Reklama

Najbardziej spektakularne napady w dziejach PRL-u

Mała apokalipsa

W aktach sprawy zanotowano:

Reklama

W dniu 22 grudnia 1964 roku o godzinie 18.32 oficer dyżurny Komendy MO m. st. Warszawy mjr Tobolski przyjął telefoniczny meldunek od redaktora gazety "Kurier Polski" ob. Olszewskiego o tym, że przed bankiem na ulicy Jasnej słychać było strzały, w wyniku czego są ranni lub zabici i prawdopodobnie dokonano napadu na bank lub samochód z konwojem pieniężnym.

Dlaczego właśnie dziennikarz jako pierwszy powiadomił o tych zdarzeniach? Otóż traf chciał, że dokładnie naprzeciwko banku mieściła się redakcja popołudniówki, w której pracował Olszewski.

Tobolski natychmiast wysłał kilka radiowozów pod siedzibę NBP. Pierwszy patrol dotarł na miejsce po 6 minutach, jednak milicjantów uprzedzili żurnaliści, którzy natychmiast wybiegli, aby na gorąco zebrać relacje od naocznych świadków napadu. Jak najszybciej zorganizowano blokadę wyjazdowych dróg z miasta.

Na placu w pobliżu banku rozpętało się piekło. Zewsząd dochodziły krzyki, kobiety płakały, kierowcy samochodów przytrzymywali klaksony. Część osób w popłochu uciekała, matki z dziecięcymi wózkami biegły jak najdalej od miejsca zdarzenia. Inni próbowali z kolei dopchać się pod drzwi banku, żeby zobaczyć, co się stało. Kilkanaście osób otoczyło leżącego na chodniku strażnika, dwóch mężczyzn bezskutecznie próbowało go reanimować. Tuż przy warszawie roztrzęsiony Bogdalski tulił zawodzącą kasjerkę.

Najgłośniejszy napad w powojennej historii Warszawy stał się faktem. Bandyci zrabowali milion 355 tys. 500 zł. Na owe czasy była to oszałamiająca suma, dość powiedzieć, że pieniądze wystarczyłyby na zakup nawet 11 domków jednorodzinnych! Dla milicjantów wydarzenia, które przypominały fabułę rodem z amerykańskich filmów gangsterskich, okazały się całkowitym szokiem! Po latach wspominali, że w pierwszej chwili czuli się kompletnie bezradni.

Kiedy się otrząsnęli, natychmiast ogrodzili teren i nie dopuszczali do miejsca zdarzenia żadnych gapiów. Funkcjonariusze musieli jakoś opanować chaos, ale próby uspokojenia tłumu ciekawskich, którzy zebrali się przy budynku banku, długo nie przynosiły efektów. Przechodnie przekrzykiwali się, co drugi chciał zdać relację z tragicznych wydarzeń. Dopiero po kolejnych 10 minutach stróżom prawa udało się zaprowadzić jako taki porządek.

Dokąd uciekli bandyci? Ustalono dwie wersje.

Większość świadków twierdziła, iż przestępcy pomknęli ul. Hibnera, przecinając na skos ul. Sienkiewicza. Wąskim przejściem między domami przedostali się następnie na ul. Moniuszki. Według dwóch świadków, bandyci przekazali tam pieniądze trzeciemu mężczyźnie, który wrzucił worek z gotówką do bagażnika stojącej na chodniku szaroniebieskiej warszawy. Człowiek ten miał w pośpiechu wsiąść do auta i natychmiast odjechać.

Tymczasem rabusie podobno od razu pobiegli do ul. Marszałkowskiej, a później kierowali się w stronę Świętokrzyskiej. Tam, z piskiem opon, na środku ulicy zatrzymała się szaroniebieska warszawa, do której wsiedli obaj przestępcy. Samochód ruszył w dół ulicy i... wszelki ślad po nim zaginął.

Według innej relacji, przestępcy mieli uciec w stronę ówczesnej ul. Kniewskiego (obecnie Złotej) i później umknąć pośród budowanego właśnie kompleksu mieszkalnego, tzw. Ściany Wschodniej.

Dowiedz się więcej na temat: Polska Rzeczpospolita Ludowa | zbrodnie | Napad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje