Reklama

Gwałty z pigułką w tle

Trudno ustalić liczbę przestępstw popełnianych w Polsce przy użyciu środków usypiających. Poszkodowani rzadko bowiem zgłaszają się na policję.

Historia 32-letniego Andrzeja z Warszawy mogła przytrafić się każdemu. Latem 2011 roku mężczyzna bawił się w popularnym klubie w centrum miasta. Przyszedł sam, tańczył, rozmawiał ze znajomymi. Czuł się bezpiecznie, znał bowiem dobrze tę knajpkę, jak i jej stałych bywalców. Dlatego też jego uwagę zwróciła grupa czterech mężczyzn, których wcześniej tu nie widział. - Jakoś nie pasowali mi do tego miejsca... - wspomina dziś Andrzej.

Reklama

Tuż przed szóstą rano zamówił piwo. Ale zanim wziął choćby łyk, postawił szklanicę na barze i poszedł do toalety.

- Kiedy wróciłem, piwo stało tam, gdzie je zostawiłem - opowiada. - Przed wyjściem z klubu wziąłem dosłownie dwa łyki. Nie miałem ochoty na całe.

Andrzej opuścił lokal i dotarł na przystanek autobusowy. Co działo się potem?

- Obudziłem się w... tramwaju, w drugim wagonie. W zasadzie to ktoś mnie obudził. Dochodziła dziesiąta rano. Nie mogłem się ruszyć - mówi mężczyzna. - Siłą woli podniosłem się i wysiadłem na najbliższym przystanku. Dopiero kiedy odetchnąłem świeżym powietrzem i opanowałem zawroty głowy, uświadomiłem sobie, że zostałem okradziony. 

Do klubu Andrzej założył spodnie bojówki. W jednej kieszeni miał smartfona, w drugiej papierosy, klucze, portfel. Teraz w miejscach, gdzie były te rzeczy, ziały dziury. Kieszenie przekrojono skalpelem, przedmioty zniknęły. Złodziej musiał wykorzystać chwilę, kiedy Andrzej oszołomiony siedział w autobusie lub w tramwaju. Natychmiast zgłosił się na policję.

- Na komendzie powiedziano mi, że widocznie nie przyjąłem całej pigułki gwałtu, skoro obudziłem się tak szybko - opowiada Andrzej. - Policjant pocieszył mnie, że dobrze się stało, iż nie obudziłem się w trakcie kradzieży. Złodzieje, zamiast kieszeni, mogliby wtedy pociąć mnie.

Mężczyzna wypił tamtej nocy siedem piw - ilość ta dla niego, zaprawionego w bojach klubowicza, nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie był aż tak pijany, by stracić świadomość. 

- Myślę, że to tamtych czterech mnie okradło - uważa. - Przyszli, namierzyli ofiarę i prawdopodobnie coś wrzucili do szklanki. Dobrze, że nie wypiłem całego. Podobno po tych tabletkach można umrzeć.

Próba porwania?


Anna z Poznania wczesną jesienią 2011 roku wybrała się wraz z przyjaciółkami do popularnego klubu na piątkowe szaleństwa. - Byłyśmy tam w czwórkę. Chciałyśmy pobawić się we własnym gronie, bez facetów - opowiada. - Dlatego pogoniłyśmy grupę kilku chłopaków, którzy uparli się, by usiąść przy nas. 

Żadna z nich nie pilnowała drinków. Poszły tańczyć, zostawiając je na stoliku. Wróciły, dopiły, potem zamówiły kolejne.
- W pewnym momencie poczułam się senna, głowa wręcz opadła mi na piersi - relacjonuje Anna. - Pomyślałam, że świeże powietrze dobrze mi zrobi, więc nic nikomu nie mówiąc, wyszłam na zewnątrz.

Nie wiedziała, że idzie za nią jedna z koleżanek. To dzięki niej Anna nie wsiadła do auta, w którym byli ci sami mężczyźni, którzy zaczepiali ją i jej przyjaciółki wcześniej. Znajoma w ostatniej chwili odciągnęła nieprzytomną, bezwolną Annę od samochodu.

- Ja tego nie pamiętam, ale tamci podobno szybko odjechali - opowiada. - Koleżanka zamówiła mi taksówkę i odwiozła mnie do domu. Rano obudziłam się szczęśliwie we własnym łóżku.

Prawdę o tym, co się stało, poznała nazajutrz.
- Oni musieli mi coś dodać do drinka, bo nigdy wcześniej nie czułam się tak dziwnie po wypiciu alkoholu - mówi. - Pewnie czaili się na którąś z nas, byli napaleni, bardzo nachalni.

Anna i Andrzej mieli szczęście, że zażycie pigułki gwałtu nie odbiło się na ich zdrowiu. Niestety, nie każda z osób, która spożyła ów specyfik, może to powiedzieć...

Psychotropy poza kontrolą


W ciągu kilku ostatnich lat wzrosła liczba przestępstw popełnianych na tle seksualnym, bądź też rabunkowym przy użyciu wspomnianych tabletek. Proceder wygląda niemal zawsze tak samo - wystarczy rozpuścić taką pigułkę w napoju osoby, którą chce się uśpić, i cierpliwie czekać. Nieświadomy zagrożenia człowiek wypija spreparowany napój, co kończy się dla niego utratą samokontroli, zaburzeniami świadomości, sennością oraz trwającą nawet kilkanaście godzin amnezją.

Ludzie znajdujący się pod wpływem pigułki gwałtu są ustępliwi, nie protestują, sprawiają wrażenie, jakby robili wszystko z własnej woli. Ułatwia to zadanie przestępcom, którzy na przykład pod pretekstem niesienia pomocy półprzytomnej ofierze, mogą zmylić otoczenie i ją okraść bądź wykorzystać seksualnie.

Składnikami czynnymi najpopularniejszych tabletek gwałtu są flunitrazepam i kwas gamma-hydroksymasłowy, zwany w skrócie GHB. Leki zawierające te substancje stosuje się w polskiej medycynie m.in. do leczenia narkolepsji, a także w znieczulaniu przedoperacyjnym.

Flunitrazepam wchodzi w skład leku o nazwie Rohypnol. To silny antydepresant, działa uspokajająco. W Polsce jest używany jako anestetyk, w niektórych krajach świata bywa dostępny jako środek nasenny. Nie posiada barwy ani zapachu, idealnie więc nadaje się do rozpuszczenia w płynie, bez ryzyka wykrycia.

Efekty zażycia flunitrazepamu są przerażające. O utracie nad sobą kontroli już wspomnieliśmy, do tego dochodzą problemy z oddychaniem. Podrażniony zostaje układ trawienny, nasila się potrzeba oddania moczu. Temu wszystkiemu towarzyszą halucynacje, później
zaś następuje amnezja. Substancja działa już po upływie 20 minut od chwili spożycia. Efekty można zaobserwować nawet do 36 godzin po wprowadzeniu do organizmu, w zależności od tego, czy ofiara piła alkohol, czy też nie.

Pigułki gwałtu pod postacią GHB są nazywane "narkotykiem klubowym" z powodu łatwej dostępności w dyskotekach, barach i klubach nocnych - kosztują około 15 zł za gram. Zażyte w mniejszej dawce dają efekt podobny do upojenia alkoholowego - odprężenie, zaburzenia równowagi i zawroty głowy. Jednak substancję tę łatwo przedawkować, co może skutkować śpiączką, problemami z oddychaniem, a nawet śmiercią.

GHB jest praktycznie niewykrywalny we krwi już po ośmiu godzinach, a po dwunastu - w moczu. Działa obezwładniająco, powoduje częściową utratę przytomności, wywołuje okresową amnezję. Inne niepożądane objawy to m.in. oczopląs poziomy, wymioty, zaburzenia oddychania, bełkotliwa mowa, zaburzenia koordynacji ruchów. Zażycie kwasu gamma-hydroksymasłowego może też spowodować bradykardię, zwolnioną czynność serca poniżej sześćdziesięciu skurczów na minutę.

Niska cena specyfików, dostępność oraz brak prawnych uregulowań dotyczących nielegalnego obrotu substancjami wchodzącymi w skład pigułek gwałtu powodują, że praktycznie każdy może ich użyć.


Problem jest, czy go nie ma?


Media wielokrotnie poruszały temat przestępstw z użyciem pigułek gwałtu. Okazuje się, że choć w Polsce coraz częściej informuje się o przypadkach okradania lub seksualnego wykorzystania odurzonych osób, to nadal do nich dochodzi. Niestety przestępstwo to trudno udowodnić. Niektórzy policjanci wprost mówili, że tabletki nie są w Polsce problemem - tak twierdził choćby wysoki rangą oficer z Komendy Głównej Policji, cytowany kilka lat temu przez magazyn "Marie Claire". Funkcjonariusz jednocześnie przyznał, że słyszał o kilku przypadkach podania pigułek dziewczynom w dyskotekach. Ale... nie złapano żadnego dilera, handlującego tymi substancjami, więc problemu - przynajmniej dla niektórych funkcjonariuszy - oficjalnie nie ma.

Teoretycznie w polskim prawie istnieje bat na ludzi podsuwających innym tabletki gwałtu. Odpowiedzialność karną sprawcy takiego czynu określa Kodeks karny w art. 197. Stanowi on, iż ten, kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.

Szkopuł w tym, że przestępstwo gwałtu ścigane jest na wniosek osoby pokrzywdzonej. I tu zaczynają się prawdziwe schody... Po pierwsze - postępowanie karne w takich przypadkach nie należy do łatwych, bo zazwyczaj trudno przedstawić dowód na to, że tabletka została komuś podana. Można ją wykryć w organizmie przez bardzo krótki okres czasu - w zależności od użytej substancji jest to od kilku do kilkudziesięciu godzin. Po drugie - zaburzenia pamięci występujące u ofiary często uniemożliwiają wskazanie choćby podejrzanych. Po trzecie - śledztwo bywa utrudnione, gdyż poszkodowana osoba boi się społecznego napiętnowania po domniemanym gwałcie.

Usłyszała, że się "puszcza"


O tym, że te obawy nie są pozbawione podstaw, świadczy poniższa historia. W 2008 roku 19-letnia wrocławianka, Magdalena, zgłosiła się na komisariat przekonana, że została zgwałcona po spożyciu pigułki gwałtu. Co usłyszała na komendzie? Że "się puszcza". Funkcjonariusze pytali ją podobno, czy lubi romanse. Narzekali też, że do jej sprawy trzeba angażować wielu policjantów. Dziwili się również, że dziewczyna
w ogóle liczy na ich pomoc - po co to zawiadomienie o gwałcie, skoro ofiara niczego nie pamięta? Uznali, iż z powodu luk w pamięci poszkodowanej wszczęcie śledztwa nie będzie możliwe. 

Wszystko zaczęło się od tego, że Magdalena spędziła wieczór w pubie w towarzystwie znajomego. Po wypiciu alkoholu na kilkanaście godzin straciła świadomość. Obudziła się w łóżku kolegi, rozebrana. Podejrzewała, że padła ofiarą pigułki gwałtu, bo nie pamiętała, co się z nią działo. Przez trzy dni usiłowała zainteresować sprawą policję - w tym czasie, jak twierdziła, była wyszydzana, poniżana i odsyłana z kwitkiem. Pomogły dopiero media, które nagłośniły ten przypadek.

Mimo iż wszczęto postępowanie wyjaśniające i dyscyplinarne wobec rzeczonych funkcjonariuszy, niesmak pozostał. Wydawałoby się, że podobna sytuacja nie może mieć już miejsca. A jednak...

W marcu 2011 roku 22-letnia Martyna z Poznania zgłosiła się na policję. Akurat mijała doba po tym, jak nowo poznany mężczyzna wsypał jej coś do napoju, a następnie - prawdopodobnie - wykorzystał. Dziewczyna objeździła poznańskie szpitale, by wykonać stosowne badania krwi i moczu, które mogłyby udowodnić, że padła ofiarą pigułki gwałtu. Jednak w każdej kolejnej lecznicy odmawiano jej tego. Powód? Powinna była zgłosić na policji gwałt, bo bez takiego zgłoszenia żadnych badań nie można przeprowadzić.

Martyna w końcu zgłosiła na komisariacie policji gwałt, którego - z powodu luk w pamięci - nie była pewna. Szokujące jest to, że nie zaproponowano jej tam przesłuchania przez kobietę, nie zaoferowano też pomocy psychologa. Policyjny protokół okazał się nieczytelny, więc dziewczyna musiała stawić się na przesłuchanie raz jeszcze. Mało tego - po przyjęciu zgłoszenia policjant nie wystawił jej skierowania na badanie krwi i moczu, więc ponownie musiała wracać na komisariat.

Sposób traktowania obu dziewczyn przez policję może skutecznie odstraszyć inne ofiary. Tym samym problem zostaje zamieciony pod dywan. A on istnieje i jest jak najbardziej realny.

Patrz, co pijesz!


Najpopularniejszy sposób podania tabletek gwałtu to wrzucenie ich do napoju. Ponieważ są bez smaku, zapachu i koloru, nikt nie zorientuje się, że z jego napitkiem jest coś nie tak. Potem można łatwo kogoś okraść. To właśnie przytrafiło się pasażerce pociągu z Chełma do Lublina, latem 2011 roku. Ktoś wrzucił pigułkę do stojącej na stoliku, otwartej butelki napoju, który piła. Kobieta straciła świadomość. Gdy się ocknęła, okazało się, że została okradziona.

W sierpniu 2010 roku dwoje mieszkańców Lublina wybrało się do pubu. W pewnej chwili zarówno kobiecie, jak i mężczyźnie urwał się film. Ktoś wykorzystując ich nieuwagę, wrzucił im do szklanek tabletki - jak się później okazało - z zawartością GHB. Mężczyzna po obudzeniu się stwierdził brak pieniędzy, dokumentów oraz telefonu. Jego towarzyszce skradziono aparat fotograficzny i portfel. Oboje z lukami w pamięci trafili do szpitala, zaś lekarze powiadomili prokuraturę. Sprawców nie udało się złapać.

Ten sam specyfik we krwi miała dziewczyna, która bawiła się w jednym z lubelskich klubów. Wypiła drinka, poczuła się źle. Resztką sił zdołała wyjść z budynku, gdzie mieścił się klub. Świadkowie wezwali pogotowie. Uniknęła tym samym gwałtu lub kradzieży.

Tego szczęścia nie miała 25-letnia Karolina, któ-rej historię opisał dziennik "Fakt". Mieszkająca w Londynie Polka pewnego wieczoru wybrała się do pubu z koleżanką. Przy stoliku siedziało trzech Anglików. Wykorzystując nieuwagę dziewczyny, która wyszła do toalety razem z towarzyszką, jeden z nich wrzucił jej do bezalkoholowego drinka tabletkę gwałtu. Ostatnie, co zapamiętała Karolina, to wyjście na papierosa przed pub. Potem obudziła się w obcym mieszkaniu naga, w otoczeniu trzech rozebranych mężczyzn. Nie miała najmniejszych wątpliwości, co z nią robili. Zszokowana uciekła z mieszkania. Potem postanowiła iść na pobliski komisariat.

Polka otrzymała wsparcie i pomoc policyjnego psychologa. Zabezpieczono ślady DNA gwałcicieli na ciele i ubraniu dziewczyny. W jej krwi odkryto ślady substancji psychoaktywnych. Sprawców złapano po upływie doby. Jednak Karolina długo nie mogła pogodzić się z tym, co przeszła. Jak powiedziała, sama sobie nie ma nic do zarzucenia, nikogo nie prowokowała, nie piła alkoholu. Mimo to padła ofiarą.

W grudniu 2010 roku do jednego z kieleckich ginekologów trafiły dwie zapłakane, przerażone 17-latki. Badanie lekarskie potwierdziło, że obie zostały zgwałcone, jedna z nich wielokrotnie. Dziewczyna ledwo mogła chodzić.

Obie nastolatki wybrały się ze znajomymi na koncert rockowy do Pińczowa. Po imprezie rodzina odnalazła jedną z dziewcząt. Była nieprzytomna i obolała, miała brudne, potargane ubranie. Skradziono jej pieniądze i telefon. Po ocknięciu się, nie pamiętała niczego: ani sprawcy, ani kiedy i jak opuściła koncert. Jedyne, co utkwiło jej w pamięci, to silny ból krocza. Zgłosiła na policji kradzież, gwałtu jednak nie, podobnie jak jej koleżanka. Obie wypiły niewiele, po jednym, dwa piwa. Kufel z trunkiem podano im z baru ponad tłumem osób, więc pigułkę mógł do niego wrzucić każdy.

Ofiarą GHB padła nawet niegdysiejsza mistrzyni olimpijska. Stało się to w 2008 roku. Rosjanka Oksana Griszczuk, dwukrotna mistrzyni olimpijska, łyżwiarka figurowa, złożyła wtedy zawiadomienie na komisariacie w Los Angeles. Poleciała do Miasta Aniołów na spotkanie biznesowe. W pewnej chwili poczuła zawroty głowy i uznała, że coś musi być w winie, które piła. Wezwana przez nią policja wykryła w alkoholu niedozwoloną substancję. Była sportsmenka nie została okradziona ani wykorzystana seksualnie - jej przypadek dowodzi jednak powszechności zjawiska na całym świecie.

Akcje uświadamiające


 Co pewien czas podejmowane są akcje edukacyjne, mające zwrócić uwagę społeczeństwa na opisywany problem. Latem 2009 roku rozpoczęła się kampania społeczna "Drink pod ochroną" w województwie zachodniopomorskim. Szczecin i Koszalin zostały obwieszone plakatami informującymi o zagrożeniu, czyhającym głównie na kobiety w pubach, barach i na dyskotekach. Na ulicach miast zawisły billboardy z hasłami akcji. W niektórych dyskotekach i pubach oprócz ulotek pojawiły się także specjalne podkładki pod napoje, mające wbudowany tester na obecność niebezpiecznych substancji w spożywanym napoju. Jak powiedzieli organizatorzy akcji, owe testery nie mogą zastąpić czujności, lecz mają ją wspomóc i uzupełnić.

Podobną inicjatywę przeprowadziło swego czasu Krajowe Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomanii. Akcja pod hasłem "Pilnuj drinka" dotyczyła bezpieczeństwa młodzieży w trakcie imprez muzycznych w klubach i dyskotekach.

Ale to wciąż za mało. Trzeba pilnych rozwiązań prawnych, choćby delegalizujących posiadanie i obrót substancjami czynnymi, wchodzącymi w skład tabletek gwałtu. To byłby pierwszy krok, by ograniczyć zjawisko. Kolejny to zmiana mentalności policji. Kobieta, która padła ofiarą pigułki gwałtu, musi mieć pewność, że zostanie na komendzie potraktowana z należytym szacunkiem, nie zaś wyśmiana. Dopiero wprowadzenie takich standardów postępowania otworzy drogę do skutecznego ścigania tych, którzy na imprezę idą z pigułką GHB w kieszeni.


Śledztwo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: policja | pigułka gwałtu | gwałt | tabletki | klub nocny | kradzież

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje