Reklama

Oszust z ogłoszenia

Dwóch cynicznych mężczyzn zawodowo zajmowało się uwodzeniem kobiet. One pragnęły być kochane, oni zaś chcieli pieniędzy.

Janusz znalazł sposób na łatwy zarobek. Podobnie zresztą jak Łukasz. Obaj rozkochiwali w sobie kobiety, ale tylko majętne. Pierwszy udawał biznesmena, który potrzebuje gotówki na inwestycje. Drugi twierdził, że jest policyjnym wywiadowcą codziennie narażającym życie.

Mężczyźni nie wiedzieli o swoim istnieniu, nigdy nawet się nie spotkali, ale wpadli na ten sam pomysł. I ich "kariery" zakończyły się identycznie...  

Reklama

Porzucony małżonek


Biznesmen, czyli Janusz I., w niczym nie przypominał ratowników ze "Słonecznego patrolu", wysportowanych przystojniaków, których wygląd rzekomo działa na wyobraźnię kobiet. Wręcz przeciwnie. Był bardzo niepozornym, zbliżającym się do pięćdziesiątki mężczyzną, łysiejącym, z wydatnym brzuchem, na dodatek mającym za sobą nieudane małżeństwo.

- Starałem się szybko zapomnieć o Aśce, bo puszczała się na prawo i lewo. Wszyscy wiedzieli, jakim jestem rogaczem, śmiali się po kątach, a ja oczywiście zorientowałem się ostatni. Cholera, jak w kiepskim melodramacie - Janusz denerwował się na każde wspomnienie żony.
Ich rozwód nie należał do najprzyjemniejszych. Na sali sądowej małżonkowie wzajemnie wyciągali najgorsze brudy. O ile wcześniej byli "tylko" skłóceni, to po procesie szczerze się znienawidzili. Janusz zdawał sobie sprawę, że nie będzie miał spokojnego życia w rodzinnym Zabrzu, mieście dość małym. Na każdym kroku mógł spotkać kogoś z rodziny Joanny i wysłuchać nieciekawej opinii na swój temat. Lecz najbardziej denerwowały go rozmowy z kolegami.

- Podejrzewałem każdego, że spał z Aśką. Piłem z nimi piwo i dumałem, który z nich jest moim "szwagrem" - wspominał.

Wreszcie stwierdził, że dłużej tu nie wytrzyma. Podliczył oszczędności i uznał, że stać go na przeprowadzkę. Przeniósł się do Poznania. W stolicy Wielkopolski starał się rozkręcił własny biznes, ale interesy mu nie wychodziły i każde przedsięwzięcie kończyło się finansową katastrofą.

Początkowo próbował również ułożyć sobie życie z jakąś kobietą. Nie chciał czekać, aż los sprawi, że spotka tę właściwą. Dlatego złożył ofertę w biurze matrymonialnym. Nie wiadomo, czy już wtedy szukał kandydatki na żonę, czy od razu planował oszustwo.

Metoda na biznesmena


Ogłoszenie Janusza I. zaciekawiło Małgorzatę W., kobietę wówczas 44-letnią i bardzo majętną. Od dawna samodzielnie prowadziła pod Poznaniem ogromne gospodarstwo rolne, przynoszące spore zyski. Zatrudniała wiele osób, które jej pomagały w biznesie. Choć miała mnóstwo znajomych, czuła się samotna. Męskiego towarzystwa brakowało jej zwłaszcza wieczorami, gdy zostawała w wielkim domu i nie było w nim nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Z biegiem czasu samotność dokuczała jej coraz bardziej. To właśnie Małgorzata W. stała się pierwszą ofiarą Janusza. I najwięcej na związku z nim straciła.

 Początkowo wszystko wskazywało na to, że ich znajomość przerodzi się w coś więcej. Mężczyzna, który przedstawił się jako przedsiębiorca kierujący dużą firmą eksportową, zaimponował doskonale znającej się na interesach kobiecie. Małgorzata nie wiedziała tylko, że jego opowieści o handlu z niemal całym światem są wyssane z palca. Zostali kochankami, ale chwilowe zauroczenie wkrótce minęło i romans zakończył się dość szybko.

- Nie zaiskrzyło między nami - przyznał później Janusz.

Małgorzata W. straciła wprawdzie bezpowrotnie nadzieję na ślub z I., ale jakoś nie potrafiła zerwać znajomości z tym mężczyzną. Podczas licznych, czysto już towarzyskich spotkań cierpliwie wysłuchiwała opowieści o jego rzekomych sukcesach w prowadzeniu firmy. Tygodniami bowiem o nic jej nie prosił, przygotowując grunt na lepszą okazję. Gdy zorientował się, jakim majątkiem dysponuje, nie zamierzał naciągać jej na marne grosze. Planował bowiem numer życia. Czekał długo, aby wreszcie zasugerować wspólne przedsięwzięcie.

- Mam świetny pomysł na biznes, ale brakuje mi gotówki na jego zrealizowanie. Jeśli zainwestujesz, to razem sporo zarobimy - przekonywał Małgorzatę, lecz tak naprawdę nie musiał zbytnio się wysilać.

Doświadczona bizneswoman niby wiedziała, że nie ma cudownej recepty na natychmiastowy zysk, lecz mimo to dała się skusić roztaczanej przez I. wizji wielkich profitów. Najpierw wręczyła mu 50 tysięcy złotych, ale to nie wystarczyło, bo po kilku tygodniach Janusz ponownie poprosił o pomoc i dostał 80 tysięcy złotych. I na tym ich znajomość się zakończyła. Mężczyzna zaczął unikać Małgorzaty. Zmienił numer telefonu, wyprowadził się z wynajmowanego mieszkania.

- Wtedy zrozumiałam, że padłam ofiarą oszusta matrymonialnego. Wyszukiwał samotne jak ja kobiety, wyłudzał od nich pieniądze i znikał - mówiła podczas przesłuchania, składając wniosek o ściganie naciągacza, a w pisemnym oświadczeniu przekonywała, że zapewne nie jest jedyną pokrzywdzoną. Miała rację.

Kolejne ofiary


Lista oszukanych kobiet okazała się znacznie dłuższa. Wiktoria M. z Piły przez ogłoszenia matrymonialne szukała kandydata na męża. I tak poznała Janusza, który tym razem odgrywał rolę mężczyzny skrzywdzonego przez los. Żalił się, że nie chce spędzić reszty życia w samotności. Musiał być bardzo wiarygodny, bo błyskawicznie rozkochał w sobie nową ofiarę. Wiktoria nie wahała się dać mu dwóch tysięcy na wynajęcie wspólnego mieszkania w Poznaniu. Później kolejne sumy przeznaczyła na umeblowanie, zaliczkę, czynsz i tak bez końca. Omamiona kobieta w krótkim czasie wydała kilka miesięcznych pensji, ale podczas przesłuchania największe pretensje miała do Janusza nie o wyłudzone pieniądze, lecz o to, że pożyczał od niej samochód, aby jeździć na spotkania z innymi kobietami.
- To mnie najbardziej zabolało - mówiła zdumionym policjantom.

Niewiele brakowało, a w poważne tarapaty wpadłaby Krystyna W., księgowa z Konina, która nie dość, że regularnie wspomagała finansowo oszusta, to zgodziła się wziąć dla niego 30 tysięcy złotych pożyczki. Już nawet załatwiła wszelkie formalności, ale należy do nielicznych klientów, którzy mogą dziękować bankowcom za odrzucenie wniosku kredytowego. Jej koleżanka po fachu, Teresa M. z Warszawy, była ostrożniejsza, bo od razu odmówiła Januszowi I., gdy zasugerował jej zadłużenie się na 50 tysięcy złotych. Ona też jako jedyna nie chciała złożyć wniosku o jego ściganie.

Najdziwniejsza jest jednak historia 20-letniej Agaty, studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego, która omyłkowo wysłała SMS-a do mężczyzny. Janusz I. oddzwonił, ale na wyjaśnieniu nieporozumienia się nie skończyło. Od tej pory zaczęli prowadzić przez telefon częste i długie rozmowy, a po kilku tygodniach oszust namówił dziewczynę na spotkanie we Wrocławiu. W stolicy Dolnego Śląska spędzili upojne chwile. Młoda kobieta całkowicie straciła głowę dla znacznie starszego mężczyzny. I nie potrafiła mu odmówić "drobnych" pożyczek. W sumie uzbierało się ponad siedem tysięcy złotych - dochodził jeszcze rachunek telefoniczny na niemal tysiąc złotych, bo studentka dała kochankowi swoją komórkę razem z kartą SIM.

Wszystko przez nudę


Krótka kariera Łukasza K. jako naśladowcy słynnego "Tulipana" zaczęła się zupełnie inaczej. Poza tym, że również mieszkał w Poznaniu, nic go nie łączyło ze wspomnianym Januszem I. W przeciwieństwie do niego miał ustabilizowane życie zarówno osobiste, jak i zawodowe. Od dawna był związany z tą samą kobietą, która po latach konkubinatu przyjęła jego oświadczyny, a niedługo po tym urodziła mu syna.

Trudno powiedzieć, aby mężczyzna zarabiał kokosy w fabryce krzeseł, ale wystarczało na utrzymanie rodziny. Na więcej nie liczył. Niestety, w ciągu jednego dnia jego względnie ułożone życie zawaliło się niczym domek z kart. Gdy w pracy Łukasz podnosił ciężkie paczki, "strzelił" mu kręgosłup. Uraz okazał się bardzo poważny i koniecznie należało przeprowadzić operację - tym samym dalsza praca na hali była wykluczona, a innej posady dla niego nie znaleziono. Z dnia na dzień mężczyzna znalazł się w bardzo trudnej sytuacji finansowej, bo zasiłek rehabilitacyjny na niewiele mógł wystarczyć.

K., przytłoczony problemami, wpadł w depresję. Wprawdzie usiłował handlować samochodami, lecz stanowiło to raczej próbę usprawiedliwiania się, że nie siedzi bezczynnie, bo sprowadzanie zdezelowanych aut bez pewnego zbytu nie dawało odpowiedniego zarobku.

Któregoś dnia - na początku 2007 roku - oglądał telewizję i z nudów zmieniał programy, a na koniec zaczął czytać telegazetę. Szczególnie zainteresowały go ogłoszenia matrymonialne. Tak bardzo, że zdecydował się zamieścić swój anons, w którym oczywiście nie wspomniał o żonie i dziecku. Od tej pory niemal codziennie sprawdzał, czy ktoś mu odpowiedział. Ale też i sam "działał".

Skusiło go ogłoszenie 21-letniej Justyny. Napisał do niej SMS-a, a ona od razu odpisała. Umówili się na spotkanie, ale nie pojechali na romantyczną kolację czy do hotelu. Stosunek odbyli w... samochodzie. Identycznie wyglądały ich następne "randki".

- Interesował mnie tylko seks - przyznał Łukasz K., który stracił kontakt z kochanką, gdy młoda kobieta zmieniła numer telefonu.
- Nie miałem zamiaru jej szukać. Zresztą nie wiedziałem nawet, jak ma na nazwisko...

Potem Łukasz K. poznał Agnieszkę, ale skończyło się na jednym spotkaniu, bo nie przypadli sobie do gustu. Trzecią była 35-letnia Mariola N. ze wsi pod Kaliszem, kobieta po burzliwym małżeństwie przypieczętowanym rozwodem, nadal bardzo atrakcyjna i pomimo wcześniejszych doświadczeń ciągle wierząca w prawdziwą miłość. Na swoje nieszczęście zadzwoniła do Łukasza na numer podany w telegazecie. Po pierwszej rozmowie nastąpiła druga, piąta, dziesiąta... Wreszcie wymienili się zdjęciami. Spodobał się jej ten mężczyzna, ona mu również.

- Byłem przekonany, że to także będzie znajomość jedynie dla łóżka. Wyszło inaczej, ale nie planowałem tego - zapewniał K.

Polski James Bond


Jeszcze na etapie kontaktów telefonicznych Łukasz przekonywał Mariolę, że pracuje w policji, a nawet jest agentem rozpracowującym najgroźniejsze gangi.

- Nic więcej nie mogę powiedzieć, bo to tajne - opowiadał kobiecie, próbując wykreować się na polskiego Jamesa Bonda.

Po kilku tygodniach mieli dość rozmów przez komórki. Doszli do wniosku, że najwyższy czas na spotkanie. Czekali tylko na dogodny moment. Randkę zaaranżował Łukasz K.

- Jestem w podróży służbowej i mógłbym ciebie odwiedzić w drodze powrotnej. Oczywiście, jeśli nadal chcesz mnie zobaczyć - zapytał, choć doskonale znał odpowiedź. Mariola chciała i to bardzo.

Pojawił się w srebrnym bmw. Dobrze zbudowany blondyn zrobił wrażenie na kobiecie. Poza tym okazał się sympatycznym facetem. Aby uwiarygodnić bajeczkę o pracy w służbach, Łukasz pochwalił się pistoletem noszonym w kaburze pod pachą. Mariola bała się wziąć broń do ręki i nie zauważyła, że to atrapa kupiona w sklepie z gadżetami.

Pierwsze spotkanie było pewnego rodzaju egzaminem, który Łukasz zdał celująco. K. zauroczył kobietę i ona nie ukrywała tego, że jest nim zachwycona. Przez następne miesiące z niecierpliwością czekała na jego wizyty, a on pojawiał się zazwyczaj na weekendy. Mariola cały czas żyła w nieświadomości, że mężczyzna, o którym już zaczęła myśleć jako przyszłym mężu, ma własną rodzinę.

- Straciłam dla niego głowę i dlatego nie zauważyłam dziwnego zachowania. Nigdy nie zaprosił mnie do siebie, nie chciał brać udziału w imprezach z udziałem moich znajomych, a także nie pozwolił zrobić sobie ani jednej fotografii. Tłumaczył, że takie zdjęcie może wpaść w niepowołane ręce i zostanie zdekonspirowany. Rzekomo na jego życie czyhało wielu gangsterów. Ależ byłam naiwna! - wspomina ze złością Mariola.

Powód tych fanaberii Łukasza K. okazał się bardzo prozaiczny: nie chciał pozostawić po sobie żadnych śladów, ani też dopuścić, aby znaleźli się świadkowie mogący go skojarzyć z Mariolą. Miał bowiem wobec niej konkretne plany.

Tajemnicze zniknięcie


Mariola zaczęła marzyć o przyszłości z Łukaszem u swojego boku. Coraz częściej wspominała o małżeństwie, a jej "narzeczony" nie wyprowadzał jej z błędu. A nawet utwierdzał ją w przekonaniu o rychłym uwiciu wspólnego gniazdka. Musieli tylko znaleźć odpowiednie mieszkanie. Mężczyzna nieśpiesznie, ale sprytnie prowadził grę z zakochaną kobietą. Tłumaczył, że jego jest dla nich za małe, a do niej nie mógłby się wprowadzić, bo służbowe obowiązki nie pozwalają mu opuścić rodzinnego miasta. - Musimy wynająć jakieś mieszkanie w Poznaniu - tłumaczył.

O dziwo, bardzo szybko znalazł wręcz wymarzony lokal - do wynajęcia na rok, a później może nawet do kupienia.

- Jest okazja, ale musimy się spieszyć. Potrzebuję gotówki, bo mam za mało własnych oszczędności - powiedział Marioli.

Nietrudno domyślić się zachowania kobiety. Szalała ze szczęścia i natychmiast pobiegła do banku, aby wypłacić całe oszczędności - w sumie 13 tysięcy złotych. Zapamiętała dokładnie dzień, w którym przekazała Łukaszowi pieniądze, bo był to 8 marca.

- Dałam mu prezent na Dzień Kobiet - wspominała z żalem.

To dopiero początek całej serii tych "prezentów". Łukasz potrzebował a to jeszcze kilka tysięcy na sfinalizowanie transakcji, a to kilka setek na notariusza. Później kobieta wyłożyła pieniądze pożyczone od krewnych na samochód sprowadzony z Niemiec, który Łukasz zamierzał sprzedać w Polsce z dużym zyskiem. Mariola N. przekazywała mu kolejne kwoty, nie widząc na oczy ani auta, ani mieszkania, w którym rzekomo mieli wkrótce zamieszkać. Na dodatek nie wzięła żadnego pokwitowania.

- Policjantowi chyba możesz zaufać... - stwierdził fałszywy funkcjonariusz.

Mijały tygodnie, ona coraz częściej dopytywała się o przeprowadzkę, a mężczyzna zbywał ją rozmaitymi pretekstami. Kobieta w końcu zaczęła coś podejrzewać i coraz mocniej naciskała na Łukasza.

- Zawieź mnie do tego mieszkania albo zwróć wszystkie pieniądze - postawiła wreszcie ultimatum.

Wtedy K. zniknął. Mariola była zdruzgotana. Nie tylko stratą oszczędności, ale przede wszystkim świadomością, że ktoś cynicznie wykorzystał jej uczucia. Za namową krewnych zgłosiła się na policję.

Winni zawiedzionych nadziei


Łukasz K. starał się być bardzo ostrożny, ale na niewiele się to zdało. Policja nie miała najmniejszego problemu z jego ujęciem, ponieważ popełnił banalny błąd - posługiwał się telefonem komórkowym z numerem na abonament wykupionym na jego matkę. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Rejonową w Kępnie okazało się wyjątkowo łatwe. Zatrzymany mężczyzna przyznał się do wyłudzenia pieniędzy od Marioli N.

Przy okazji wyszło na jaw, że oszukał jeszcze jedną kobietę, której przedstawił się jako oficer Centralnego Biura Śledczego. Wmówił jej, że został postrzelony podczas akcji, a teraz potrzebuje pieniędzy na operację kręgosłupa. Jego łupem padło kilka tysięcy złotych. Niewiele brakowało, a nowa ofiara zlikwidowałaby oprocentowaną lokatę, aby pomóc "bohaterowi". Na szczęście ten pomysł wyperswadowali jej pracownicy banku.

- Żałuję tego, co się stało. Obiecuję, że wszystko zwrócę - przekonywał Łukasz K. podczas procesu.

Sąd okazał się bardzo wyrozumiały i skazał go tylko na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu.

Znacznie więcej problemów przysporzył policji Janusz I., który miesiącami skutecznie zacierał za sobą ślady, ale i on w końcu wpadł. A ponieważ miał sporo na sumieniu, został tymczasowo aresztowany. Mężczyzna nie czuł się winny. Twierdził, że nikogo nie oszukał, a pieniądze tylko pożyczał. Zaprzeczył nawet, aby komukolwiek obiecywał małżeństwo.

- Same sobie to wmówiły... - twierdził, nie ukrywając równocześnie dumy, że potrafił rozkochać w sobie tyle kobiet. - Ja nie potrafię być sam - dodał pytany, czy jeszcze będzie chciał z kimś się związać.

Janusz I. od dawna jest na wolności, ponieważ większość z zasądzonej kary odsiedział podczas pobytu w areszcie. Nie wiadomo, ile kobiet znowu przez niego płakało.

Teresa Stojanowicz

Personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.

 


Śledztwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje