Reklama

Najbardziej spektakularne napady w dziejach PRL-u

Z zimną krwią

Kolejna zbrodnia, której prawdopodobnie dokonali sprawcy poprzednich napaści, miała miejsce dopiero 22 grudnia 1964 roku. Czy w ciągu 5 lat od ostatniego "występu" dwaj mężczyźni dopuścili się innych rabunków? Niestety, tego nie wiemy.

Reklama

Tym razem bandyci zaatakowali konwojentów pod VIII Oddziałem Narodowego Banku Polskiego, który mieścił się w Warszawie u zbiegu ul. Jasnej i Hibnera (obecnie ul. Zgoda). Przestępcy po raz kolejny wykazali się nie lada brawurą. Bank znajdował się w samym centrum stolicy, naprzeciw Pałacu Kultury.

Parę minut przed 18.30 samochód marki Warszawa zatrzymał się kilkanaście metrów od wejścia do banku. Z auta pierwsza wysiadła główna kasjerka Centralnego Domu Towarowego, Jadwiga Michałowska. Zaraz za nią opuściło pojazd dwóch konwojentów: Zdzisław Skoczek oraz Stanisław Piętka. Ten ostatni niósł worek z popołudniowym utargiem CDT. Gotówka ważyła blisko 8 kg! W samochodzie z włączonym silnikiem czekał na nich kierowca, Władysław Bogdalski.

Piętka uważnie rozejrzał się po całej ulicy. Wokół panował półmrok, Polska wciąż nie podźwignęła się z wojennej pożogi, więc oszczędzano prąd - świeciła tylko co druga latarnia. Konwojent badawczo przyglądał się przechodniom mijającym budynek NBP. Tego dnia ludzi było znacznie więcej niż zwykle, zaaferowani przedświątecznymi zakupami w pośpiechu przemykali chodnikiem. Krok za nim szedł Skoczek, który, zgodnie z regulaminem, trzymał rękę na kaburze pistoletu.

Cała trójka zmierzała w stronę Domu pod Orłami - to właśnie w tym modernistycznym budynku wzniesionym na początku stulecia mieściła się siedziba banku. Piętkę dzieliły już niecałe 2 m od wejścia. Nagle jakiś niski przechodzień w grubym brązowym płaszczu przypadkowo się z nim zderzył. A przynajmniej na przypadek to wyglądało, bo ułamek sekundy później mężczyzna wyciągnął pistolet i z bliskiej odległości strzelił w klatkę piersiową zdezorientowanego konwojenta. Kiedy funkcjonariusz upadł na ziemię, bandyta złapał worek i pobiegł w stronę ul. Hibnera. Widząc, co się dzieje, Bogdalski natychmiast nacisnął klakson.

W tym samym momencie jak spod ziemi wyrósł drugi bandyta. Bez słowa dwukrotnie strzelił w głowę zszokowanego Zdzisława Skoczka. Następnie podszedł do leżącego na ziemi Piętki i oddał kolejny strzał. Mężczyzna zginął na miejscu.

Tę krótką chwilę wykorzystała kasjerka i rzuciła się do ucieczki. Przebiegła parę metrów i ukryła się za samochodem, którym przyjechała. Wyższy z bandytów wystrzelił jeszcze kilka razy w stronę auta. Bogdalski wykazał się wówczas nie lada refleksem: widząc wycelowaną w siebie broń, w ułamku sekundy schował głowę pod kierownicą. Błyskawiczna reakcja uratowała mu życie, dwie kule trafiły w zagłówek fotela. Zabójca umknął w ślad za swoim kompanem i zniknął w ul. Hibnera.

W tym czasie Skoczek doczołgał się do drzwi banku. Chwilę później skonał.

Świadkowie zdarzenia relacjonowali później, że przez kilka pierwszych minut po strzelaninie na ulicy panowała kompletna cisza. Ludzie znieruchomieli i w milczeniu rozglądali się wokół siebie. Dopiero potem przechodnie wpadli w panikę. W okolicy Domu pod Orłami zapanował totalny chaos.

Dowiedz się więcej na temat: Polska Rzeczpospolita Ludowa | zbrodnie | Napad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje