednego z klientów i posługiwała się nią. Gdy wewnętrzny audyt wykazał szereg nieprawidłowości w dokumentacji prowadzonej przez Marzenę B., bank poinformował o swoich odkryciach prokuraturę i policję, kobietę dyscyplinarnie zwolniono. Kiedy funkcjonariusze chcieli przesłuchać nierzetelną pracownicę, ta zapadła się pod ziemię! Przez kilka miesięcy skutecznie ukrywała się przed wymiarem sprawiedliwości. Jednak na początku marca 2008 roku najwidoczniej miała już dość związanych z tym stresów, bo dobrowolnie zgłosiła się do prokuratury.

Miała dobrą opinię

Przykład Anny H. udowadnia, że nawet nadmierna ostrożność nie uchroni złodzieja przed dekonspiracją. W grudniu 2009 roku jeleniogórski sąd zastosował trzymiesięczny areszt tymczasowy wobec kasjerki zgorzeleckiego oddziału Banku Polskiej Spółdzielczości. 33-letnia Anna H. zagarnęła prawie 4 mln zł i ponad 50 tysięcy euro. Celowała w schorowanych klientów w podeszłym wieku. Najwidoczniej liczyła na to, że ludzie ci nie połapią się w jej machinacjach. Środki z kont starszych osób znikały między 2003 a końcem 2008 roku. Ofiary zachłannej kasjerki z reguły niezbyt często bywały w banku i równie rzadko dokonywały operacji finansowych. Co działo się z ich pieniędzmi? Wędrowały z konta na konto... Kasjerka przelewała je na własne rachunki, pozakładane w różnych bankach, po czym wypłacała. Kiedy okradzeni ludzie pojawiali się osobiście w banku, by pobrać pewną sumę, kobieta za pomocą przelewów z innych kont natychmiast pokrywała wszelkie braki. Działalność Anny H. nie ograniczała się tylko do podbierania pieniędzy. Kontaktowała się z ofiarami także po godzinach pracy. Odwiedzała je w domach, rzekomo po to, by uzupełnić dane osobowe.

Kradła bez urlopu

Nieświadomi oszustwa ludzie, darzący zaufaniem znajomą panią z bankowego okienka, w ciemno podpisywali podsuwane im dokumenty, wykorzystywane potem bez ich wiedzy i woli. Jedną z oszukanych przez Annę H. osób był ciężko chory mężczyzna, który chciał zlikwidować konto, na którym zgromadził oszczędności całego życia. Nieuczciwa kasjerka okradła także inną osobę, zamierzającą wpłacić pół miliona złotych na lokatę. Po podpisaniu umowy pieniądze przelała sobie. Ostrożność i zapobiegliwość Anny H. zasługuje na szczególną uwagę. Przez pięć lat kobieta nie wzięła ani jednego dnia urlopu. Powód? Obawa, aby którejś z okradzionych przez nią osób nie obsłużył inny pracownik banku. Jednak mimo tej przezorności jej oszustwo i tak ujrzało światło dzienne. Początkowo, kiedy prokuratura dowiodła, że kobieta przywłaszczyła sobie "zaledwie" milion złotych, Anna H. złożyła stosowne wyjaśnienia i obiecała oddać zrabowaną kwotę.

Dowiedz się więcej na temat: bank | kradzież | napad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje