Reklama

Kapsułki śmierci

Nadporucznik Hofrichter, oficer cesarsko-królewskiej armii, bardzo chciał awansować. By się pozbyć konkurentów, wysłał im... afrodyzjak.

Austro-Węgry, lato 1909 roku. W mieście garnizonowym Linz stacjonuje 14. pułk piechoty im. Ernsta Ludwika, Wielkiego Księcia Hesji i Nadrenii, będący w służbie miłościwie panującego Franciszka Józefa I, cesarza monarchii austro-węgierskiej. Jednym z członków korpusu oficerskiego jest nadporucznik Adolf Hofrichter.

Ambitny i pechowy

Urodził się 20 stycznia 1880 r. w Reichenau koło czeskiego miasteczka Gablonz (Jablonec) nad Nysą w rodzinie zamożnych przemysłowców. Jako szesnastolatek wstąpił do wojska, w 1904 r. ukończył szkołę oficerską ze stopniem porucznika. Niedawno się ożenił i z niecierpliwością czeka na awans. Chce być członkiem Sztabu Generalnego, ma nadzieję, że wtedy zostanie oddelegowany do Wiednia. Hofrichter już dwukrotnie ubiegał się o to zaszczytne stanowisko. Niestety, bez skutku. W mniemaniu przełożonych jest przesadnie ambitny i balansuje "na granicy niesubordynacji", stąd też ich odmowa awansu.

Rzeczywiście, wymagania dla przyszłych członków sztabu są bardzo wysokie. Z tysiąca kandydatów tylko trzydziestu ma szczęście otrzymać nominacje. Pechowcy przyczyn porażki doszukują się w wyśrubowanym poziomie egzaminów albo tłumaczą ją brakiem znajomości w wyższych sferach. Najbardziej złośliwi twierdzą, że "zbyt mała ilość błękitnej krwi w żyłach" jest główną przeszkodą w karierze wojskowej.

Reklama

Afront w biały dzień

Adolf Hofrichter jest jednym z tych zawiedzionych. Zawistny oficer nie znosi kolegów, którym się udało. Tak jak jego młoda żona, urodziwa Anna, która w wyższym stanowisku męża upatrywała szansy na społeczny awans. Ambitna kobieta cierpi jak on z powodu podrzędnej pozycji towarzyskiej w garnizonowej hierarchii. Duma Anny została poważnie zraniona, gdy kobieta napotkała na swojej drodze żonę jednego z kapitanów, mającego zaszczyt służyć w Sztabie Generalnym.

Był piękny lipcowy dzień. Anna wyszła właśnie od swojej krawcowej, Heleny Stemberkovej, u której zamówiła elegancką suknię. Spacerując jedną z ulic Linzu, pani Hofrichter przyglądała się wystawom sklepowym, ale też dyskretnie, spod ronda kapelusza, spoglądała na mijających ją mężczyzn, z lubością rejestrując ich pożądliwe spojrzenia. Wiedziała, że jest ładna i z wielkim zadowoleniem odbierała oznaki zainteresowania swoją osobą. Zwłaszcza teraz, gdy spodziewała się dziecka. Jej figura nadal była idealna.

Anna miała świetny humor do chwili, kiedy ujrzała nadchodzącą z przeciwka tamtą kobietę. Znała ją ze spotkań towarzyskich. Była to żona jednego z kolegów jej męża. Starszego szarżą. Kapitanowa miała na sobie szeroką kloszową suknię, na głowie pretensjonalny, upstrzony kiczowatymi sztucznymi kwiatami kapelusz, w ręce trzymała parasolkę. Obie panie znajdowały się na wąskim trotuarze, lecz jeśli by zechciały, mogłyby się bez trudu wyminąć. Ale dumna żona kapitana nie zamierzała ustąpić z drogi nawet o centymetr pani nadporucznikowej.

Gdy obie damy zatrzymały się naprzeciw siebie, kobieta czubkiem parasola wskazała Annie ulicę. Pani Hofrichter nie przypadł do gustu ten władczy gest. Miała dwa wyjścia: albo zaryzykować starcie z arogancką przeciwniczką, albo ustąpić. By uniknąć widowiska, wybrała to drugie i zeszła z chodnika. Kapitanowa, zamiast podziękować, oświadczyła butnie: - No właśnie!

Oficerskie zabawy

W Annie zawrzała krew. Takie upokorzenie! Następnym razem nie ustąpię tej flądrze! - pomyślała. Incydent ten tak ją zdenerwował, że aż rozbolał ją brzuch. Przestraszyła się, że poroni, więc dla uspokojenia nerwów usiadła w jednej z kawiarni, a po wypiciu wody sodowej wybrała się na spacer wzdłuż Dunaju. Ale wciąż nie mogła zapomnieć o tym przykrym dla niej incydencie.

Anna była wściekła na kapitanową. Taki afront na oczach przechodniów! - myślała. Równocześnie odżył w niej żal do męża, że ciągle ma tak niski stopień i w "towarzystwie" jest w zasadzie nikim.

Postanowiła porozmawiać z nim jeszcze raz o awansie, tym razem ostrzejszym tonem.

Nadporucznik Hofrichter wrócił do domu około północy, podchmielony i w niezbyt dobrym humorze. Spędził kolejny wieczór w gronie kolegów oficerów w przybytku burdelmamy Leonie, zwanej przez wszystkich Leo. Udział w tych wieczorkach należał do niepisanych obowiązków każdego oficera - obojętnie czy był żonatym, rozwiedzionym, czy kawalerem. Żonaci mieli ciche przyzwolenie swoich "ślubnych", które albo udawały, że nie wiedzą, że ich mężowie spędzają czas w domu publicznym, albo po prostu wiedzieć tego nie chciały.

Oficerowie zwykle rozgrywali najpierw partię taroka, racząc się przy tym różnymi trunkami, a potem zabawiali się z dziewczętami. Gwoździem programu niektórych wieczorów była gra w karty o najwyższą stawkę, jaką stanowił nowy "nabytek" burdelmamy. Madame Leo po przedstawieniu nowej "dziewczynki" zachęcała mężczyzn do podwyższania stawki. Zwycięzca zyskiwał prawo do "pierwszego razu" z "nową", Leonie zaś zgarniała całą karcianą pulę.

"Prawie dziewica"

Tym razem właścicielka przyprowadziła piękną, ciemnowłosą Czeszkę Janę, sprowadzoną prosto z Pragi. Burdelmama zapewniała panów oficerów, że dziewczyna niedawno skończyła osiemnaście lat i jest "prawie dziewicą". Wreszcie późnym wieczorem w bladym świetle żyrandola na sali pojawiła się Jana owinięta jedynie w przeźroczysty tiul. Wojskowi na jej widok aż gwizdnęli z podziwu. Adolf Hofrichter miał wielką chrapkę na piękną Czeszkę, dziewczyna była w jego typie.

Ale karta mu nie dopisała i zdobycz przypadła w udziale porucznikowi Schneiderowi. Dzień ten w ogóle okazał się pechowy dla ambitnego nadporucznika: najpierw na służbie dostał reprymendę od przełożonego, potem, kiedy przechodził przez ulicę, koń dorożkarski przestraszył się przejeżdżającego automobilu, wpadł w popłoch i omal go nie stratował, a na koniec jeszcze pech w kartach...

No i te żarty kolegów na temat jego sprawności seksualnej...

"Wytrwałość" wojskowych

Ten temat zawsze pojawiał się w męskich rozmowach, oczywiście w żartobliwej formie. Szczególnie żonaci oficerowie dostawali wtedy w kość. Kawalerowie śmiali się z nich, bo coraz trudniej było im działać "na dwa fronty" - dokazywać z dziwkami i zadowalać seksualnie żony. A poza tym stale kombinować, by ich małżonki nie domyśliły się skoków w bok.

Wśród dowcipów i docinków panowie doradzali sobie również po przyjacielsku, co należy zażywać, aby wzmocnić swoją męskość: na przykład seler, szparagi, pieprz albo hiszpańską muchę. Któryś z kolegów wspomniał, że we Francji wynaleziono podobno jakieś pigułki, które w tej materii czynią cuda.

Hofrichter zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest już takim wytrwałym kochankiem, jak przed ślubem, kiedy mógł pić całą noc i mieć jeszcze siły na miłosne igraszki. Docinki kolegów bardzo go denerwowały.

Sposób na awans

Wchodząc późną nocą do domu, nadporucznik miał nadzieję, że jego żona już śpi i nie będzie musiał wysłuchiwać jej stałych utyskiwań. Pomylił się. Anna leżała co prawda w łóżku, ale nie spała. Przygoda z kapitanową nie dawała jej spokoju i postanowiła opowiedzieć o niej mężowi, a przy okazji jeszcze raz wypomnieć mu brak awansu.

Kiedy Adolf położył się obok żony, Anna zrelacjonowała mu spotkanie na ulicy. Hofrichter przyznał, że ta gęś zachowała się po chamsku i gdyby była mężczyzną, to należałoby ją wyzwać na pojedynek. Jego żona kuła żelazo póki gorące:

- A to wszystko dlatego, że nie awansujesz! Koledzy z twojego rocznika są już kapitanami albo majorami. Tylko ty nie... Zrób coś! Gdybym wyszła za mąż za takiego Madera, byłabym już kapitanową...

Znowu ten Mader - pomyślał Hofrichter ze złością, a głośno powiedział: - Cały czas gadasz tylko o tych stopniach i tytułach. Masz manię na tym punkcie. No to trzeba było wyjść za tego Madera albo Hartmanna, byłabyś już może żoną majora. A najlepiej wydaj się za naszego pułkownika, tego starego dziadygę. Wszyscy będą ci się kłaniać w pas.

Anna wyczuła ironię i gorycz w słowach męża, postanowiła więc go ułagodzić. Przytuliła się do jego boku i szepnęła: - Ale i tak cię kocham. Wyszłam za ciebie z miłości.

Adolf nic już nie powiedział. Zgasił lampę i położył się na wznak. Żona próbowała rozbudzić go jeszcze pieszczotami, ale ponieważ nie reagował, odwróciła się do niego plecami i wkrótce potem zasnęła.

Wojna, epidemia...

Mężczyzna wpatrywał się w sufit. Tak, musi coś zrobić. Najwyższy czas! Nieraz już rozmyślał nad tym, jak zdobyć to upragnione przeniesienie do Sztabu Generalnego. Najlepiej byłoby dokonać jakiegoś bohaterskiego czynu... Ba, ale jakiego? W czasie pokoju nie ma ku temu okazji. Dobre wyniki w musztrze i w strzelaniu żołnierzy z podległej mu kompanii to za mało. Tak, wojna to dobra rzecz... Trup ściele się gęsto, a i oficerów śmierć nie omija. Im mniej ich, tym większe jego szanse na awans. Może zabić kilku w pojedynkach pod byle pretekstem?

Zbyt duże ryzyko. Można samemu paść. Dobra byłaby jakaś zaraza, epidemia...

Wtedy przypomniał sobie rozmowy z kolegami o potencji i w jego głowie zaświtała pewna myśl, którą uznał niemal za genialną. Tylko jak ją urzeczywistnić, żeby nie padł na niego cień podejrzenia, a upragniony awans wreszcie stał się faktem? Nadporucznik Hofrichter zasnął dopiero nad ranem.

Ostatnia kolacja kapitana

Kapitan Richard Mader, świeżo upieczony członek Sztabu Generalnego CK Armii 17 listopada 1909 roku był w świetnym nastroju. Siedział przy biurku w swoim wiedeńskim mieszkaniu przy Hainburgerstrasse 56 i pisał list do narzeczonej, Annie Myrtley, Amerykanki, szansonistki występującej obecnie we Frankfurcie nad Menem. Miłość do niej nie okazała się jednak przeszkodą, aby od czasu do czasu romansować z kimś innym. Właśnie dzisiejszego wieczoru oficer miał umówioną randkę z pewną niedawno poznaną, młodą, atrakcyjną damą. Mader postanowił przed wyjściem zjeść kolację i wysłał swojego ordynansa do pobliskiej gospody po jedzenie.

Kończył już pisać drugą stronę listu do Annie, kiedy przyszło mu na myśl, by, zanim zasiądzie do stołu, zażyć kapsułkę na potencję. A dokładnie mówiąc dwie. Dostał je poprzedniego dnia pocztą od farmaceuty Charlesa Francisa, jako reklamę produktu. Wspomniał o tym swemu koledze ze sztabu, księciu Franzowi zu Hohenlohe, zwierzając mu się, że zamierza zażyć nadesłany specyfik, aby się przekonać, czy rzeczywiście ma on takie zbawcze działanie, o jakim przeczytał w dołączonej ulotce.

Co prawda jej autor zalecał, by zażyć środek na pół godziny przed coitusem, ale co tam... Kapitan sięgnął po puzderko, wyjął obie kapsułki, włożył je do ust i popił wodą.

Kiedy po pięciu minutach ordynans Tomola wrócił do mieszkania, znalazł swojego oficera w przedpokoju na podłodze, charczącego i skręcającego się z bólu. Służący natychmiast sprowadził z sąsiedztwa znajomego doktora, ale ten po przybyciu nie potrafił pomóc oficerowi. Stwierdził jedynie zgon kapitana.

Lekarz miał jednak problem z określeniem przyczyny śmierci. Objawy były podobne jak przy udarze mózgu... Ale nie był pewny. W końcu na świadectwie zgonu lekarz wpisał: Przyczyna śmierci nieznana.

Śmierć w męczarniach

Dwa dni później, 19 listopada, w szpitalu garnizonowym przeprowadzono sekcję zwłok kapitana Madera. Bez większego trudu ustalono przyczynę śmierci: zatrucie cyjankiem potasu. Ta substancja jest silną trucizną o zapachu gorzkich migdałów, której nawet niewielka dawka (2-3 mg na kilogram masy ciała) powoduje zgon. Jej działanie polega na zatrzymaniu dopływu tlenu do komórek ciała, powodując tym sposobem "wewnętrzne uduszenie" i śmierć w męczarniach.

Rozpoczęło się śledztwo prowadzone przez przedstawicieli władz wojskowych wspólnie z policją. W czasie rewizji w mieszkaniu Madera śledczy znaleźli list, zaadresowany do kapitana, opatrzony nagłówkiem Discret! o następującej treści: Szlachetnie urodzeni! Przedwczesne osłabienie sił męskich jest chorobą naszego wieku. Zbadać tego przyczyny i wynaleźć środek temu przeciwdziałający stało się koniecznym zadaniem wybitnych medycznych specjalistów. Na podstawie podjętych prób udało się w końcu wynaleźć środek, który, bez szkody dla zdrowia, podnosi znacznie męską potencję. Pozwalamy sobie załączyć bezpłatną próbkę. Proszę ocenić samemu; będzie to dla nas najlepszą reklamą. Poniżej podano sposób zażycia środka z uwagą: Działanie zdumiewające!

Wiedząc, co miało nastąpić po zażyciu kapsułek, trudno odmówić cynizmu autorowi listu. Pismo kończyło się formułką: Z najwyższym poważaniem, oddany, Charles Francis. Wiedeń.

Poszukiwania tajemniczego "Mr Francisa" nie przyniosły rezultatu. Prowadzący śledztwo domyślali się, że kapitan Mader, mający opinię kobieciarza, zażył fatalną kapsułkę, by lepiej wypaść w sytuacji intymnej. Damy, z którą był umówiony, nie udało się odnaleźć. List i pudełeczko, w którym znajdowały się kapsułki, zostały zarekwirowane i poddane badaniu.

Ofiara politycznego spisku?

Zagadkowa śmierć oficera wywołała sensację. Ówczesna prasa krajowa i międzynarodowa miała o czym pisać. W obieg puszczono nieprawdopodobne domysły i spekulacje, zwłaszcza po tym, kiedy wyszło na jaw, że jedenastu innych wojskowych otrzymało podobną przesyłkę. Analiza zawartości tajemniczych ampułek wykazała obecność trucizny - cyjanku.

Ponadto śledczy ustalili, że kapsułki nie zostały wyprodukowane przez żadną z firm farmaceutycznych, lecz spreparowane "domowym sposobem". Pozostali oficerowie zastosowali się do ostrzeżenia przełożonych, aby nie zażywać żadnych przesłanych pocztą środków wzmacniających potencję. To uratowało im życie. Kapitan Mader był jedyną śmiertelną ofiarą.

Jego pogrzeb odbył się 20 listopada 1909 r. na centralnym cmentarzu wiedeńskim i miał niemal charakter pochówku bohatera narodowego, który poległ na polu chwały. O randze ceremonii żałobnej świadczyła choćby obecność samego szefa Sztabu Generalnego, generała von Conrada, jego zastępcy generała-majora Langera, prezydenta cesarskiej Akademii Nauk, prof. Suessa, oraz innych prominentów. Była to uroczystość, którą wiedeńczycy wspominali jeszcze przez długie lata.

W pierwszym etapie śledztwa prowadzący sprawę skupili się na ustaleniu, dlaczego Mader zginął. Wersję o samobójstwie szybko wykluczono: kapitan był człowiekiem stojącym u progu kariery wojskowej, a poza tym zbyt kochał życie. A więc czy w grę wchodził spisek polityczny, w który uwikłane było wrogie państwo?

Biorąc pod uwagę niezbyt odpowiedzialną wojskową funkcję ofiary, hipotezę uznano za mało prawdopodobną. Czy wobec tego w sprawę śmierci oficera zamieszani byli wewnętrzni wrogowie państwa? Wszak armia to instytucja cementująca chwiejącą się w posadach naddunajską monarchię. A może za tym mordem krył się pospolity trójkąt miłosny - jakiś zazdrosny małżonek, któremu kapitan przyprawił rogi albo też porywcza kochanka, niemogąca przeboleć jego seksualnych eskapad?

Podejrzany

W trakcie dalszego dochodzenia pojawiło się podejrzenie, które zapowiadało skandal: sprawcą mógł być jeden z aspirantów na członka Sztabu Generalnego, który nie umiał pogodzić się z odrzuceniem swojej kandydatury, albo też wpadł na szaloną myśl, że w razie usunięcia któregoś z konkurentów jego szanse na awans wzrosną. Gra toczyła się o bardzo wysoką stawkę: członkowie Sztabu Generalnego należeli do elity wojskowej i cieszyli się wysokim poważaniem w społeczeństwie. Za to odrzuceni kandydaci musieli dalej pełnić swoją nudną służbę za niewysoką pensję w prowincjonalnych garnizonach wielonarodowościowej monarchii.

Dochodzenie wykazało, że wszyscy adresaci listu z kapsułkami należeli do tego samego rocznika absolwentów szkoły oficerskiej - ukończyli naukę w roku 1905. Dwóch z nich służyło na prowincji. Eksperci dokonali analizy charakteru pisma listu "Charles'a Francisa". Porównując go do pewnego dokumentu zawierającego opis map wojskowych, znaleźli podobieństwa. Sprawca musiał zatem rekrutować się z kręgu oficerskiego.

Dodatkowo na kopercie innego listu z trucizną, który wyszedł bez wątpienia spod tej samej ręki, w adresie widniał przekreślony wyraz "kapitan", zastąpiony wyrazem "nadporucznik". Tak jakby sprawca wiedział, do kogo wysyła swój list, ale pomylił stopień z inną osobą.

A to oznaczało, że przygotował kilka przesyłek. Próbki pisma oficerów z rocznika 1905, wydobyte z archiwum Sztabu Generalnego, w końcu doprowadziły śledczych do wojskowego, osiadającego w tajnych dokumentach armii oznaczenie pisane rzymską literą "V".

Był nim nadporucznik Adolf Hofrichter służący w garnizonie w Linzu. Grafolodzy doszli do wniosku, że pismo Hofrichtera i pismo "Charles'a Francisa" jest niemal identyczne. Nadporucznik stał się głównym podejrzanym.

Środek na robaki

Śledztwo dodatkowo ujawniło, że Hofrichter w dniach 10-15 listopada 1909 roku wziął urlop. W nocy z 13 na 14 listopada wyjechał do Wiednia i wczesnym rankiem przybył na Dworzec Zachodni.

Krótko potem do skrzynki obok dworca zostały wrzucone listy z zabójczymi kapsułkami. Nadporucznik zatrzymał się na jeden dzień u teściowej, u której przebywała jego żona, po czym z małżonką wrócił do Linzu.

Pod koniec listopada w domu Hofrichtera przeprowadzono rewizję. Ekipa śledcza składała się z wysokich funkcjonariuszy policji i członków Sztabu Generalnego. Funkcjonariusze działali bez pośpiechu, mając nadzieję, że podejrzany, jak przystało na oficera, wpakuje sobie kulę w łeb i na tym sprawa się zakończy. Hofrichter jednak daleki był od takiego czynu. Nawet kiedy śledczy znaleźli koperty i pudełeczka, takie same jak te, które otrzymali "kandydaci do usunięcia", identyczny atrament oraz opłatkowe kapsułki, nie przyznał się do winy.

Tłumaczył, że z pudełeczek zamierzał zrobić dla żony przybornik krawiecki, a kapsułki zawierają środek na robaki dla jego psa Trolla.

Gosposia Hofrichtera zeznała, że jej pracodawca zamykał się na długie godziny w swoim pokoju. Czy po to, aby sporządzać kapsułki z trucizną? Nie wiedziała. Śledczy ustalili, że Hofrichter znał się na fotografii i obróbce zdjęć oraz umiał obchodzić się z chemikaliami. Ponadto jego kuzyn był aptekarzem. Wszystko to nie stanowiło jednak stuprocentowego dowodu winy oficera.

Jestem winny. I niewinny...

Hofrichter został aresztowany i przewieziony do wojskowego aresztu śledczego. Już samo podejrzenie o zabójstwo godziło w reputację cesarsko-królewskiej armii. Obowiązywała bowiem zasada, że członkowie Sztabu Generalnego nie mogą być uwikłani w żadne afery. Tymczasem Hofrichter podczas przesłuchań cały czas zaprzeczał, jakoby to on wysyłał śmiercionośne przesyłki. Prawdopodobnie znał mający jeszcze moc prawną paragraf z czasów Marii Teresy (1917-1780, królowa Czech i Węgier, niekoronowana cesarzowa rzymsko-niemiecka od 1745), który stwierdzał, że w procesach przed trybunałem wojskowym kara dla sprawcy nie może przekraczać dwudziestu lat, jeśli nie został on przyłapany na gorącym uczynku i jeśli nie przyznał się do winy. W takich przypadkach nie wolno również wykonać na nim wyroku śmierci.

Hofrichter liczył się jednak z możliwością skazania i zamierzał w przebraniu uciec z aresztu. Zdobył zaufanie profosa więzienia (podoficer aresztu wojskowego, przeważnie odpowiedzialny jedynie za sprawy gospodarcze i administracyjne), Tuttmanna, który przemycił do jego celi części munduru strażnika. Potajemnie dostarczał też listy nadporucznika jego żonie.

Jednak w czasie rutynowej rewizji plan ucieczki wyszedł na jaw i Tuttmann został pozbawiony swojego stanowiska, w ekspresowym tempie osądzony i skazany na trzy lata ciężkiego więzienia. Dla Hofrichtera ta sprawa miała później stanowić dodatkowy punkt obciążający go w akcie oskarżenia.

Konsternacja na dworze cesarskim

W dniu 27 kwietnia 1910 r. wybucha "bomba" - podejrzany niespodziewanie złożył zeznanie, w którym przyznał się do otrucia kapitana Madera. Na pytanie prowadzącego przesłuchanie kapitana-audytora Jaroslava Kunza, co skłoniło go do mordu, podejrzany odpowiedział, że zrobił to z miłości do żony, która pragnęła zostać "panią kapitanową Hofrichter". Przyznanie się oficera do winy wywołało konsternację w sferach wojskowych, a nawet na dworze cesarskim (sam cesarz Franciszek Józef nakazał informować się o przebiegu śledztwa). Jeśli Hofrichter podtrzymałby swoje zeznanie i doszłoby do procesu, na honorze armii cesarsko-królewskiej powstałaby plama nie do zmazania. Kilka dni później aresztowano Annę Hofrichter pod zarzutem współudziału. Jednak wkrótce uznano, że nie miała ona ze zbrodnią nic wspólnego i odesłano ją do domu.

Nie wiadomo, czy Adolf Hofrichter przemyślał jeszcze raz swoją decyzję o przyznaniu się i przestraszył się oczekującej go kary, czy też uległ jakimś naciskom ze sfer wojskowych. W każdym razie 9 maja 1910 roku odwołał swoje poprzednie zeznanie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień. Twierdził teraz, że jest niewinny. Po tym oświadczeniu jego sprawa nabrała zawrotnego tempa, tak jakby obawiano się, że nadporucznik może jeszcze raz zmienić swoje zeznanie i powtórnie przyznać się do winy.

Przed trybunałem

Sąd wojskowy w sprawie Adolfa Hofrichtera został zwołany 23 maja 1910 roku. Rozprawa odbywała się przy zamkniętych drzwiach. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że proces miał charakter poszlakowy, pomimo licznych dowodów wskazujących na winę Hofrichtera.

Jaroslav Kunze odczytał akt oskarżenia składający się z pięciu punktów:

1. Mord na kapitanie Maderze.

2. Próba morderstwa na jedenastu innych oficerach.

3. Nakłanianie do nadużycia stanowiska służbowego (przypadek profosa Tuttmanna).

4. Fałszowanie dokumentów marszrut i wykorzystywanie ich do prywatnych celów.

5. Niesubordynacja (okazuje się, że Hofrichter w wychodzącej w Sarajewie gazecie opublikował obraźliwy artykuł szkalujący dowódcę swojego oddziału i szefa sztabu dywizji).

W czasie procesu wyszły na jaw jeszcze dwa inne fakty, które mogły być dla oskarżonego obciążające - niespodziewana śmierć jego byłej narzeczonej Johanny Amlacher, córki pastora, w roku 1904 oraz podawanie się w przeszłości za lekarza ("Dr Hallera"), aby łatwiej wkraść się w łaski poznawanych kobiet.

Sąd nakazał ekshumować zwłoki zmarłej Johanny i zbadać je pod kątem zawartości cyjanku. Nie udało się jednak wykryć nic podejrzanego. Prawdopodobnie córka pastora zaszła w ciążę i obawiający się skandalu Hofrichter, a tym samym końca kariery wojskowej, nakłonił dziewczynę do usunięcia płodu, co wówczas często kończyło się śmiercią "pacjentki".

Zamiast awansu, degradacja

Orzeczenie psychiatrów badających oskarżonego nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do jego stanu zdrowia: Ani obecnie, ani w czasie popełniania czynów nie był psychicznie chory. Pomimo istniejących psychopatycznych skłonności jest zdolny do odpowiedzialności karnej i odpowiada za swoje czyny. Dramatyzmu sprawie Hofrichtera dodawał fakt, że wśród przysięgłych zasiadających w sądzącym go trybunale byli jego kompani od kieliszka i taroka.

25 czerwca 1910 r. zapadł wyrok: 20 lat więzienia o zaostrzonym rygorze, degradacja do stopnia szeregowca oraz odebranie przyznanych medali i odznaczeń. Zaostrzony rygor oznaczał: raz na pół roku post i twardą pryczę w dniach postu oraz rocznie trzy dni zamknięcia w ciemnej celi. Dopiero po ogłoszeniu wyroku doszło do spotkania skazanego z żoną.

Na widok Anny Hofrichter z nieprzytomnym wzrokiem rzucił się do jej stóp, krzycząc: "Nic nie mów! Nic nie słuchaj! Tylko ja sam!". Nowe nazwisko, nowe życie Adolf Hofrichter został osadzony w więzieniu wojskowym Möllersdorf koło Wiednia. W sumie mógł mieć powody do zadowolenia - uniknął stryczka. Za kratami, mimo degradacji, należał do skazanych "kategorii 1" - posiadał przywilej noszenia cywilnego ubrania. Miał obowiązek noszenia czapki więźniarskiej. Hofrichter cały czas liczył na ułaskawienie lub na amnestię.

W czasie odbywania kary były oficer zachowywał się często jak psychicznie chory, innym razem w sposób arogancki i bezczelny. Anna ostatecznie rozwiodła się z nim i przeprowadziła z synkiem do Breslau (Wrocławia).

Hofrichter kilkakrotnie składał wnioski o ponowny proces. Żaden nie został uwzględniony. Skazany mógł jednak mówić o szczęściu, ponieważ wkrótce wybuchła I wojna światowa i monarchia habsburska pogrążyła się w chaosie. Zdegradowanego oficera ominęła niebezpieczna służba na froncie, w której co trzeci żołnierz poległ za ojczyznę i cesarza.

Nie uciekł z więzienia

Pod koniec wojny strażnicy więzienni opuścili swoje posterunki i po prostu poszli do domu. Większość skazańców skorzystała ze znakomitej okazji i uciekła. Hofrichter jednak pozostał w więzieniu. Wkrótce go ułaskawiono, potem na krótko ponownie trafił do swojej dawnej celi, aż w końcu we wrześniu 1919 roku ostatecznie go zwolniono. Kilka lat później niedoszły członek Sztabu Generalnego opublikował swoje wspomnienia pt. "10 lat więzienia w Möllersdorf", opatrzone mottem: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.

Po wyjściu na wolność zmienił nazwisko na Adolf Richter i próbował się odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Imał się różnych zawodów, był między innymi komiwojażerem. Cały czas jednak dążył do zmycia z siebie winy. Nie wahał się nawet zwrócić do znanych, wpływowych dziennikarzy, którzy, jak na przykład lewicowo nastawiony Egon Kisch, czy też konserwatysta Hans Habe, zdawali się mu wierzyć i widzieć w nim ofiarę cesarsko-królewskiego wymiaru sprawiedliwości.

Kisch jednak szybko wycofał się z oferty pomocy Hofrichterowi, gdy dotarła do niego informacja o jego zaangażowaniu się w działalność nazistowską. Uzasadnił to następująco: Mania wielkości i moralność władców tchnie z jego mowy, która jest mową Adolfa Hitlera. Niech mi Bóg przebaczy, jeśli wyrządzam mu niesprawiedliwość, ale nie chciałem również z tym Adolfem H. mieć nic do czynienia.

Hans Habe zostawił na temat tej sprawy tylko marginalną notatkę: W jakiejś podwórkowej kłótni Richter- Hofrichter pod fałszywym nazwiskiem pisał nieobyczajne listy, aby zdyskredytować swoją sąsiadkę. Zapytany przed sądem o powód tego, odparł: Bo bardzo chętnie piszę listy.

Adolf Hofrichter zmarł 29 grudnia 1945 roku w Wiedniu.

Andrzej Poll

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Śledztwo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: oficer | armia | awans | cesarz | Wiedeń | Austria | trucizna | tabletki | dom publiczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje