Reklama

Wielki diamentowy przekręt

Gorączka złota, która zapanowała w połowie XIX wieku, sprawiła, że do San Francisco ze wszystkich stanów USA zaczęły ściągać tłumy poszukiwaczy przygód. William Black i jego kompan Joe Taylor zdecydowali się wykorzystać pęd po złoto dla własnych celów. Postawili jednak nie na cenny kruszec, lecz kamienie szlachetne...

Urodzony w Owensboro w stanie Kentucky William Black był weteranem wojny z Meksykiem. Przybył do Kalifornii w poszukiwaniu lepszego życia. Jak każdy z odważnych młodych ludzi w tamtych czasach miał nadzieję, że to właśnie jemu się poszczęści i trafi na żyłę złota, dzięki której jego szara egzystencja całkowicie się odmieni. Jako że był bez grosza przy duszy, zatrudnił się w przedsiębiorstwie zajmującym się wyrobem świdrów górniczych.

Woreczek pełen diamentów

I choć początkowo miał zupełnie inne plany na przyszłość, zanim się obejrzał, przepracował w tej firmie aż 20 lat! Złota nie znalazł, fortuny się nie dorobił, młodość odeszła. "Billi" Black chciał uzbierać sumę, która umożliwiłaby mu kupno domu i powrót w rodzinne strony. Niestety, niewielka pensja nie pozwalała mu na odłożenie odpowiedniej kwoty. Poza tym większość zarobionych pieniędzy wydawał na podróże do Kentucky, w którym się wychował i za którym wciąż tęsknił.

Reklama

W 1870 roku 39-letni wówczas Black pracował na stanowisku asystenta księgowego. Bardziej niż liczby interesowały go jednak diamenty przemysłowe wykorzystywane przy produkcji wierteł. Mimo nienajlepszego wykształcenia William uparcie przebijał się przez kolejne strony prac naukowych na temat kamieni szlachetnych. Szukał informacji, które mogłyby być przydatne w jego wielkim planie... Bo Black zbierał nie tylko dane. Jeden po drugim, jak ziarenka piasku, gromadził przemysłowe diamenty i z czasem udało mu się uzbierać ich spory woreczek. Wtedy wymieszał je z granatami, rubinami i szafirami kupowanymi od Indian. Założył, że nikt nie zwróci uwagi na mniej warte okruchy przy okazach dużej wartości, i że ich ilość okaże się ważniejsza od jakości. Gdy miał już "materiał na start", wtajemniczył w swój plan byłego żołnierza, a teraz poszukiwacza złota Joe Taylora. Kamienie miały im pomóc w wielkim oszustwie.

Przynęta w sakiewce

Na pierwszą ofiarę wybrali miejscowego bogacza Josepha Millera. Chcieli go namówić do kupna terenu, którego eksploatacja miała rzekomo przynieść ogromny zysk. Wiedzieli, że niełatwo będzie go przekonać, więc na umówione spotkanie biznesowe w jego biurze w San Francisco Black i Taylor przyszli z przynętą - skórzaną sakiewką.

- Mamy tu coś o bardzo dużej wartości. Wydobyliśmy to w pewnym miejscu... Ale może później wrócimy do tego tematu... Czy łaskawy pan zechciałby najpierw wysłuchać naszej propozycji? - rozpoczął rozmowę Black.

Zaciekawiony Miller zastanawiał się, co zawiera sakiewka. Ale oni wciąż gadali o jakiejś ziemi... Zaczynali go nudzić, lecz nie wypadało mu wyprosić ich za drzwi. Dopiero po dłuższej rozmowie i szklaneczce whisky "Billiemu" Blackowi wyrwało się: "nieoszlifowane diamenty". Wtedy ich rozmówca ożywił się, a w jego oczach pojawił się błysk pożądania.

- "Diamenty? Ale skąd? Gdzie je znaleźliście? - dopytywał.

Wszyscy chcieli na tym zarobić

Black i Taylor zrobili takie miny, jakby przez godzinę mówili do ściany. Miller wreszcie okazał zainteresowanie, ba był wyraźnie podekscytowany. Po kolejnym drinku to bogacz zaczął naciskać na nich, by wyjawili mu więcej informacji o ich przedsięwzięciu.

- Najlepiej opowiedzcie wszystko jeszcze raz. Od początku. I o diamentach! - poprosił gospodarz.

Gdy opróżnili butelkę whisky, Millerowi udało się wycisnąć z nich informację o "terytorium Indian", niby przypadkowo w rozmowie padła też nazwa "Kolorado". Najwyraźniej był bardzo zaintrygowany tą sprawą.

- Połknął haczyk - pomyślał Black i spojrzał znacząco na Taylora.

Poproszony o dyskrecję, Miller obiecał mężczyznom, że zatrzyma wszystko w tajemnicy. Przynajmniej do czasu, aż lepiej przeszukają teren i znajdą kolejne kamienie. Black był jednak przekonany, że ich rozmówca szybko zapomni o danym słowie. Właściwie ocenił przedsiębiorcę i nie pomylił się. Gdy tylko opuścili jego gabinet, Miller skontaktował się z założycielem miejscowego banku Donaldem Hillem, znanym z tego, że inwestuje we wszystko, co choć trochę pachnie zarobkiem. Dlaczego nie miałby połasić się na działkę, a może nawet kopalnię kamieni szlachetnych?

Informacja o dobrym interesie zaczęła się rozchodzić pocztą pantoflową i szybko dotarła do innych miejscowych bogaczy. W diamentowym interesie chcieli mieć też swój udział przedstawiciele lokalnego biznesu i polityki. Wkrótce powołano więc fundusz inwestycyjny.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje