Reklama

Igraszki z paragrafem

"Seks" i "internet" to pojęcia obecnie niemal nierozłączne. Ale czasem dołącza do nich "przestępstwo". Niezwykle łatwo je popełnić...

Popęd seksualny jest jednym z najsilniejszych instynktów. Niepotrafiący zapanować nad nim, niezaspokojony człowiek często zmienia się w tykającą bombę. Przychodzą mu do głowy różne sposoby na rozładowanie napięcia, czasem kuriozalne, czasem makabryczne. I tak zdarza się, że "zabawy w doktora" z aparatem fotograficznym telefonu komórkowego po pewnym czasie przynoszą kochankom wstyd i zażenowanie...

Randka z horroru

Reklama

Zaś niewinny z pozoru romans kończy się skandalem obyczajowym, a nierzadko nawet morderstwem. Na szczęście w większości wypadków nieudane seksrandki znajdują swój finał na sali sądowej, a nie w kostnicy. Niefortunnie zakończyła się znajomość pewnego krakowianina ze starszą od siebie damą. Najwidoczniej mężczyzna zapomniał o dobrych manierach i czułości, jakiej potrzebuje dojrzała partnerka, ale także o tym, że kobiety z natury bywają zmienne.

40-letni obecnie mieszkaniec grodu Kraka - gazety podały jego pseudonim "Mikel" - przed trzema laty poznał za pośrednictwem portalu randkowego starszą od siebie o dziesięć lat panią, którą media nazwały "Stokrotką". Oboje początkowo prowadzili ożywioną korespondencję mailową, okraszoną od czasu do czasu intymną fotką. Z czasem zaczęli do siebie dzwonić. Mężczyzna dawał do zrozumienia "Stokrotce", że lubi seks sadomasochistyczny, opowiedział jej również o swoich specyficznych fantazjach erotycznych, dotyczących zabawy we dwoje właśnie tego rodzaju. Kobieta nie miała nic przeciwko temu - podobno.

Po trzech miesiącach "Mikel" i "Stokrotka" postanowili się spotkać w Krakowie. Miejscem weekendowej schadzki stało się wolne mieszkanie kolegi "Mikela". Internetowi znajomi przypadli sobie do gustu i szybko wskoczyli do łóżka. Randka była bardzo upojna, parka oglądała filmy erotyczne, tańczyła, piła też alkohol i oczywiście nieraz się kochała. Następnego dnia amant zwierzył się "Stokrotce" ze swoich skrytych fantazji - uwielbiał seks z wyraźną dominacją nad partnerką. 

Eksperymenty seksualne

Ku jego uciesze kobieta zapewniła go, że nie ma nic przeciwko takiej zabawie. Podobno była gotowa zrobić dla niego wszystko. Po kilkunastu godzinach "sekscesów" nastąpił nieprzyjemny zgrzyt. "Stokrotka" zarzuciła mężczyźnie zaniedbywanie. Winiła za to komputer i internet, przy którym jej partner spędzał za dużo czasu. Prawdopodobnie wtedy "Mikel" miał ją uderzyć paskiem. Ona oburzona powiedziała, iż nie życzy sobie takiego traktowania.

Toteż mężczyzna pośpieszył z przeprosinami i wkrótce udobruchał kobietę. W dalszej części miłosnego spotkania para zdecydowała się na eksperymenty seksualne z użyciem... cytryny, strzykawek i igieł (!). Podczas tej zabawy "Mikel" niechcący uszkodził narządy wewnętrzne kobiety. Na widok krwi zaproponował zawiezienie do szpitala. "Stokrotka" jednak odmówiła, uspokajając, że przecież oboje chcieli spróbować takiego właśnie seksu i nie warto się przejmować jej niedyspozycją. Spotkanie dobiegło końca i weekendowi kochankowie rozstali się.

Sumienie gnębiło jednak "Mikela", więc postanowił zadzwonić do partnerki i zapytać, jak się czuje. Przeraził się, gdy usłyszał, że kobieta jest w szpitalu. Urazy, jakich doznała podczas seksu sadomasochistycznego, okazały się poważniejsze, niż "Stokrotka" początkowo myślała. Kobieta zgłosiła się do szpitala niemal w ostatniej chwili. Tylko szybka operacja uratowała jej życie. Pechowa kochanka opowiedziała lekarzom o... brutalnym gwałcie, którego padła ofiarą! Policja natychmiast aresztowała "Mikela" pod zarzutem gwałtu. 

Roznegliżowane pracownice

Mężczyzna jednak nie przyznawał się do winy. Przekonywał, że wszystko, co zaszło między nim a "Stokrotką" podczas seksualnego spotkania, odbywało się za jej przyzwoleniem i pełną akceptacją. Obrażenia kobiety miały powstać w wyniku wypadku. Sądy zarówno pierwszej, jak i drugiej instancji uwierzyły w te wyjaśnienia. Sędziowie uznali, że skoro "Stokrotka" jeszcze przed spotkaniem godziła się na udział w seksie z elementami sadomasochistycznymi, to musiała brać pod uwagę możliwość uszkodzenia ciała.

Jednym z najważniejszych argumentów na korzyść "Mikela" był fakt dzwonienia do kochanki po randez vous, martwienia się o jej samopoczucie. To, w opinii sędziów, wykluczało gwałt. Mimo wszystko mężczyzna dostał wyrok 15 miesięcy więzienia za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu kobiety. Wysoka to cena za realizację fantazji seksualnych.

Seks od wieków traktowany był jako forma zapłaty za usługę czy przychylność. Nierzadko też pozwalał na szybszy awans zawodowy. Tego typu afera wybuchła kilka miesięcy temu w krakowskim pogotowiu ratunkowym. Do dyrekcji placówki trafiła pamięć przenośna, tzw. pendrive, jak się okazało, należąca do szefa jednego z podkrakowskich oddziałów pogotowia. Na nośniku danych znajdowały się zdjęcia roznegliżowanych pracownic placówki. Właściciel pendrive’a jeszcze tego samego dnia został odsunięty od wykonywania czynności służbowych.

Nic za darmo

Rzeczniczka pogotowia wyjaśniła mediom, że odnalezione fotografie dotyczyły prywatnej sfery życia szefa oddziału. Podkreśliła również, że nie zostały one wykonane w miejscu pracy. Nie chciała jednak zdradzić powodu, dla którego zawieszono mężczyznę. Wspomniała tylko o "toczącym się wewnętrznym postępowaniu w tej sprawie" i "że jeśli będą ku temu przesłanki, pogotowie zgłosi sprawę policji"... Pracownicy pogotowia okazali się bardziej rozmowni.

Opowiedzieli mediom, że na zdjęciach były kochanki mężczyzny - jego podwładne. Podobno wystarczyło być "miłą" dla kierownika i spełniać jego erotyczne zachcianki, by otrzymywać dodatkowe, dobrze płatne dyżury. Pracownicy pogotowia zarzucili dyrekcji brak reakcji na tak jawne i bezczelne wykorzystywanie stanowiska służbowego, mimo ich protestów i wielokrotnych skarg na szefa oddziału. Dyrekcja z kolei odparła te zarzuty, twierdząc, że nie miała pojęcia o seksualnych ekscesach owego kierownika, bo nie wpłynęło żadne oficjalne zażalenie na niego.

Oskarżony bronił się, mówiąc, że pendrive nie należał do niego. Całą sprawę nazwał pomówieniem. Jak było naprawdę? To już pytanie do prokuratury, która zabezpieczyła zawartość pendrive’a oraz przeanalizowała grafik dyżurów w pogotowiu. Sprawa jest w toku.

Gwałt na autostopowiczce

Opacznie kwestię wdzięczności za przysługę zrozumiał bohater poniższej historii. W marcu 2010 roku do komisariatu w Wieliszewie (woj. mazowieckie) zgłosiła się 24-letnia kobieta. Opowiedziała policjantom szokującą historię. Stała z dzieckiem na przystanku autobusowym, kiedy zatrzymał się przy niej samochód. Za kierownicą siedział młody mężczyzna. Uśmiechnął się i grzecznie zaproponował podwiezienie. Kobieta zgodziła się, po czym wsiadła z dzieckiem do auta.

Po kilku kilometrach kierowca skręcił do lasu. Tam grożąc wyrządzeniem krzywdy zarówno kobiecie, jak i maluchowi, zażądał od niej seksu. Po wszystkim mężczyzna odjechał, pozostawiając ofiarę w lesie. Na podstawie portretu pamięciowego i innych uzyskanych informacji, jak choćby marka samochodu, zatrzymano 28-letniego Adama G. Pokrzywdzona rozpoznała go bez wahania. Mężczyzna przyznał się do zarzuconego mu czynu.

Wkrótce ustalono, że gwałciciel może mieć związek z pięcioma innymi tego typu przestępstwami popełnionymi w tamtej okolicy w ostatnich miesiącach. Postępowanie w sprawie trwa. Adamowi G. za brak kontroli nad swoim popędem seksualnym grozi co najmniej osiem lat więzienia.

Skutki picia wódki

Niekiedy obejrzenie filmu erotycznego może przyczynić się do rozpadu związku. Przekonała się o tym żona pewnego dość gwałtownego miłośnika alkoholu i mocnej erotyki. 19 lutego 2010 roku Piotr B. oglądał w domu filmy pornograficzne. Podniecony złapał żonę za włosy, po czym zaciągnął ją do łóżka i kazał się rozbierać. Wykrzykiwał przy tym, że albo ją zgwałci, albo udusi. Maltretowana kobieta zaczęła tracić przytomność, na szczęście dla niej małżonek w pewnej chwili zwolnił uścisk, pozostawiając ją w spokoju. Kiedy napastowana ofiara nieco doszła do siebie, zgłosiła na policji usiłowanie gwałtu oraz zabójstwa.

Mundurowi wśród rzeczy osobistych Piotra B. znaleźli materiały o treści pornograficznej. On sam podczas przesłuchania zasłaniał się chorobą alkoholową. Zdecydowanie zaprzeczył, jakoby chciał zrobić krzywdę żonie. Podobno jedynie "ją ścisnął", by się uspokoiła. Rzekomo był zdenerwowany utratą pracy i związanymi z tym problemami finansowymi. Miał ochotę się odprężyć przy filmie pornograficznym, lecz żona po raz kolejny zrobiła mu awanturę. Przesłuchującym go policjantom powiedział o kłótniach w domu, które "czasem się zdarzały (jak w każdym małżeństwie)". Zaprzeczył jednak zarzutom znęcania się nad Dorotą B. i ich wspólnym dzieckiem.

Piotr B. przyznał się do zniszczenia sprzętów gospodarstwa domowego, ale - dodał jakby na swoje usprawiedliwienie - zawsze starał się je naprawić. O tym, że wersja mężczyzny jest wierutną bzdurą, świadczyły nie tylko obrażenia, jakich doznała Dorota B., ale i historia, którą opowiedziała śledczym. Jej gehenna trwała od 2001 roku. Wtedy to, zaledwie rok po ślubie, mąż po raz pierwszy pobił ją. Mało tego - groził jej nożem, przystawiał ostrze do szyi. Przerażona kobieta uciekła wówczas z maleńkim dzieckiem do sąsiadów, zaś agresywny mężulek trafił do izby wytrzeźwień. Awantury nie ustawały. Po jednej z nich, w 2003 roku, Dorota B. wyprowadziła się do rodziców. 

Gwiazdy amatorskiego kina

Kilka lat później relacje między małżonkami jakby się poprawiły. Zamieszkali razem w nowo wybudowanym domu. Jednak spokój nie trwał długo. Piotr B. zaczął regularnie znęcać się nie tylko nad żoną, ale też nad własnym dzieckiem - okładał je paskiem, groził, że wyrzuci na ulicę. Pewnego razu porąbał meble. W napadzie szału zniszczył żonie samochód. Uszkodzenia sprzętów RTV czy AGD oraz pozostałego sprzętu były na porządku dziennym. Prokuratura po zapoznaniu się ze sprawą postawiła Piotrowi B. zarzut wieloletniego znęcania się nad rodziną. Do tego doszła próba usiłowania zabójstwa i gwałtu. Mężczyźnie grozi dożywocie za kratkami.

Cokolwiek trafi do internetu - film, zdjęcie czy plik - od razu zaczyna rozprzestrzeniać się w sieci. Zwłaszcza jeśli zawiera treści erotyczne. Ta historia jest tego potwierdzeniem. Przed trzema laty gazety rozpisywały się o nagraniu z telefonu komórkowego, zarejestrowanym na jednej z opolskich dyskotek. Filmik przedstawiał parę młodych ludzi uprawiających seks w toalecie. Wideo natychmiast znalazło się w internecie i zyskało ogromną popularność. Ściągnęło je setki osób, które potem rozsyłały plik między sobą za pomocą telefonów komórkowych. Ustalenia prokuratury były szokujące. Widoczna na nagraniu dziewczyna miała zaledwie 14 lat, zaś jej partner - 15. Ich randkę - bez wiedzy samych zainteresowanych - nagrali ochroniarze klubu.

Dzieci zostały rozpoznane. Spotkały się z szykanami. Bohaterka filmu usiłowała nawet popełnić samobójstwo. Postępowanie w tej sprawie umorzono. W świetle ówczesnego prawa prokuratura nie dopatrzyła się w nim bowiem znamion przestępstwa. Na przykładzie tego zdarzenia można pokazać, jak bardzo  ówczesny Kodeks karny odbiegał od rzeczywistości - brakowało w nim paragrafów, na podstawie których można byłoby karać za przestępstwa, które pojawiły się wraz z rozwojem nowych technologii - internetu, telefonii komórkowej itp. Nie definiował nieznanych wcześniej zjawisk społecznych. 

Ogromne kłopoty

Po kilku latach wydawałoby się, że o aferze z seksem w toalecie zapomniano. Nic bardziej mylnego. Przypomniano sobie o niej, gdy podobne nagranie pojawiło się na czołówkach serwisów internetowych. Tym razem filmik miał przedstawiać dwójkę młodych ludzi w wieku 17 i 18 lat, zarejestrowanych w toalecie jednego z klubów w Stalowej Woli. W mieście wybuchł skandal. Wszyscy uwierzyli w autentyczność nagrania, odnaleziono nawet rzekomych uczestników toaletowej randki.

Jednak na miejscowy posterunek nie zgłosił się nikt pokrzywdzony w tej sprawie. Rzecznik tamtejszej policji stwierdził, iż w świetle tych faktów sprawa zostanie umorzona. Co dalej? Czy nagranie zniknie bezpowrotnie? Czy jest gwarancja, że już nigdy nigdzie nie "wypłynie"? Niestety, na wszystkie te pytanie odpowiedź brzmi: nie. Zawsze będzie krążyć gdzieś w sieci, czekając na to, aż ktoś sobie o nim przypomni i być może jeszcze raz nagłośni.

Prawdopodobnie nie zniknie także z sieci inne nagranie. Wrzucone do internetu pod wpływem emocji miało być satysfakcjonującą zemstą porzuconego kochanka. Stało się jednak dla niego przyczyną ogromnych kłopotów. Sprawca bowiem nie przewidział konsekwencji karnych, które mogą go spotkać. 23-letni Michał P. nie potrafił pogodzić się z odejściem dziewczyny. Nachodził ją w domu, by porozmawiać i zrozumieć, dlaczego jego ukochana zdecydowała się z nim zerwać. Ta jednak unikała spotkań z nim. Mężczyzna zaczął więc grozić byłej sympatii, a także jej koleżance. Doszło nawet do szarpaniny między nim a dawną miłością. Jednak i to nie przekonało dziewczyny do rozmowy z nim.

Zemsta za porzucenie

Ogarnięty gniewem Michał P. sięgnął po ostateczny argument - zamieścił na jednym z portali społecznościowych film erotyczny. Główną bohaterką była jego partnerka. Dziewczyna dowiedziała się o wszystkim od znajomych. Zaszokowana skontaktowała się z administratorem serwisu, by natychmiast usunął kompromitujące ją nagranie. Powiadomiła również policję. W ten oto sposób porzucony kochanek trafił przed oblicze prokuratora. Michał P. nie przyznał się do grożenia partnerce.

Tłumaczył, że domagał się tylko wyjaśnienia powodów rozstania. Mimo przeprosin za umieszczenie filmu w internecie i wyjaśnień, że działał pod wpływem silnych emocji, stanie przed sądem. Bo prokurator nie uwierzył mu. W efekcie mężczyzna odpowie za groźby pozbawienia życia, kierowane pod adresem byłej dziewczyny i jej koleżanki, za co Kodeks karny przewiduje pięć lat odsiadki.

Ale to nie wszystko - grozi mu jeszcze jedna kara, której wysokość określa art. 191a, (wszedł w życie wraz z nowelizacją Kodeksu karnego 8 czerwca 2010 roku): Kto utrwala wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej, używając w tym celu wobec niej przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu, albo wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej bez jej zgody rozpowszechnia, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Paragraf drugi artykułu mówi, że ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Porzucony narzeczony otrzyma - w najłagodniejszej wersji - wyrok w zawieszeniu. Jego historia może być przestrogą dla wszystkich wielbicieli amatorskich nagrań erotycznych. W świetle zapisów Kodeksu karnego nie mogą one już stanowić narzędzia szantażu, zemsty czy żartu.

Zabawy z komórką

Telefon z aparatem fotograficznym w rękach nieodpowiedzialnych nastolatków może zmienić się w potencjalne narzędzie przestępstwa. Ofiarą stajemy się często z własnej bezmyślności. We wrześniu 2010 roku na komisariat policji w Strzelcach Krajeńskich (woj. lubuskie) przyszedł wzburzony ojciec 16-letniej dziewczyny. Oświadczył, że doszło do rozpowszechnienia erotycznego zdjęcia jego córki i zażądał ukarania sprawców. Okazało się, że pokrzywdzona nastolatka zrobiła sobie komórką zdjęcie bez stanika.

Efekty tej sesji zapisała w pamięci aparatu. Na lekcji wychowania fizycznego oddała telefon na przechowanie jednej z koleżanek, niebiorącej udziału w ćwiczeniach. Ta, nudząc się, zaczęła przeglądać zawartość. Natrafiła na fotografię rozebranej koleżanki i... rozesłała ją za pomocą MMS-ów do innych osób. Zarzut rozpowszechniania wizerunku nagiej osoby bez jej zgody postawiono pięciu osobom, w tym dwóm nieletnim. Za przestępstwo to grozi do pięciu lat więzienia. Tak oto zakończył się głupi żart. Pozostaje mieć nadzieję, że bohaterka całej afery zacznie w końcu używać telefonu komórkowego zgodnie z jego przeznaczeniem - i kilka razy zastanowi się, nim przyjdzie jej ochota na bycie nagą modelką.

Przykra historia wydarzyła się niedawno w Nieporętach (woj. mazowieckie). Na jednym z portali społecznościowych 20-letni Mariusz P. zaczepił 14-letnią dziewczynkę, podając się za kogoś innego. Kiedy zdobył zaufanie nieletniej, a internetowa znajomość stała się bardziej zażyła, mężczyzna namówił dziewczynkę, by ta przesłała mu kilka swoich rozbieranych zdjęć. Nastolatka spełniła jego prośbę. Wtedy 20-latek zaczął ją szantażować. Zagroził jej publikacją owych fotografii w internecie, o ile dziewczyna nie przekaże mu określonej kwoty pieniędzy lub wartościowych przedmiotów. Przerażona 14-latka opowiedziała o wszystkim rodzicom.

Ci natychmiast powiadomili policję. Funkcjonariusze przygotowali zasadzkę. Dziewczyna, według instrukcji mężczyzny, miała włożyć 500 zł do kosza na śmieci na przystanku autobusowym w Białobrzegach. Mariusza P. złapano na gorącym uczynku, kiedy wyciągał z kosza kopertę. Wraz z nim zatrzymano jego dziewczynę, 20-letnią Annę B. Okazało się, że sympatia szantażysty doskonale wiedziała o całej sprawie. Mariusz P. był już wielokrotnie wcześniej notowany za różne wykroczenia. Sąd na trzy miesiące zamknął go w areszcie. Zarówno jemu, jak i jego dziewczynie grozi  do ośmiu lat za kratkami.

Zdumiona zatrzymaniem

Aparat cyfrowy oraz internet umożliwiają realizację ekshibicjonistycznych ciągot. Nic się nie dzieje, jeśli własne fantazje realizujemy w kameralnym gronie osób o podobnych zainteresowaniach. Kłopoty zaczynają się, kiedy nasza skłonność wychodzi na jaw... Kilka miesięcy temu pewien mieszkaniec Bielska-Białej zaalarmował tamtejszą policję o odnalezionym w internecie zdjęciu nagiej kobiety.

Nie byłoby w tym nic szokującego, gdyby nie to, że owa dama pozowała nocą w dość wyzywających pozach... nad grobami. Szybko ustalono, że pornograficzną sesję zdjęciową przeprowadzono na jednym z cmentarzy właśnie w Bielsku-Białej. Policja rozpoczęła poszukiwanie kobiety. Bohaterką skandalu okazała się 26-letnia mieszkanka tego miasta. Kobieta była zdumiona zatrzymaniem.

Nie przypuszczała bowiem, że pozując nago w perwersyjnych pozach na cmentarzu, znieważa miejsca spoczynku zmarłych. Karą za to są dwa lata więzienia. Wątpliwe, by ekshibicjonistka trafiła za kratki. Być może jednak wyrok w zawieszeniu będzie dla niej przestrogą, by swojej pasji oddawała się w inny, nieurażający niczyich uczuć sposób.

Nagie zdjęcia... mamy

Na pobłażliwość sądu nie może raczej liczyć mieszkaniec Gorzowa Wielkopolskiego. Tamtejsi policjanci byli zaszokowani, kiedy na komputerze pewnego 21-latka, zabezpieczonym do czynności operacyjnych, odkryli kilkadziesiąt zdjęć pornograficznych z udziałem... matki młodzieńca. Z fotografii wynikało, że kobieta pozowała synowi w pełni świadomie - m.in. przybierała wyuzdane pozy, przebierała się...

Najwidoczniej nie miała żadnych zahamowań, biorąc udział w sesji domorosłego fotografa. Ale to nie wszystko. Na twardym dysku znajdowały się także erotyczne fotografie 12-letniego chłopca, znajomego rodziny. Podejrzany na przesłuchaniu tłumaczył, że są to jedynie "artystyczne prace". Rzekomo przygotował je z myślą o zabraniu ich na egzamin do szkoły aktorskiej. O ile za zaangażowanie własnej matki do rozbieranej sesji zdjęciowej 21-latkowi nie grozi nic, to wykorzystanie nieletniego do wykonywania zdjęć pornograficznych może zaprowadzić go na osiem lat za kratki.

Byle z głową

Wykorzystywanie seksualne w pracy, randki zakończone gwałtem, burdy w rodzinie czy napastowanie autostopowiczek są od lat stałym elementem kronik policyjnych. Od niedawna wzbogaciły się one o nowe zjawiska, nierozerwalnie związane z rozwojem technologii informatycznych.

Miliony aktów krążących w internecie, tysiące zdjęć zapisanych w galeriach telefonów komórkowych i dokumentacje własnych perwersji seksualnych, drzemiące w zakątkach twardych dysków komputerów mogą się kiedyś zemścić na ludziach, wykorzystujących technikę do realizacji fantazji seksualnych. Lecz uważajmy, bo granica między tym, co wolno, a tym, co zakazane, bywa bardzo cienka i łatwo ją przekroczyć.

Zygmunt Gołąb

Śledztwo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: seks | internet | przestępca

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje