Reklama

Jednooki diabeł: Zabił 350 osób, czy tylko blefował?

Henry Lee Lucas to jeden z najsłynniejszych seryjnych morderców w historii USA. Twierdził, że ma na sumieniu kilkaset ofiar...

Lucas przyszedł na świat 23 sierpnia 1936 roku w Blacksburg, niewielkiej mieścinie na południu Stanów Zjednoczonych, w Wirginii. Był najmłodszym z dziewięciorga rodzeństwa. Jego dzieciństwo trudno uznać za udane. Ojciec alkoholik stracił nogi w wypadku kolejowym - upił się i wpadł pod pociąg. Tylko z nim chłopiec był związany emocjonalnie.

Reklama

Matka, również nie stroniąca od kieliszka, zarabiała na życie jako prostytutka. Henry wielokrotnie widywał ją podczas pracy. Zamroczona alkoholem kobieta nie miała nic przeciwko temu, by kilkulatek patrzył, jak zabawia swoich klientów. Niekiedy wręcz zmuszała go do tego...

Relacje ze starszym rodzeństwem nie układały się lepiej. Podczas kłótni, jaka wybuchła w czasie zabawy na podwórku przed domem, jeden z braci wyciągnął nóż i przejechał ostrzem po twarzy małego Henry’ego Lee. Zraniony chłopiec stracił lewe oko. Od tamtej pory Lucas nosił szklaną protezę.

Kiedy Henry miał czternaście lat, któregoś dnia jego ojciec, jak zwykle pijany w sztok, podczas gwałtownej śnieżycy przewrócił swój inwalidzki wózek na drodze i zmarł na skutek wyziębienia organizmu. Nastolatek, straciwszy jedyną bliską osobę, zdecydował się porzucić znienawidzoną matkę i uciekł z domu. Potem opowiadał, że to mniej więcej w tym czasie zaczęły nim targać nieokiełznane zboczone pragnienia - podczas tułaczki zdarzało mu się zabijać napotkane zwierzęta i uprawiać seks z ich zwłokami.

W 1954 roku osiemnastoletni Lucas po raz pierwszy trafił za kratki. Za liczne rozboje, włamania i kradzieże został skazany na cztery lata pozbawienia wolności. Karę wydłużono mu o rok, bo w 1957 roku próbował uciec. Kiedy w końcu legalnie opuścił więzienne mury, postanowił na pewien czas zniknąć i nie drażnić policji. Skorzystał z uprzejmości siostry i zamieszkał w jej domu w Tecumseh, w stanie Michigan. Przez kilka miesięcy udawało mu się trzymać z dala od kłopotów. Ale odwiedziła go matka...


Z nożem na matkę

W styczniu 1960 roku Lucas wybrał się z nią do baru. Razem pili, rozmawiali... a potem pili jeszcze więcej. Starsza już kobieta robiła synowi wyrzuty i domagała się, aby wrócił do domu i zaczął jej pomagać.

- Powiedziałem jej, że nie mam najmniejszego zamiaru tego robić, i że nie chcę mieć z nią nic wspólnego - opowiadał później w wywiadzie, jakiego udzielił amerykańskiej stacji CBS.

Kłótnia przeniosła się z baru do domu, w którym Henry wówczas mieszkał. W którymś momencie doszło do szamotaniny.

- Wzięła kij od miotły i zaczęła mnie nim okładać - wspominał Lucas.

Wściekły i pijany mężczyzna sięgnął po nóż. Wbił głęboko ostrze w szyję kobiety, po czym wyszedł, aby się jeszcze napić.

- Wtedy widziałem ją po raz ostatni - opowiadał przed kamerą, nie okazując żadnych emocji.

Rana okazała się śmiertelna. Lucas nie czekał, aż zainteresują się nim władze. Porzucił gościnne progi domostwa siostry i ruszył samochodem w stronę Ohio. Nie udało mu się jednak uciec. Po kilku dniach został zatrzymany przez policję, a następnie oskarżony o zabójstwo drugiego stopnia i skazany. Po krótkiej przerwie wrócił więc do więzienia. Tym razem miał je opuścić dopiero w 1970 roku, po 10 latach odsiadki. Warunkowe zwolnienie zawdzięczał fatalnej wówczas kondycji amerykańskiego więziennictwa - większość zakładów karnych była przepełniona i coś należało z tym zrobić. Opiekujący się matkobójcą psycholog stwierdził, że Lucas nadaje się do powrotu do społeczeństwa...

Braterstwo krwi

Niewiele wiadomo o tym, co Lucas robił przez następnych kilka lat, poza tym, że nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej (niektóre źródła wspominają o kolejnej odsiadce, tym razem za próbę porwania dwóch nastoletnich dziewcząt). Prowadził życie włóczęgi, driftera - jak mawiają Amerykanie o osobach, które wciąż pozostają w ruchu, nie mając stałej pracy ani miejsca zamieszkania.

W 1976 roku Henry poznał człowieka, z którym później stworzył jeden z najbardziej niebezpiecznych duetów w historii zbrodni. Był to młodszy od Lucasa Ottis Toole. Gdy spotkali się po raz pierwszy, Toole miał 29 lat, o jedenaście mniej niż jednooki włóczęga. Był też mniej inteligentny - jego IQ oscylowało wokół dolnej granicy normy - i bardziej impulsywny. 

Urodził się na Florydzie, w patologicznej, wielodzietnej rodzinie. Ojciec, alkoholik, odszedł, kiedy Ottis skończył pięć lat. Jego matkę ogarnęła mania religijna, a babka - jak podają niektóre źródła - fascynowała się satanizmem. Wychowywany przez kobiety (poza matką i babką była jeszcze siostra), oswajał się z wcześnie uświadomionym homoseksualizmem - i sprawiał kłopoty.

Toole nie potrafił czytać, regularnie uciekał z domu i zaprószał ogień w okolicy (wzniecanie pożarów pobudzało go seksualnie), za co kilka razy aresztowała go policja. Lubił się przechwalać, twierdząc, że po raz pierwszy zabił, mając zaledwie 14 lat - komiwojażera, który próbował go poderwać. W latach 70., podobnie jak Lucas, włóczył się po Stanach Zjednoczonych. Żebrał, prostytuował się, z rzadka podejmował dorywcze prace.

Spotkali się w Jacksonville, rodzinnym mieście Toole’a. Obaj stali w kolejce po darmowe jedzenie w jadłodajni dla biednych i bezdomnych. Od razu przypadli sobie do gustu, jakby podświadomie wyczuli w sobie bratnie dusze. Stali się niemal nierozłączni (dzielili też łóżko). Razem ruszyli w drogę, którą znaczyli kolejnymi zbrodniami...

Nekrofilia i kanibalizm

 

Henry i Ottis nie tylko doskonale się rozumieli, ale także idealnie uzupełniali. Pierwszy wydawał się być pełnym rozsądku, drugi reprezentował dziką, pierwotną żądzę. Lucas opowiadał potem, że długo uczył kompana dyscypliny. Nie chciał powielać błędów - swoich i popełnionych przez kolegów z więzienia, za którego murami spędził niemal pół życia. Wiedział, że nawet najsprytniejszych kryminalistów gubi rutyna, a sposób działania jest niczym autograf, odcisk palca zostawiony na miejscu zbrodni. To dlatego wraz z Toole’em tak często zmieniali miejsce pobytu, podróżując od jednego stanu do drugiego. A także równie chętnie korzystali z pistoletu, co z noża czy sznura.

- Jeśli nie chcesz zostać złapany, musisz unikać schematów - tłumaczył Toole’owi. A kilka lat później, już po aresztowaniu, chełpił się przed dziennikarzami:

- Mordowałem na wszelkie możliwe sposoby. Jedyne, czego nie próbowałem, to trucizna.

Zaczęli zabijać niedługo po pierwszym spotkaniu. Dla chorej przyjemności, która trwała zresztą dłużej niż samo morderstwo, bo obaj mężczyźni byli nekrofilami. Toole posuwał się jeszcze dalej. Zazwyczaj odcinał kawałek martwego ciała ofiary... i zjadał.

- Ja nie mogłem się do tego zmusić - przekonywał potem Lucas.

Ich ofiarami padali najczęściej autostopowicze. Henry "opiekował się" kobietami, Ottis preferował mężczyzn. Ale zdarzało się, że strzały padały podczas "zwykłych" rabunków. Zwyrodnialcy bez mrugnięcia okiem pozbywali się świadków, uciekając z łupem ze sklepów czy stacji benzynowych. Trup słał się gęsto.

Przez pewien czas mężczyźni mieszkali u krewnych Toole’a. To tam Lucas poznał zaledwie 12-letnią siostrzenicę swojego kompana, Becky Powell. Spragniona uwagi i uczucia dziewczynka była zafascynowana dużo starszym, ponad 40-letnim wyrzutkiem. Ten z kolei cenił sobie jej ślepe oddanie i posłuszeństwo. Zbliżyli się do siebie, tworząc osobliwą, zapatrzoną w siebie parę.

Na początku lat 80. matka Becky przedawkowała narkotyki. Zmarła także babcia dziewczyny. Nastolatka miała trafić do schroniska dla młodzieży, ale Lucas nie zamierzał zakończyć ich romansu. Zaproponował jej ucieczkę, a ona nie potrafiła odmówić. Nagle znalazła się pod opieką dwóch zwyrodniałych kryminalistów. Lucas i Toole znowu ruszyli w drogę, zabierając ze sobą Becky.

Miłość mordercy

Po sześciu latach, w 1982 roku Lucas rozstał się z Toole’em. Między mężczyznami doszło do kłótni. Poszło o Becky. Lucas był chorobliwie zazdrosny o nastoletnią kochankę i nie chciał się nią z nikim dzielić.

Becky i Lucas, już bez Ottisa, udali się do Teksasu. Tam znaleźli pracę u 82-letniej Kate Rich. Nie zabawili u niej długo, bo szybko wyszło na jaw, jak traktowali starszą kobietę. Zamiast pomagać, urągali jej i kradli należące do niej pieniądze. Bliscy Rich w końcu zareagowali i doprowadzili do wyprowadzki dziwacznej pary.

Włóczędzy nie odjechali daleko. Nowe lokum znaleźli w pobliskim miasteczku Stoneburg, gdzie dołączyli do lokalnej komuny religijnej. W zamian za drobne prace mogli liczyć na skromną celę w gospodarstwie zarządzanym przez wielebnego Rubena Moore’a.

Sielanka dwojga banitów wkrótce powoli się jednak kończyła. Becky wciąż tęskniła za domem i krewnymi. Kiedy wspominała o tym Lucasowi, ten reagował wściekłością. Bał się, że może stracić jedyną kobietę w swoim życiu, która nie wywoływała w nim nienawiści. Kłócili się coraz częściej. Wreszcie Lucas się poddał. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie.

- Pakuj się - powiedział któregoś dnia do Becky. - Wracamy.

- Naprawdę? Nie żartujesz?

Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że udało się jej przekonać ukochanego. Wyruszyli niedługo potem, autostopem. Nie zajechali daleko, bo podczas jednego z postojów na teksańskim pustkowiu Lucas upił się i sprowokował kolejną kłótnię. Becky była bliska płaczu, kiedy Henry zaczął zarzucać jej rzekomą niewierność.

- Gdybyś mnie kochała, zostałabyś ze mną zawsze i wszędzie - bełkotał.

W którymś momencie Becky nie wytrzymała i go uderzyła. Mężczyzna - podobnie jak kilka lat wcześniej, gdy zaatakowała go matka - wyciągnął nóż. Powalił dziewczynę na ziemię i zadał jej cios prosto w pierś. Zmarła prawie natychmiast.

Lucas pożegnał się z ukochaną po swojemu - uprawiając seks z jej zwłokami. Później powoli, bardzo starannie, pociął je nożem, dzieląc na kilka części: głowę, ręce, nogi, tułów. Zmasakrowane szczątki rozrzucił po okolicy. Po powrocie do komuny powiedział znajomym, że Becky go opuściła.


- Zatrzymała jedną z przejeżdżających ciężarówek, wsiadła do niej i odjechała w siną dal - oświadczył.

Po kilku dniach na wszelki wypadek wrócił na miejsce zbrodni i dla pewności spalił odnalezione części ciała dziewczyny. Tak skończył się jedyny związek Henry’ego Lee Lucasa, który, przynajmniej na początku, choć trochę przypominał miłość.

Śmierć starszej pani

Lucas dużo ryzykował, ale nie opuścił Teksasu. Wciąż mieszkał na terenie posiadłości należącej do religijnej komuny Rubena Moore’a. 16 września 1982 roku, niedługo po zamordowaniu Becky, wybrał się w odwiedziny do Kate Rich. Starsza kobieta dobrze pamiętała jego zachowanie i nie darzyła go sympatią. Nie podobało jej się, jak traktował Becky, i podejrzewała, że mężczyzna ma związek z jej zaginięciem. A jednak dała się przekonać, kiedy Henry zaproponował jej przejażdżkę.

- Może wpadniemy na jakiś ślad Becky i razem wymyślimy, jak sprowadzić ją z powrotem. Co ty na to? - namawiał Lucas.

Rich niechętnie, z ociąganiem, zgodziła się i wsiadła do samochodu.

Lucas przez pewien czas rzeczywiście krążył po okolicy, ale nie w poszukiwaniu dziewczyny, którą z zimną krwią zamordował, tylko miejsca, w którym nikt by mu nie przeszkadzał...

- Co robisz? - zapytała Rich, kiedy zatrzymał samochód.

- Zamknij się, suko! - warknął.

Lucas szybkim ruchem wyciągnął nóż i z całej siły pchnął nim w bok staruszki. Kobieta osunęła się na drzwi, które otworzyły się pod jej ciężarem, i wypadła z auta na piaszczystą, zakurzoną drogę. Widok krwi pobudził zabójcę. Nie potrafiąc powstrzymać żądzy, Henry wysiadł z samochodu i dopadł ciepłego jeszcze trupa.

- Pieprzyłem ją tak długo, aż miałem dość - opowiadał potem.

Po wszystkim ukrył ciało (częściowo je spalił) i zdecydował się natychmiast opuścić Teksas. Ruszył w kierunku słonecznej Kalifornii.

Co najmniej sto ofiar

Przez kilka miesięcy było o nim cicho. Znajomi Becky z komuny oraz rodzina Kate Rich podejrzewali, że miał związek z zaginięciem obu kobiet, ale brakowało jakichkolwiek dowodów, a ich ciał nie odnaleziono.

Dopiero w czerwcu 1983 roku Lucasowi powinęła się noga. Kiedy zamieszanie wokół zniknięcia Becky i Rich nieco się uspokoiło, postanowił wrócić do Teksasu, nie zdając sobie sprawy, że popełnia jeden z największych błędów w swoim życiu. 11 czerwca 1983 roku został aresztowany pod zarzutem nielegalnego posiadania broni (jako skazaniec nie miał do tego prawa). Coś, co wyglądało na błahą w kontekście innych "dokonań" Lucasa sprawę, wkrótce zamieniło się w jeden z najgłośniejszych kryminalnych przypadków w historii Stanów Zjednoczonych.

Do zarzutów dotyczących nielegalnego posiadania broni szybko dołączyły oskarżenia związane z zaginięciem i domniemanymi morderstwami 15-letniej Becky Powell oraz 82-letniej Kate Rich. Lucas nie tylko przyznał się do przypisywanych mu czynów, ale dokładnie wskazał miejsca, w których ukrył szczątki obu ofiar. Później narzekał, że pierwsze dni po aresztowaniu okazały się dla niego bardzo trudne. Policjanci traktowali go surowo, nie mógł liczyć na żadne ustępstwa z ich strony, nie było mowy o kawie czy papierosach.

Rangersi z Teksasu, jedna z najbardziej znanych jednostek amerykańskiej policji, zacierali ręce - udało im się schwytać zabójcę i zmusić go do złożenia obciążających zeznań. Sprawa wyglądała coraz bardziej obiecująco, bo w sądzie Henry nieoczekiwanie stwierdził, że nie zabił dwóch osób, a co najmniej sto... Z dnia na dzień znalazł się na czołówkach gazet. Reporterzy błyskawicznie zwęszyli sensację na niespotykaną wcześniej skalę. Gdyby zaskakujące wyznanie jednookiego włóczęgi okazało się prawdą, Lucas nie miałby sobie równych - żaden znany seryjny morderca nie przypisywał sobie aż tylu ofiar.

Popularniejszy niż Elvis

Henry Lee Lucas, po przyznaniu się do zamordowania Becky Powell i Kate Rich, został skazany na dożywocie. Ale dla niego to była dopiero rozgrzewka. Świadomość, że nie ma już nic do stracenia, sprawiła, że rozpoczął zaskakującą dla wszystkich spowiedź. Przesłuchania trwały całymi dniami. Białe plamy na mapie zabójstw, jakie popełniono w ciągu kilku lat poprzedzających aresztowanie włóczęgi, zaczęły stopniowo wypełniać się konkretnymi informacjami. Zabójca wymieniał nazwiska, opisywał okoliczności kolejnych zbrodni, nawet rysował portrety ofiar, swoich i swojego wspólnika, Ottisa Toole’a.

- Jak myślisz, ile osób zamordowałeś? - zapytał któregoś dnia jeden ze śledczych prowadzących przesłuchania.

- Być może trudno w to uwierzyć, ale... 350 - odpowiedział z uśmiechem Lucas, znowu podając inną - i znacznie większą niż poprzednio - liczbę.

Sypał szczegółami jak z rękawa, co pomagało zamykać kolejne, nierozwiązane wcześniej i psujące statystyki sprawy. Policjantom udało się sporządzić długą listę morderstw, których sprawców nie ujęto, i powiązać je z zeznaniami Lucasa. Nazwiska ofiar, nazwy miast, jakie podczas wieloletniej tułaczki odwiedzał - wszystko układało się w jedną wielką, straszną całość.

Lucas stał się gwiazdą. Zdając sobie sprawę z tego, jak wielkim skarbem dysponują, teksańscy Rangersi otoczyli mordercę szczególnymi względami. Spędzał z nimi mnóstwo czasu, także poza godzinami przesłuchań, dostawał całe kartony dobrych papierosów, kawa lała się litrami. Henry pokazywał się też w telewizji, a jego zdjęcia codziennie pojawiały się na pierwszych stronach gazet.

- Czułem się jak gwiazda filmowa. Byłem popularniejszy niż Elvis - mówił potem w jednym z wywiadów, nie kryjąc dumy.

Powstała specjalna jednostka Rangersów, zajmująca się tylko i wyłącznie Lucasem. Do jej zadań należało m.in. organizowanie wizyt i kontaktów z policjantami z innych stanów, którzy chcieli przesłuchać mordercę w związku z prowadzonymi przez siebie śledztwami. Pod aresztem ustawiały się kolejki. Wszyscy chcieli rozmawiać z tak obleganym zabójcą.

Przechwalał się?

Ale w którymś momencie nabierający szalonego rozpędu mechanizm śledczy zaczął się jednak zacinać. Pojawiało się coraz więcej wątpliwości, związanych m.in. z logistyką. Reporterzy, którym udało się dotrzeć do danych policji, zawierających informacje o kolejnych morderstwach przypisywanych Lucasowi, zastanawiali się, jak to możliwe, że włóczęga tak szybko pokonywał duże odległości między miastami, w których dochodziło do zbrodni. W niektórych przypadkach musiałby wręcz się rozdwoić, by "dopasować się" do układanki przygotowanej przez śledczych. Zdarzało się, że zabójstwo popełniono w jednym mieście, a on w tym samym czasie przebywał w drugim, oddalonym o kilkaset kilometrów...

Wątpliwościom towarzyszyły oskarżenia kierowane przede wszystkim do Rangersów. Teksańskich policjantów posądzano o prowokowanie zeznań Lucasa i manipulowanie nimi w ten sposób, by udało się zamknąć jak najwięcej niewyjaśnionych wcześniej spraw. Na jaw wychodziły kolejne niepokojące fakty. W tym jeden najważniejszy i wywołujący największe kontrowersje.


- Lucas miał rzekomo dostęp do policyjnych akt i zdjęć z miejsc zbrodni. Oznaczało to, że już przed spotkaniami z kolejnymi przyjeżdżającymi do Teksasu z całych Stanów policjantami znał odpowiedzi na stawiane przez nich pytania. To wyjaśniało jego niespotykaną "pamięć" do szczegółów i stawiało wielki znak zapytania przy jego wcześniejszych zeznaniach. Lucas stopniowo, ale nieuchronnie, tracił wiarygodność.

Być może podejrzewał, że jego pięć minut sławy dobiega końca... Nie zamierzał rezygnować ze świateł rampy, na której się znalazł dzięki mediom. Jeżeli miał odejść w cień, to tylko z hukiem. Wśród kilkuset morderstw, do których popełnienia się przyznał, i kilkudziesięciu, z jakimi udało się go połączyć, znalazło się jedno szczególne...

Tajemnicę zabrał do grobu

Sprawa "Pomarańczowych skarpetek" okazała się jedną z najbardziej tajemniczych, z jakimi mieli do czynienia teksańscy Rangersi. W 1979 roku w jednej z uliczek Williamson County znaleziono ciało kobiety. Była niemal zupełnie rozebrana, pozostały jej jedynie właśnie skarpetki w kolorze pomarańczowym. Lucas przekonywał, że to on ją zabił:

- Była autostopowiczką, zgarnąłem ją w drodze. Pieprzyłem ją, potem zarżnąłem, a potem znowu pieprzyłem. W końcu porzuciłem jej ciało.

Opowiadał o tym na tyle wiarygodnie, że sąd zaostrzył wcześniejszy wyrok dożywocia i biorąc pod uwagę szczególne okrucieństwo oraz motyw seksualny zbrodni, orzekł karę śmierci. Henry nie przejął się tym zbytnio, - właśnie przeżywał apogeum popularności.

Tymczasem informacyjny chaos narastał. Lucas raz mówił, że zamordował 360 osób, bo... należał do satanistycznej sekty, potem wycofywał się z tego, twierdząc, że zabił "tylko" matkę, Betty Powell i Kate Rich, by następnego dnia znowu wrócić do pierwotnej wersji wydarzeń i kilkuset ofiar na sumieniu...

Media wierciły dziurę w brzuchu Rangersom, dopatrując się szeregu nieprawidłowości w prowadzeniu sprawy Lucasa i coraz wyraźniej sugerując, że domniemany zabójca miał dostęp do akt, co było niezgodne z prawem. Henry’ego, jeszcze chwilę wcześniej przedstawianego jako najgroźniejszego amerykańskiego seryjnego mordercę, zaczęto postrzegać jako spragnionego popularności za wszelką cenę, notorycznego manipulatora. Rangersi z kolei rzekomo tolerowali jego gierki, a wręcz zachęcali Lucasa do składania pobieżnych zeznań, by tylko zamknąć jak najwięcej niewyjaśnionych spraw.

A rodziny ofiar przeżywały dramat.

- Kiedy w końcu poznaliśmy nazwisko mordercy naszej córki, okazało się, że ten człowiek jest kłamcą. Nadal nie wiemy, co stało się z naszą dziewczynką i kto ją zabił - mówiło wielu rodziców, z trudem powstrzymując łzy.

Skazany na karę śmierci Lucas czekał na wykonanie wyroku. W 1998 roku kara została jednak złagodzona (z braku dowodów, zwłaszcza w sprawie "Pomarańczowych skarpetek") do dożywocia przez ówczesnego gubernatora Teksasu i późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a W. Busha - to było jedyne tego typu ułaskawienie za jego kadencji.

Lucas zmarł trzy lata później, w 2001 roku, za murami więzienia. Przyczyną śmierci okazała się niewydolność serca.

Jedną z największych tajemnic w historii amerykańskiego sądownictwa zabrał ze sobą do grobu. Wciąż bowiem nie wiadomo, czy był jednym z najbardziej zwyrodniałych morderców wszech czasów, z setkami ofiar na sumieniu, czy zwyczajnym oszustem, mitomanem, skłonnym zrobić wszystko, by tylko świat zwrócił na niego uwagę. Znaczące wydają się słowa, jakie padły w jednym z wywiadów, niedługo przed śmiercią:

- W areszcie, z Rangersami u boku, czułem się najlepiej w swoim życiu. Nikt nigdy się mną tak nie opiekował - mówił Lee.

Aresztowany w 1983 roku Ottis Toole także został skazany na dożywocie. Tak jak jego były partner, to przypisywał sobie setki morderstw, to wycofywał zeznania. Zmarł w więzieniu, w 1996 roku, z powodu niewydolności wątroby.

Autor: Michał Raińczuk

Rysunki: Andrzej Fonfara

Śledztwo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: morderca | seryjny morderca | zabójca | szatan | Elvis | odsiadka | Bestia | gazety | morderstwo | kompan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje