Napad stulecia: Skok na pociąg z forsą

Złodzieje na chwilę przed napadem (kadr z "The Great Train Robbery" z 2013 r.) /materiały prasowe

Napad na pociąg w 1963 roku był największym rabunkiem gotówki w historii Wielkiej Brytanii. 15-osobowy gang ukradł 2 i pół tony banknotów!

Reklama


W pewne upalne lipcowe popołudnie 1962 roku Patrick McKenna, skromny pracownik brytyjskiej poczty, wpadł na pomysł, który doprowadził do jednego z najgłośniejszych rabunków w historii Wielkiej Brytanii. Raptem 2 dni wcześniej przypadkiem dowiedział się, że co miesiąc pociągi pocztowe zwożą do londyńskiej centrali Banku Anglii nawet 300 tys. funtów szterlingów! No dobrze, ale co z tego? - zastanawiał się McKenna. - Przecież nie zmienię się nagle w zawodowego oprycha i nie sterroryzuję pocztowców, by potem zniknąć z łupem. Musi się tym zająć ktoś inny!

Podwójne życie fryzjera

Reklama

McKenna w połowie stycznia 1963 roku podzielił się swoim pomysłem z fryzjerem Douglasem "Goodym" Gordonem. Znali się i przyjaźnili od dziecka, pocztowiec doskonale orientował się, że golibroda pracował na dwa etaty: w ciągu dnia strzygł klientów, a "po godzinach" działał w złodziejskiej szajce.

Wizja gwizdnięcia worków wypchanych banknotami zawładnęła wyobraźnią "Goody’ego". 23 stycznia fryzjer zwołał naradę w londyńskim pubie Pod Złotym Psem. Na spotkaniu stawili się wszyscy członkowie gangu, z którymi niecały rok wcześniej obrobił ciężarówkę przewożącą z lotniska Heathrow kilkadziesiąt tysięcy funtów. Kompani bez wahania zgodzili się wziąć udział w skoku.

Operacja wymagała wielu przygotowań, dlatego przez następne miesiące "Goody", Roy Jones, Charlie Wilson i Bruce Reynolds krok po kroku realizowali kolejne punkty planu. Za jego opracowanie był odpowiedzialny Reynolds, który przy wcześniejszych napadach świetnie sprawdził się jako taktyk.

W przestępczym półświatku Londynu Bruce jawił się postacią nietuzinkową. Elegancki blondyn, który lubował się w paleniu ekskluzywnych cygar i piciu wyśmienitych alkoholi, był nazywany przez pracowników Scotland Yardu "bandytą-dżentelmenem".

Ten elokwentny i doskonale ubrany 40-latek, który zawsze chodził w idealnie skrojonych garniturach i najmodniejszych butach, zakończył edukację w wieku 14 lat. Imał się przeróżnych zajęć, przy których brak wykształcenia nie stanowił przeszkody, pracował m.in. jako pomocnik w laboratorium i goniec w firmie księgowej; naprawiał też rowery. Do skromnej pensji dorabiał kradzieżami i włamaniami (za różne grzeszki spędził w pudle 3,5 roku). Zdobyte pieniądze inwestował w antyki; miał niezłe wyczucie rynku, handel starociami przynosił mu całkiem pokaźne zyski.

Napad zamiast kredytu

Już po wstępnym rozpoznaniu Reynolds zorientował się, że we czwórkę nie poradzą sobie z planowaną akcją. Potrzebowali pomocy "specjalistów", którzy wcześniej przeprowadzali napady na pociągi. Przekonał do tego pomysłu swoich kompanów i wspólnie wybrali gang, dotychczas działający na południu Londynu - jego członkowie już kilkukrotnie rabowali składy towarowe. Fakt, nie były to spektakularne wyczyny, ale - co najważniejsze! - przestępcy nigdy nie dali się złapać. Do ekipy dołączyli więc Ronald "Buster" Edwards, Tommy Wisbey, Bob Welch, Jim Hussey oraz Roger Cordrey. Do dziewięcioosobowej grupy z czasem przyłączyli się kolejni bandyci: bracia Brian i Leonard Field, Jimmy White, William Boal, John Daly, a także Ronald Biggs, z którym Reynolds spędził półtora roku w jednej celi.

Ronald Arthur Biggs urodził się 8 sierpnia 1929 roku w Londynie. Po raz pierwszy wszedł w konflikt z prawem w wieku 10 lat, został wówczas aresztowany za szabrowanie mienia ze zniszczonych kamienic, które ucierpiały podczas niemieckich bombardowań. Wybryki młodości nie przeszkodziły mu jednak wstąpić do wojsk lotniczych; mundur założył krótko po 18. urodzinach. Ale chłopak nie zabawił w armii zbyt długo - po pół roku został dyscyplinarnie zwolniony, bowiem nie wrócił do jednostki z pierwszej przepustki. Niedługo potem Biggs znów trafił za kratki, tym razem wpadł na kradzieży samochodu. Wyrok: półtora roku więzienia. Odsiedział go w całości, lecz za skok na zakład bukmacherski po raz kolejny znalazł się w mamrze.

Ta odsiadka dała mu do myślenia; obiecał sobie, że nigdy więcej nie trafi do pudła. Postanowił się ustatkować, w 1959 roku wyszedł z paki i zapisał się na kurs stolarki, żeby w końcu zdobyć jakiś zawód. Rok później ożenił się z 21-letnią Charmian Powell, córką dyrektora szkoły podstawowej we wschodnim Londynie.

Ronnie stał się przykładnym mężem, a z czasem ojcem dwójki dzieci. Kiedy na świat przyszedł trzeci syn, państwo Biggs postanowili kupić dom. Jednak bank odmówił małżeństwu przyznania kredytu. Zdesperowany mężczyzna postanowił zdobyć forsę w inny sposób. Odezwał się do Bruce’a Reynoldsa, dawnego kumpla spod celi. Kompan nie zgodził się na pożyczkę, zamiast tego zaproponował mu udział w napadzie.

Szkocka fortuna

Członkowie szajki po konsultacji z McKenną zdecydowali, że ich celem będzie pociąg relacji Glasgow - Londyn, który od 125 lat przewoził na tej trasie przesyłki pocztowe. Powód był prozaiczny: tylko w tym składzie wagony nie zostały wyposażone w alarm, który ostrzegłby centralę o napaści. Bandyci postanowili, że skok przeprowadzą 8 sierpnia 1963 roku.

Do ataku miało dojść na moście w pobliżu miejscowości Mentmore, w hrabstwie Buckinghamshire. McKenna zapewniał, że załoga pociągu nie jest wyposażona w broń palną, więc gangsterzy zrezygnowali z zabrania ze sobą pistoletów. Przestępcy na wszelki wypadek postanowili wziąć drewniane pałki, żelazne pręty i siekiery. Liczyli, że taki osprzęt zrobi odpowiednie wrażenie na pocztowcach i zniechęci ich do zgrywania bohaterów.

Przez długi czas gangsterzy zastanawiali się, w jaki sposób doprowadzić do zatrzymania pociągu. Spośród kilku propozycji ostatecznie zdecydowano się na pomysł Rogera Cordreya, który wymyślił, aby zielone światło sygnalizatora zasłonić szmatą, a czerwone włączyć za pomocą 6-woltowej baterii. Próba, którą przeprowadzili pod koniec lipca, zakończyła się sukcesem.

7 sierpnia 1963 roku o 18.50 pociąg wyruszył z Dworca Centralnego w Glasgow. Według rozkładu, do stacji docelowej w Londynie miał dotrzeć następnego dnia o 3.59. Skład mobilnego biura pocztowego liczył 12 wagonów, pieniądze z banków przewożono w drugim wagonie za lokomotywą. Według informacji od McKenny, rabusie mogli liczyć na łup w wysokości ok. 300 tys. funtów. Jednak tym razem pociąg zawierał ładunek znacznie większy niż zazwyczaj, bo przewożono w nim stare i mocno sfatygowane banknoty ze szkockich banków (większość gotówki była w nominałach 1- i 5-funtowych). Ale o tym rabusie dowiedzieli się dopiero później.

 Prętem w głowę!

Tuż po 3 nad ranem 58-letni maszynista Jack Mills zobaczył, że na sygnalizatorze świeci się czerwone światło. Mocno się zdziwił; choć kursował na tej trasie od 11 lat, w tym miejscu nigdy nie musiał przystawać. Wyhamował i zatrzymał lokomotywę. W pociągu nie było bezpośredniej łączności między maszynistami a dyspozytornią, więc pomocnik maszynisty, 21-letni David Whitby, wyszedł z kabiny, żeby ze służbowej budki znajdującej się obok torów zadzwonić do dyspozytora ruchu i wyjaśnić przyczynę niespodziewanego zdarzenia. Jednak Whitby’emu nie udało się skontaktować z centralą - telefon nie działał. Zadbali o to rabusie, którzy godzinę wcześniej poprzecinali kable.

Kiedy Whitby wracał do lokomotywy, z mroku wychynęło dwóch bandytów. Dopadli go i bez trudu obezwładnili. Następnie obaj napastnicy wskoczyli do kabiny. Mills zeznawał później:

- W pierwszej chwili pomyślałem, że to pracownicy kolei. No bo jak inaczej, przecież mieli mundury i czapki na głowach. Wszystko zgodnie z regulaminem.

Rabusie błyskawicznie wyprowadzili mężczyznę z błędu.

 - To jest napad!, krzyknął ten wyższy i uderzył mnie pięścią w twarz - kontynuował zeznania Mills. - Jednak ja się nie dałem! Rzuciłem się na nich, kopałem, biłem rękami... No ale co ja, stary, poradzę na dwóch zbirów? Poczułem tylko grzmotnięcie w głowę.

Cios zadano mu metalowym prętem. Mężczyzna zalał się krwią i momentalnie stracił przytomność.

Po opanowaniu kabiny maszynisty przestępcy przystąpili do realizacji kolejnego punktu planu: musieli sterroryzować pięciu pocztowców, którzy siedzieli w drugim wagonie za lokomotywą. Misja nie była trudna, bo żaden z nich nie zamierzał ryzykować zdrowiem i życiem, aby bronić nie swoich pieniędzy. Wszyscy karnie wykonali polecenie i położyli się na podłodze w rogu pomieszczenia. Dopiero wtedy dwóch napastników wyskoczyło na zewnątrz, żeby odczepić tę część składu pociągu, która znajdowała się za drugim wagonem. Trwało to ponad kwadrans.

Wówczas do swojej części zadania przystąpił Cordrey. Miał uruchomić lokomotywę i przejechać kilkaset metrów aż do miejsca, gdzie w pobliżu torów stały zaparkowane samochody, do których złoczyńcy mieli wrzucić łupy.

Ale pojawił się problem.

30 minut i po wszystkim

Owszem, Cordrey, pracujący przed laty na kolei, potrafił kierować lokomotywą, tyle tylko, że... zupełnie innym modelem. Tej nie potrafił nawet uruchomić.

Ronnie Biggs podszedł do zakrwawionego maszynisty i z ledwością go docucił. Kiedy Mills oprzytomniał, napastnik zakomunikował mu, że jeśli nie uruchomi pociągu i nie dojedzie we wskazane miejsce, to nie zawaha się go zabić.

- Panowie, zrozumcie. Ja naprawdę nie miałem wyboru - usprawiedliwiał się później Mills na posterunku.

Pociąg przejechał kilkaset metrów. Zatrzymał się na wysokości stojącej obok torów ciężarówki i dwóch samochodów terenowych; oba miały identyczną tablicę rejestracyjną: BMG 757A. Bandyci wyprowadzili kolejarzy z lokomotywy, po czym skuli ich jedną parą kajdanek i kazali położyć się na trawie. Następnie zabrali się za przenoszenie z wagonu do ciężarówki pakunków wypełnionych banknotami. Wrzucenie do auta 120 worków zajęło im pół godziny. Kiedy upłynęło dokładnie 30 minut, Reynolds dał sygnał, że muszą się zwijać. Przez opóźnienie z uruchomieniem lokomotywy nie zdążyli załadować całej forsy. W wagonie zostało osiem paczek z gotówką.

- No i wtedy ten niski facecik podszedł do nas i powiedział, że przez pół godziny mamy trzymać mordy na kłódkę - relacjonował podczas przesłuchania jeden z pocztowców. - Baliśmy się, dlatego nikt z nas się wcześniej nie ruszył...

Bandyci wsiedli do samochodów i odjechali do pobliskiej farmy w Leatherslade (Reynolds kupił ją 2 miesiące wcześniej). Po drodze gangsterzy w napięciu słuchali informacji podawanych przez lokalną rozgłośnię radiową. Na miejsce dotarli ok. 4.30. Kilka minut później usłyszeli głos spikera: Wiadomość z ostatniej chwili: niedaleko Mentmore dokonano napadu! Nie uwierzą państwo, obrabowany został pociąg!

Wielka forsa

Po rozładowaniu ciężarówek złodzieje zabrali się do przeliczania pieniędzy. To była gigantyczna kupa forsy, skończyli dopiero po 10 rano. Nie mogli uwierzyć, zamiast spodziewanych 300 tys. zwinęli ponad 2,5 mln funtów! Po opłaceniu poniesionych kosztów, doli dla McKenny i zapłaty dla pomocników, którzy nie brali bezpośredniego udziału w skoku, na łebka zostało ponad 147 tys. funtów! Kasa niebotyczna, w tym czasie w Wielkiej Brytanii miesięczna pensja na wysokim stanowisku wynosiła marne 40 funtów.

Bandyci zamierzali spędzić na farmie ok. tygodnia; do domów mieli się rozjechać dopiero wtedy, gdy sprawa lekko przyschnie. Ale ich plan wziął w łeb. Już dzień po napadzie podczas podsłuchiwania policyjnych częstotliwości usłyszeli w krótkofalówce niepokojące komunikaty. Nie mieli złudzeń: gliny wpadły na ich trop! W odległości kilkunastu kilometrów od miejsca napadu Scotland Yard prowadził dokładne przeszukania domów i zabudowań rolniczych. Musieli jak najszybciej uciekać!

Przeładowali pieniądze do czterech samochodów osobowych, które przed napadem ukryli w szopie obok farmy i trzema z nich odjechali. Na miejscu został tylko Brian Pole, który na ochotnika zgłosił się do wykonania ostatniego zadania: po godzinie od odjazdu kompanów miał podpalić melinę, żeby zatrzeć ślady. Ale miał pecha, mimo kilku prób obejście za cholerę nie chciało zająć się ogniem. Bał się, że zaraz dorwą go gliny.
Zrezygnowany wsiadł do auta i odjechał w kierunku Londynu.

To był drugi największy błąd, jaki popełnili bandyci.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje