Ilich Ramírez Sánchez: 100 zamachów "Szakala"

"Szakal" był jednym z najgroźniejszych terrorystów w dziejach (kadr z mini-serialu "Carlos") /East News

Porywał ludzi, podkładał bomby i dokonywał egzekucji. Dziś Ilich Ramírez Sánchez, czyli „Carlos” lub „Szakal”, odsiaduje karę dożywocia.

Reklama

W wywiadach, których bardzo chętnie udziela dziennikarzom, "Szakal" chełpi się, że jest odpowiedzialny za przeprowadzenie ponad 100 zamachów. Według terrorysty, miało w nich łącznie zginąć nawet 2 tys. osób. Trudno powiedzieć, czy to prawda, bowiem wokół życia "Carlosa" narosło tak wiele legend, że trudno odróżnić rzeczywistość od fikcji.

Zbrodniarz często uznawany jest za egocentryka i megalomana, który nieustannie kreuje swój mit perfekcyjnego zabójcy. Zdaniem znawców tematu, w czasach jego "zawodowej aktywności" działało wielu znacznie bardziej skutecznych killerów, a "Szakal" - za sprawą żądnych sensacji mediów - stał się swoistym "terrorystą-celebrytą". Mimo to nie ulega wątpliwości, że przed 40 laty bezwzględny zbrodniarz budził popłoch w Europie Zachodniej.

Rewolucjonista od kołyski

Reklama

Ilich Ramírez Sánchez urodził się 12 października 1949 roku w miasteczku Michelena w Wenezueli, jako pierwszy syn Jose Altagracia Ramíreza Narasa, prawnika o skrajnie lewicowych poglądach, zafascynowanego postacią Włodzimierza Iljicza Lenina.

To na cześć przywódcy rewolucji październikowej pierworodny otrzymał imię Ilich. Również dwaj młodsi bracia przyszłego terrorysty odziedziczyli imiona po głównym ideologu komunizmu: w akcie urodzenia następnego syna widniało imię Lenin, a najmłodszego - Vladimir. Ojciec od wczesnych lat dbał o wychowanie najstarszego potomka w duchu "jedynej słusznej" ideologii i kiedy Ilich skończył 10 lat, zapisał go do dziecięcej przybudówki Komunistycznej Partii Wenezueli.

Rodzina często się przeprowadzała, mieszkała m.in. na Jamajce, w Meksyku i Kolumbii. W 1967 roku państwo Ramírezowie rozwiedli się, a nastoletni chłopcy razem z matką wyemigrowali do Londynu. Dzięki rekomendacji wenezuelskich komunistów, którą załatwił mu ojciec, Ilich rozpoczął wkrótce studia na Uniwersytecie Przyjaźni Narodów im. Patrice’a Lumumby w Moskwie. Absolwentami tej uczelni było wielu późniejszych polityków, którzy w krajach afrykańskich i arabskich oraz w Ameryce Łacińskiej wprowadzali w czyn idee socjalizmu.

Jednak Ilich nie zabawił na niej zbyt długo, w niejasnych okolicznościach został relegowany z uniwerku. Postanowił wyjechać ze Związku Radzieckiego, by wziąć czynny udział w rewolucji, która miała zmienić dotychczasowy porządek świata.

Tak się rodzi zamachowiec

Były student w 1970 roku trafił na Bliski Wschód, gdzie nawiązał kontakt z Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny (LFWP) - organizacją terrorystyczną, której celem było zniszczenie Izraela i "zachodnich imperialistów". Został wysłany do Jordanii na intensywne szkolenie wojskowe. To właśnie wtedy nabył umiejętności, które wykorzystał w późniejszej działalności.

W 1971 roku Ramírez wrócił do Anglii i podjął studia w prestiżowym London School of Economics. Pozornie zwykły student w rzeczywistości był uśpionym agentem LFWP, terrorystą do zadań specjalnych. Wkrótce dostał pierwszy rozkaz: porwać pewnego wpływowego biznesmena.

Oczywiście w tym wypadku chodziło o pieniądze z okupu, a nie o ideologię - Ludowy Front potrzebował środków finansowych, aby prowadzić działalność mającą przyczynić się do upadku "syjonistów". Ramírez zrekrutował kilkuosobową grupę arabskich radykałów, którzy mieli mu pomóc w wykonaniu zadania. Jednak misja przerosła ich możliwości - milioner dysponował liczną ekipą doskonale wyszkolonych ochroniarzy.

Niedługo później młody rewolucjonista dostał kolejne zlecenie: zabicie rezydującego w Londynie ambasadora Jordanii. I tym razem akcja spaliła na panewce, bowiem dyplomata... zginął w zamachu przeprowadzonym przez członków innej palestyńskiej organizacji terrorystycznej - Czarnego Września.

Po tym zabójstwie w stolicy Anglii rozpętało się prawdziwe piekło. Scotland Yard i brytyjskie służby specjalne przeprowadziły zakrojone na szeroką skalę śledztwo, mające na celu rozbicie arabskich ekstremistów działających na Wyspach. Przy okazji obławy na palestyńskich terrorystów, 22 grudnia 1971 roku, do aresztu trafił również Ilich. Na swoje szczęście miał niepodważalne alibi na czas zamachu, więc po kilku godzinach został zwolniony. Jednak sam fakt, że Ramírez znalazł się w grupie podejrzanych, spowodował, że na pewien czas musiał porzucić dotychczasową działalność wywrotową.

Tymczasem po latach, gdy na okładkach gazet co rusz drukowano wstrząsające doniesienia o krwawych jatkach, których Wenezuelczyk był sprawcą, zaczęto mu przypisywać udział w ataku terrorystycznym podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 roku. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że płatny zabójca miał jakikolwiek związek z zamordowaniem izraelskich sportowców.

Pierwszy zamach Ramírez przeprowadził  30 grudnia 1973 roku. Jego celem był Joseph Sieff, prezes sieci handlowej Marks & Spencer i zarazem jeden z liderów brytyjskiego ruchu syjonistycznego. Późną nocą terrorysta włamał się do mieszkania biznesmena i zakradł się do łazienki. Swoją ofiarę zaskoczył w wannie. Strzelił tylko raz, kula z pistoletu kaliber 7,62 mm trafiła w twarz mężczyzny. Jednak 68-latek przeżył! Mimo niepowodzenia wierchuszka LFWP doceniła zaangażowanie Ilicha, bowiem osiągnięto zamierzony cel propagandowy. Palestyńscy ekstremiści wysłali syjonistom jednoznaczny sygnał: bójcie się, nikt z was nie jest bezpieczny!

Bojówkarze z Japonii

Niedługo później Ramírez przeprowadził następny atak na wrogów Ludowego Frontu - wrzucił bombę do oddziału banku Hapaolim, w którym znaczne udziały mieli Żydzi. Na szczęście wybuch nikogo nie zabił, lecz i tym razem terroryści mogli mówić o sukcesie. Klienci zaczęli masowo rezygnować z usług tej instytucji, a obroty banku dramatycznie spadły.

Terror przynosił efekty, więc Sanchez postanowił pójść za ciosem i zaczął obmyślać serię kolejnych ataków przemocy. Tym razem jego ofiarami mieli się stać politycy, biznesmeni i dziennikarze sprzyjający syjonistom oraz redakcje gazet, które krytycznie wypowiadały się o LFWP. Ambitne plany wymagały zaangażowania dodatkowych ludzi. Ilich wpadł na dość osobliwy pomysł: do udziału w przygotowywanych zamachach namówił członków japońskiej Frakcji Czerwonej Armii. Nie wiedział, że azjatyckich komunistów ma na celowniku francuski kontrwywiad... Samoloty z terrorystami z Kraju Kwitnącej Wiśni lądowały w Paryżu, po czym kolejni potomkowie samurajów byli po cichu aresztowani.

Gdy informacje o zatrzymaniach przedostały się do mediów, wierchuszka Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny wpadła w panikę. Japończycy posiadali wiele dokładnych informacji na temat arabskiej siatki terrorystycznej w Europie. Obawiano się, że jest tylko kwestią czasu, by aresztowani zaczęli sypać. O brutalności agentów francuskiego wywiadu, którzy podczas przesłuchań uciekali się do najbardziej wymyślnych tortur, krążyły legendy. Ekstremiści nie mieli czasu do stracenia, musieli działać.

5 października 1974 roku bojownicy LFWP wdarli się do francuskiej ambasady w Hadze. Wzięli 11 zakładników, w tym ambasadora Jacques'a Senarda. Ogłosili, iż uwolnią przetrzymywanych, jeśli ich japońscy kompani zostaną wypuszczeni. Władze w Paryżu przez niemal 2 doby odwlekały decyzję. Wówczas do akcji wkroczył Ilich, który 7 października wrzucił granat do zatłoczonej kawiarni w centrum stolicy. Pokaz siły zrobił swoje. Po tej masakrze Francuzi wypuścili niedoszłych zamachowców.

Choć francuski kontrwywiad nie wiedział o jego udziale w dotychczasowych zamachach, Ramírez na wszelki wypadek wyjechał za granicę. Na pewien czas zadekował się w Jemenie, a później udał się do Londynu. Kiedy sytuacja we Francji się uspokoiła, postanowił wrócić do Paryża. Niedługo później przystąpił do wykonania kolejnej misji. Dołączył do grupy palestyńskich zamachowców, która miała za zadanie ostrzelać z wyrzutni rakietowych podparyskie lotnisko Orly. Plan udało się wypełnić jedynie połowicznie, bowiem pociski chybiły celu. Zamiast trafić w samolot należący do izraelskich linii lotniczych, rakiety zniszczyły maszynę jugosłowiańską...

Narodziny Carlosa

Rok 1975 okazał się dla Ramíreza przełomowy. Na początku czerwca w Paragwaju amerykańscy agenci dopadli kilku członków argentyńskich i chilijskich bojówek terrorystycznych. Zatrzymani podczas przesłuchania wyjawili numer telefonu do francuskiego przedstawiciela LFWP, który miał odpowiadać za zamachy. Zarzekali się jednak, iż nie znają jego tożsamości. To uchroniło zabójcę przed aresztowaniem. Ale parę dni później już nie miał tyle szczęścia. Został zdradzony.

27 czerwca 1975 roku do Paryża miał przylecieć Michel Moukharbal, odpowiedzialny za koordynowanie działalności Ludowego Frontu w Europie. Jednak w Libanie terrorysta został aresztowany przez tamtejsze służby specjalne i przekazany Francuzom. Zgodził się na współpracę - doprowadził policjantów do mieszkania, w którym ukrywał się Ilich i kilku jego kompanów. Niestety, funkcjonariusze nie docenili ekstremisty i pokpili sprawę. Wywiązała się strzelanina, podczas której Ramírez zastrzelił konfidenta oraz dwóch francuskich stróżów prawa. Zanim nadjechały posiłki, udało mu się uciec.

To właśnie wtedy terrorysta zmienił tożsamość - stał się "Carlosem". Korzystając z fałszywych dokumentów, przedostał się do Anglii i zaszył w Londynie. W tym samym czasie nad Sekwaną wielu członków jego grupy zostało aresztowanych. Śledztwo Interpolu przeciw LFWP zataczało coraz szersze kręgi, niedługo później policjanci dokonali serii zatrzymań arabskich bojowników także na Wyspach Brytyjskich.

Ramírez musiał czym prędzej uciekać. Niemal w ostatniej chwili wymknął się depczącemu mu po piętach pościgowi. Chwilowo był spalony w Europie Zachodniej, dlatego postanowił zamelinować się na Bliskim Wschodzie. Tam przeczekał najbardziej gorący okres i gdy po kilku miesiącach sytuacja nieco się uspokoiła, wrócił do Europy. Miał wtedy do wypełnienia kolejne zadanie, które Ludowemu Frontowi zlecił Saddam Husajn.

Ówczesny wiceprezydent Iraku dążył do podniesienia cen ropy naftowej na świecie - dzięki temu jego kraj miał zdobyć pieniądze na dozbrojenie armii. Wpadł na karkołomny pomysł: aby zdestabilizować rynek paliw, zapłacił palestyńskim terrorystom za porwanie ministrów Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Miało to nastąpić podczas spotkania polityków w wiedeńskiej siedzibie tej grupy. Husajn zażądał, żeby to "Carlos" dowodził akcją. W tym czasie Ramírez był już postacią legendarną, z jego "usług" chcieli korzystać niemal wszyscy dyktatorzy na Półwyspie Arabskim.

50 milionów okupu

Terrorysta skompletował sześcioosobową grupę zamachowców i w połowie grudnia 1975 roku przybył do stolicy Austrii. Bojownicy starannie przygotowali się do akcji: dokładnie rozpoznali teren i opracowali kilka dróg ewentualnej ucieczki. Byli przekonani, że wykonanie misji nie nastręczy trudności. W latach 70. ochrona polityków pozostawiała wiele do życzenia. Budynku, w którym miały toczyć się obrady, pilnowało ledwie kilku policjantów.

20 grudnia terroryści odebrali broń z... irackiej ambasady. Następnego dnia "Carlos" i jego kompani przystąpili do szturmu. Bez kłopotu dostali się do środka, w ciągu kilku chwil obezwładnili mundurowych i wzięli ponad 60 zakładników. Podczas ataku zginęły trzy osoby: austriacki policjant oraz członkowie irackiej i libańskiej delegacji. Ekstremiści od razu przystąpili do realizacji kolejnego punktu planu. Zażądali samolotu z odpowiednim zapasem paliwa, aby móc odlecieć do jednego z krajów afrykańskich. Nie mieli zamiaru negocjować; ostrzegli, iż jeśli ich warunki nie zostaną spełnione, to co 15 minut będą zabijać jedną osobę.

Komandosi, którzy błyskawicznie przybyli na miejsce, stwierdzili, że sytuacja jest beznadziejna. Zamachowcy perfekcyjnie przygotowali się na odparcie potencjalnego ataku służb specjalnych. Austriackie władze nie miały wyjścia i zgodziły się na żądania bojówkarzy. Napastników oraz kilkudziesięciu więźniów przewieziono na lotnisko. Tam wsiedli do samolotu i odlecieli do Algieru. Dopiero wtedy rozpoczął się kolejny etap negocjacji. Ramírez zgodził się wypuścić zakładników pod warunkiem, że kraje Zachodu zapłacą okup. Do dziś nie ujawniono, jaką sumę przekazano terrorystom, wedle różnych źródeł było to od 20 do 50 mln dolarów.

Pieniądze zostały dostarczone, lecz "Carlos" postawił kolejny warunek: uwolni więźniów dopiero wtedy, gdy cała grupa znajdzie się w Libii. I tym razem musiano przystać na jego żądania. Muammar Kaddafi zgodził się pośredniczyć w negocjacjach - przysłał po porywaczy i zakładników samolot. Za sterami siedział jego osobisty pilot Neville Atkinson, który wcześniej przez kilkanaście lat służył w brytyjskiej marynarce wojennej. Po wylądowaniu w Trypolisie zakładnicy zostali uwolnieni.

Po tej akcji o "Carlosie" mówił już cały świat. Jego pozycja na "rynku" terrorystów do wynajęcia osiągnęła apogeum. Natomiast Saddam Husajn także ugrał to, co zaplanował - ceny ropy naftowej poszły ostro w górę.

Operacja "Piorun"

"Carlos" stał się najbardziej poszukiwanym ekstremistą, chciały go dorwać wszystkie agencje wywiadowcze Zachodu. Terrorysta po raz kolejny zastosował sprawdzoną taktykę i na jakiś czas zniknął z pola widzenia. Ukrywał się tam, gdzie nie mogli go dosięgnąć szpiedzy "imperialistów": w Algierii i Iraku. Jednak po pół roku bezczynności znów dał o sobie znać.

Tym razem, przy udziale członków LFWP oraz zachodnioniemieckiej organizacji terrorystycznej o nazwie Komórka Rewolucyjna, zaplanował porwanie samolotu linii Air France. 27 czerwca 1976 roku maszyna, która wystartowała z Tel Awiwu, miała międzylądowanie w Atenach. Po zatankowaniu paliwa Airbus A300 wyruszył w drogę do Paryża. Jednak 8 minut później samolot został przejęty przez terrorystów dowodzonych przez "Carlosa". Na pokładzie znajdowało się 12 członków załogi i 248 pasażerów, przede wszystkim obywateli Izraela.

Porywacze zmusili kapitana do lądowania w libijskiej Bengazi. Po napełnieniu baku porywacze zezwolili na opuszczenie samolotu ciężarnej dziewczynie oraz kobiecie, która leciała na pogrzeb matki. Następnego dnia maszyna wzbiła się w powietrze i wieczorem wylądowała w miejscowości Entebbe w Ugandzie.

Dopiero wtedy porywacze poinformowali o swoich żądaniach: uwolnią zakładników, jeśli z więzień zostanie wypuszczonych kilkudziesięciu palestyńskich bojowników (większość z nich przetrzymywano w Izraelu). Rząd w Jerozolimie zgodził się na spełnienie warunków, lecz jednocześnie służbom specjalnym wydano rozkaz odbicia porwanych pasażerów. Dowódcą oddziału, który przeprowadził operację "Piorun", był pułkownik Jonatan "Joni" Netanjahu, brat późniejszego prezydenta Izraela - Beniamina.

Żydowscy komandosi dwoma samolotami niepostrzeżenie dotarli na ugandyjskie lotnisko i w nocy z 3 na 4 lipca 1976 roku zaatakowali terrorystów. Akcja zakończyła się sukcesem, choć podczas ataku zginął "Joni" oraz dwóch zakładników (dwie kolejne osoby zmarły później w wyniku odniesionych ran). Podczas ataku zastrzelonych zostało również sześciu terrorystów, wśród nich byli m.in. szefowie Komórek Rewolucyjnych - Wilfried Böse i Brigitte Kuhlmann.

Niestety, okazało się, że "Carlos" i dwóch innych porywaczy miało nieprawdopodobne szczęście. Dosłownie na kilka godzin przed szturmem wymknęli się z lotniska.

"Szakal" bawił w Polsce

Po raz kolejny Ramírez stał się celem nr 1 dla agencji wywiadowczych Zachodu. Za jego głowę - nieoficjalnie - wyznaczono zawrotną sumę.

Tymczasem Ilich przez blisko 2 lata umykał pościgowi, co chwilę zmieniając miejsce pobytu. Dopiero w 1977 roku na stałe zamieszkał w Bagdadzie. Nie zamierzał jednak rezygnować z dochodowej działalności, przyjął zlecenia na dokonanie zamachu na prezydenta Egiptu Anwara Sadata (ujawnione dokumenty dowodzą, że "zamówienie" złożył ówczesny szef KGB Jurij Andropow) oraz króla Maroka Hassana II. Ostatecznie jednak nie wywiązał się z tych zadań.

Kiedy z czasem polowanie na Ramíreza przestało być priorytetem "imperialistów", zabójca zaczął podróżować po krajach tzw. bloku wschodniego, korzystając ze sławy i pieniędzy. Posługiwał się wystawionymi przez kraje arabskie paszportami dyplomatycznymi, które były respektowane przez władze państw znajdujących się w orbicie wpływów Związku Radzieckiego. W tym okresie często odwiedzał Bułgarię, Czechosłowację, Jugosławię, Węgry, a także... Polskę.

Akta Służby Bezpieczeństwa dowodzą, że w latach 1980-1981 "Carlos" dwukrotnie przebywał nad Wisłą. Posługiwał się wtedy paszportami na fałszywe nazwisko (oficjalnie był obywatelem Jemenu oraz Libanu). Co ciekawe, polska bezpieka miała dowiedzieć się o jego pobycie dopiero w 1983 roku, o czym informowano ówczesnego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka. Tyle wersja oficjalna, bowiem po latach jeden z oficerów SB przyznał, że osobiście odbierał Ramíreza z lotniska i towarzyszył mu w drodze do lubianego przez niego hotelu Victoria.

Jak się okazało, Ilich odwiedzał Polskę już wcześniej, a mianowicie pod koniec lat 60. Również w następnej dekadzie gościł nad Wisłą. Niedawno odkryte dokumenty wskazują, że spotykał się wówczas z Kubańczykami oraz arabskimi studentami szkoły lotniczej w Radomiu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje