Reklama

Najbardziej spektakularne napady w dziejach PRL-u

 Polowanie z nagonką

Akcji nadano kryptonim "P-64". Milicjanci stworzyli tymczasowy sztab śledczy w jednym z pokoi redakcji "Kuriera Polskiego". Kilkudziesięciu funkcjonariuszy próbowało zebrać zapamiętane przez świadków informacje. Przesłuchano wszystkie osoby, które w czasie napadu znajdowały się w budynku mieszącym gazetę. Oprócz spisywania zeznań milicjanci sporządzali również portrety pamięciowe przestępców. Zadanie wydawało się proste, bo zdarzenie widziało wiele osób, a obaj bandyci nie mieli zasłoniętych twarzy. Jednak wkrótce okazało się, że relacje dotyczące rysopisów początkowo bardzo się od siebie różniły.

Reklama

W tym samym czasie w stolicy prowadzono obławę. Akcja trwała nieprzerwanie noc i następny dzień. Mundurowi sprawdzali każdą szaroniebieską warszawę. Na wszelki wypadek milicyjne patrole kontrolowały także szosy w całym woj. mazowieckim. Zakrojona na szeroką skalę akcja poszukiwawcza nie przyniosła rezultatów. Bandyci umknęli.

W laboratorium zbadano osiem łusek, które znaleziono na miejscu rabunku. Okazało się, że część z nich wystrzelono z tej samej broni, której użyto w trzech poprzednich napadach! Pozostałe pochodziły z lufy broni, którą skradziono Kiełczkowskiemu! Na podstawie rysopisów podanych przez świadków specjalna sekcja techniczna MO stworzyła z papier mâché manekiny odpowiadające wyglądem postaciom bandytów.

Kukły ubrano w identyczną odzież jak ta, którą opisali świadkowie. Idealnie dopasowano również kolor włosów poszukiwanych. Figury ustawiono w komisariacie i pokazywano świadkom wydarzeń. Do okazania wezwano m.in. Bogdalskiego i Michałkowską. Kiedy kobieta weszła do pomieszczenia i zobaczyła manekiny, z wrażenia zemdlała. Podobieństwo okazało się uderzające!

Jednak perfekcyjne odwzorowanie postaci nie posunęło śledztwa ani o krok. Choć kolejne komunikaty podawane w mediach informowały, że milicja jest coraz bliżej schwytania sprawców, to nigdy nie powiadomiono opinii publicznej o ich ujęciu.

Lecz co się z nimi stało?

Anonimowy donos po latach

Sprawa napadu na oddział NBP przedawniła się w 1989 roku. Z czasem zresztą zapomniano o tajemniczych wydarzeniach, przez wiele lat media nie wracały do tej historii. Dopiero w 1997 roku dziennikarze miesięcznika "Kulisy" opisali nieznane fakty dotyczące niewyjaśnionej zagadki serii rabunków. Reporterzy gazety dotarli bowiem do akt śledztwa, które nigdy wcześniej nie zostały przedstawione opinii publicznej.

Kilka tygodni po opublikowaniu artykułu do redakcji magazynu dostarczono zagadkową przesyłkę. Pieczątka na kopercie wskazywała, że nadawca wysłał list z Jaworzna. Jego autor posługiwał się językiem charakterystycznym dla pracownika służb mundurowych; sformułowania, których użył w korespondencji, przypominały raport milicyjny. Anonimowy mężczyzna donosił, iż sprawcy serii brutalnych napadów zostali zdemaskowani i zatrzymano ich już kilka miesięcy po rabunku z grudnia 1964 roku! Na tym jednak nie koniec szokujących informacji.

Za napadami mieli stać dwaj oficerowie Służby Bezpieczeństwa, jeden w stopniu kapitana, a drugi majora. Według informatora, na najwyższych szczeblach władzy podjęto wówczas decyzję, aby całej aferze ukręcić łeb. W realiach Polski Ludowej za niedopuszczalne uznawano ujawnianie faktów, które mogłyby godzić w dobre imię służb mundurowych, podpory systemu komunistycznego. Zadbano więc o to, by opinia publiczna nigdy nie poznała prawdy. Zdaniem rządzących, niewykrycie sprawców w mniejszym stopniu uderzy w autorytet SB niż przyznanie, że wśród pracowników resortu znalazły się czarne owce.

Według nadawcy listu, w serię napadów było zamieszanych kilka osób. Jednak anonimowy mężczyzna poinformował o losie jedynie dwóch głównych sprawców. Obaj przestępcy, którzy bezpośrednio uczestniczyli w rabunkach, mieli zostać potajemnie zgładzeni. Informator nie wyjaśnił, kto dokonał egzekucji ani na czyj rozkaz to zrobił.

Redaktorzy magazynu opublikowali treść listu na swoich łamach. Jednocześnie zamieścili ogłoszenie, w którym prosili informatora o kontakt. Niestety, na tym korespondencja się skończyła.

Czy osoba, która wysłała list do "Kulis", napisała prawdę, czy była to zwykła konfabulacja? Tego nadal nie udało się ustalić. Jednak kilka lat temu dopisano kolejny rozdział do zagadkowej historii serii brutalnych napadów. Redaktorzy telewizji publicznej, którzy zbierali materiały do filmu o sprawie "P-64", odnaleźli w Instytucie Pamięci Narodowej dokument, który poniekąd potwierdza wersję podaną przez anonimowego mężczyznę.

Otóż 17 marca 1966 roku w Wydziale Ogólnym Departamentu III Ministerstwa Spraw Wewnętrznych sporządzono pewną notatkę. Jej adresatami byli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa Garnizonu Warszawskiego.

Dowiedz się więcej na temat: Polska Rzeczpospolita Ludowa | zbrodnie | Napad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje