Reklama

Kokpity pełne amfetaminy, czyli przemytnicy z PLL LOT

Zagadka przemytu amfetaminy pozostaje nie rozwiązana po dziś dzień /East News

W 1987 roku polscy piloci zatrudnieni w PLL LOT zostali przyłapani w zachodnich Niemczech na przemycie narkotyków! Do tej pory nie wiadomo, kto był organizatorem przestępczego procederu.

Reklama

W Europie Zachodniej w drugiej połowie lat 80. XX wieku na narkotykowym czarnym rynku święciła triumfy amfetamina. Popyt okazał się tak duży, że nad produkcją chodliwego towaru pracowały nielegalne laboratoria organizowane przez gangi funkcjonujące w wielu krajach. Dzięki działaniom Interpolu w ciągu kilkunastu miesięcy policjantom udało się namierzyć i zlikwidować większość grup zajmujących się wytwarzaniem białego proszku. Jednak w 1987 roku na scenie pojawili się nowi gracze.

Amfa ze Wschodu

Reklama

Świat w tym czasie dzieliła żelazna kurtyna, która izolowała bogate kraje Zachodu od państw socjalistycznych znajdujących się w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Granica między oboma blokami przebiegała m.in. przez Niemcy, które po II wojnie światowej zostały podzielone na Niemiecką Republikę Demokratyczną oraz Republikę Federalną Niemiec. To właśnie w RFN-ie w 1987 roku policjanci zaczęli przechwytywać olbrzymie partie amfy, która okazała się tak czysta, że jej siła działania wielokrotnie przewyższała dotychczas konfiskowane narkotyki. Niemiecki rynek został wręcz zalany nowym towarem, a media donosiły o kolejnych ofiarach przedawkowania.

Próbki, które przebadano w laboratoriach kryminalistycznych, nie pozostawiały wątpliwości: skład fety dowodził, iż śmiercionośny proszek pochodzi z któregoś z krajów Europy Wschodniej. Niemieccy śledczy zachodzili w głowę, w jaki sposób narkotyk trafiał do RFN-u, skoro granice ze wschodnimi sąsiadami były tak restrykcyjnie kontrolowane.

Sytuacja wyglądała poważnie - politycy i opinia publiczna naciskali na służby mundurowe, by jak najszybciej rozwiązano narastający problem. W tym celu w Federalnej Policji Kryminalnej zdecydowano o powołaniu specjalnej grupy mającej za zadanie rozpoznać kanały przerzutowe i rozpracować gang, który wprowadził do obrotu kilkaset kilogramów amfetaminy.

Wpadł przez chemikalia

Dochodzenie prowadzono wielotorowo, jednak kryminalni w pierwszej kolejności wzięli pod lupę sklepy chemiczne, w których sprzedano znaczne ilości fenyloacetonu (w skrócie BMK) - półproduktu niezbędnego przy produkcji amfetaminy. Dlaczego zwrócono uwagę akurat na tę substancję? Z prostego powodu: we wszystkich krajach Europy Wschodniej handel tym odczynnikiem był zakazany. Każde laboratorium wytwarzające amfę za żelazną kurtyną musiało pozyskać BMK z Zachodu.

Kolejna grupa śledczych skoncentrowała się na dilerach. Komisariaty w całym kraju zapełniły się handlarzami narkotyków i kapusiami, którzy mogli pomóc kryminalnym w ujawnieniu tożsamości dystrybutora wprowadzającego na rynek tak doskonałą amfetaminę. Policjanci nieraz przekroczyli uprawnienia, żeby wydobyć potrzebne informacje. Brutalne metody doprowadziły jednak do postępów w śledztwie - kilku przesłuchiwanych zeznało, że słyszeli o pewnym hurtowniku, który pochodzi z Europy Wschodniej i posiada niemieckie obywatelstwo. Niestety, nikt nie wiedział, jak się nazywa. Część policjantów wątpiła nawet, czy taka osoba w ogóle istnieje. Mimo to podążono tym tropem.

Aby ustalić personalia tajemniczego mężczyzny, Federalna Policja Kryminalna nawiązała współpracę z urzędem skarbowym. Pracownikom skarbówki zlecono prześwietlenie imigrantów zza wschodniej granicy, których oficjalne dochody okazywały się dużo niższe, niż wskazywałby ich rzeczywisty stan posiadania. Wytypowano kilkunastu mężczyzn spośród blisko setki potencjalnych podejrzanych.

Dzięki materiałom pozyskanym z urzędu ds. migracji gruntownie sprawdzono przeszłość "figurantów". Każdemu przydzielono "opiekunów"; tajniacy obserwowali ich przez całą dobę, z ukrycia zrobiono im zdjęcia. Policjanci pokazali fotografie sprzedawcom ze sklepów chemicznych; czworo wskazało na tego samego mężczyznę. Handlowcy twierdzili, że ów osobnik w ciągu ostatnich 2 lat kupił u nich co najmniej kilkaset litrów BMK.

Rozpoznanym podejrzanym okazał się Bogdan Janeczek. Z papierów dostarczonych przez urząd ds. migracji wynikało, że pochodził z niewielkiej miejscowości na Opolszczyźnie. Przyjechał do RFN w 1981 roku i wkrótce otrzymał niemieckie obywatelstwo; błyskawiczną decyzję urzędników zawdzięczał dokumentom, które potwierdzały jego niemieckie pochodzenie.

W zeznaniach podatkowych za ostatnie lata wykazywał, że posiada dwa samochody oraz 120-metrowy dom w Bassenheim, 3-tysięcznym miasteczku oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Bonn (ówczesnej stolicy RFN). Jak na człowieka, który utrzymywał się jedynie z prac dorywczych, posiadał zadziwiająco dużo pieniędzy.

Na celowniku tajniaków

To właśnie na Janeczku skoncentrowano śledztwo. Do jego całodobowej obserwacji oddelegowano dodatkowych tajniaków. Dzięki dyskretnemu rozpytaniu sąsiadów ustalono, że mężczyzna bardzo często jeździł do wschodnich landów RFN.

4 stycznia 1988 roku Janeczek udał się do Monachium. Śledzący go gliniarze odnotowali, że tuż po 14 odwiedził sklep chemiczny. Wywiadowcy siedzący w aucie po drugiej stronie ulicy po kryjomu filmowali, jak Polak wytacza z magazynu pokaźną beczkę, pakuje ją do bagażnika swojej półciężarówki i odjeżdża w kierunku dzielnicy fabrycznej.

Tajniacy ruszyli za nim; podejrzany dojechał do obrzeży miasta i zatrzymał się na parkingu obok jakiegoś magazynu. Otworzył wrota składu i wtoczył beczkę do środka. Następnie wsiadł do auta i wrócił do Bassenheim.

Przesłuchanie sprzedawców potwierdziło przypuszczenia gliniarzy: Janeczek kupił BMK. Z nabytych przez niego 150 l substancji można było wyprodukować ponad 50 kg amfetaminy!

Policjanci objęli magazyn stałą obserwacją. Zakładano, że któryś ze wspólników Polaka przejmie dostawę, jednak nikt się nie pojawił. Dopiero po 4 dniach po beczkę przyjechał... sam Janeczek! Załadował BMK do auta i wrócił do swojego domu.

W tym czasie w niemieckiej prasie publikowano liczne artykuły donoszące o następnych osobach, które zmarły wskutek przedawkowania amfy. Być może z tego powodu, pomimo wątłych poszlak, prokurator wydał zgodę na założenie podsłuchu na telefon Janeczka. Dzięki temu od 8 lutego policjanci przez całą dobę monitorowali rozmowy mężczyzny.

Przez ponad tydzień nasłuch nie przyniósł żadnych efektów. Jednak 18 lutego zarejestrowano krótką rozmowę, która potwierdziła przypuszczenia o udziale mężczyzny w gangu rozprowadzającym narkotyki. O 9.30 do Janeczka zadzwonił jakiś znajomy z Polski.

- Cześć, Staszek z tej strony.

- Cześć, co tam?

- W porządku. Masz już?

- Mam.

- Ile?

 - 150.

- Dobra. Przelej 40 do kanistra i czekaj na Łukasza. Jest już w drodze.

 - A ty masz coś dla mnie?

- Tak. Będzie za 5-6 dni, przywiezie 4 albo 5 kilo.

Śledztwo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: PLL LOT | amfetamina | przemyt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje