Reklama

Najbardziej spektakularne napady w dziejach PRL-u

Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku dwóch mężczyzn dokonało w Warszawie serii napadów rabunkowych. Zginęli niewinni ludzie. Tych zbrodni do dziś nie wyjaśniono.

Informacje o kolejnych napaściach wstrząsnęły opinią publiczną ówczesnej Polski. Bandyci nie wahali się użyć broni, z ich ręki zginęło czworo niewinnych ludzi. Chociaż przeprowadzono wówczas zakrojone na szeroką skalę śledztwo, wciąż brakuje dowodów, że połączonym siłom Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa udało się ustalić sprawców zbrodni.

Strzały na budowie

Reklama

Krystyna Wawerek była najbardziej zaufaną pracownicą sklepu obuwniczego Chełmek, który mieścił się w Warszawie przy ul. Wyzwolenia 13/15. 4 grudnia 1957 roku jak co środę zlecono jej odniesienie tygodniowego utargu do banku przy ul. Bagateli. Niosła niemałą kwotę - 118 tys. 100 zł. Ubezpieczał ją Zenon Wolski, postawny sprzedawca, który zawsze towarzyszył kobiecie podczas transportu większych sum pieniędzy.

Ok. 17 weszli na ul. Marszałkowską. Panował siarczysty mróz, więc mimo egipskich ciemności postanowili pójść na skróty. Wawerek, tak na wszelki wypadek, przekazała swojemu towarzyszowi torbę z gotówką. Przecięli nieogrodzony plac budowy, na którym powstawało właśnie kino Luna.

Nagle zza jednego z baraków wyłoniło się dwóch mężczyzn. Niewysoki blondyn wyciągnął z kieszeni płaszcza pistolet i wycelował lufę w klatkę piersiową Wolskiego.

- Dawaj forsę! - powiedział stanowczo.

Pracownicy sklepu w pierwszej chwili po prostu zamarli.

- No już, szybko! - ponaglił napastnik i próbował wyrwać sprzedawcy torbę z pieniędzmi. Jednak mężczyzna mocno zacisnął palce na cennym pakunku.

- Ludzie, pomocy! Napadli na nas! - zaczęła krzyczeć Wawerek.

Na twarzach bandytów nie drgnął nawet jeden mięsień. Padł strzał, kula świsnęła tuż obok lewego ucha Wolskiego. Sprzedawca z wrażenia wypuścił torbę z rąk. Przestępca błyskawicznie sięgnął po łup, po czym wraz z kompanem umknął w stronę pobliskiego podwórka.

Hałas zaalarmował przechodniów. Kilku podbiegło do ofiar napadu. Kiedy zorientowali się, że nikomu nic się nie stało, zaczęli się w pośpiechu oddalać.

- Zostaw mnie pan, ja nie chcę mieć kłopotów - odparł starszy mężczyzna, kiedy Wolski próbował go zatrzymać. Gdy na miejsce przyjechała milicja, zastało tylko dwoje pracowników sklepu.

Mundurowi zabezpieczyli miejsce zdarzenia. Niedaleko baraku znaleźli łuskę po pocisku wystrzelonym z pistoletu wojskowego wzór 33. Pracowników Chełmka przewieziono do komisariatu, tam śledczy zanotowali ich zeznania. Niestety, ani Wawerek, ani Wolski nie potrafili szczegółowo opisać wyglądu rabusiów - w momencie napadu było już ciemno, a bandyci stali tyłem do latarni. Ich twarze spowijał mrok.

Łuska z popularnej tetetki stała się jedynym dowodem w sprawie. Choć do rozwiązania zagadki tajemniczego napadu zaangażowano niemałe siły milicyjne, sprawców nie udało się znaleźć. Przynajmniej oficjalnie.

Dowiedz się więcej na temat: Polska Rzeczpospolita Ludowa | zbrodnie | Napad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje