Reklama

Głupi jak przestępca cz. II

Niekiedy jedno głupie posunięcie może zaważyć na powodzeniu najbardziej nawet misternego planu. Niespełna cztery lata temu cała Australia żyła przez kilka dni historią Roberta Cole'a, 36-letniego groźnego przestępcy, który zdołał zbiec z więzienia Long Bay, położonego na przedmieściach Sydney.

Reklama

Mający na sumieniu kradzież, przestępstwa seksualne i napad z bronią w ręku Cole długo przygotowywał się do ucieczki. Przeszedł na dietę i zażywał środki przeczyszczające - wszystko po to, by stracić wagę. Udało mu się zrzucić aż czternaście kilogramów, co sprawiło, że - już wcześniej będąc drobnej budowy - zamienił się w jeszcze szczuplejszego mężczyznę. Mozolna praca nad własnym ciałem miała jeden cel. Przebywający pod obserwacją psychiatrów w więziennym szpitalu Cole chciał skorzystać z okazji i wydostać na wolność, przeciskając się przez zakratowane okno.

Plan udało się zrealizować. Uciekinier trafił na czołówki gazet, a władze postawiły na nogi całą policję, by schwytać zbiega, który cieszył się życiem poza murami więzienia przez całe trzy dni. Zamiast zaszyć się gdzieś i przeczekać poszukiwania, Cole postanowił korzystać z wolności na całego i wybrał się na zakupy do jednego z największych centrów handlowych w Sydney. W sobotnie przedpołudnie paradował po pełnym ludzi sklepie. Zakupy, zamiast przy kasie, zakończyły się w areszcie, a plan, w który Cole włożył tyle wysiłku, okazał się mieć jeden poważny feler - kończył się w momencie ucieczki.

Niektóre źródła - w tym książka "Thick Villains" Simona Vigara, w całości poświęcona głupim przestępcom - wyjaśniają pewność siebie zbiega, która miała wynikać z jego wiary w moc charakteryzacji. Otóż Cole zmienił podobno swój wygląd... dorysowując sobie wąsy i brodę flamastrem. Aż dziw, że wzbudził podejrzenie policji i został rozpoznany.

Wydała go pijawka

Głupota głupotą, a czasem wystarczy zwykły pech... i pijawka. Pod koniec października 2008 roku stacja CNN podała dość zwyczajną na pierwszy rzut oka informację: zatrzymanemu za przestępstwo narkotykowe Australijczykowi Peterowi Alecowi Cannonowi udowodniono udział w obrabowaniu staruszki, do którego doszło przed ośmiu laty. Sęk jednak nie w tym, ŻE, ale JAK udowodniono.

Kiedy w 2001 roku Cannon opuszczał w pośpiechu dom 71-letniej kobiety, którą wcześniej wspólnie z kolegą związał, pobił i okradł, nie mógł nawet przypuszczać, że świadkiem zdarzenia - i jednocześnie dowodem w sprawie - będzie... poczciwa pijawka! Otóż stworzenie wpiło się w ciało mężczyzny, najprawdopodobniej wtedy, kiedy przedzierał się on przez okalający domostwo busz, i odpadło już na miejscu, w domu należącym do staruszki. Przybyła na miejsce policja zabezpieczyła na wszelki wypadek napompowaną ludzką krwią pijawkę i pobrała z niej materiał DNA.

Sprawca napaści najprawdopodobniej nadal chodziłby na wolności, gdyby nie fakt, że został niedawno zatrzymany w związku z zupełnie innym przestępstwem. Policjanci zbadali wówczas jego DNA i porównali je ze znajdującymi się w archiwum próbkami. Wynik był jednoznaczny - krew pobrana z pijawki w dniu popełnionego w 2001 roku przestępstwa należała do Cannona! Przyparty do muru tak silnym dowodem Australijczyk przyznał się do winy.

- Pamiętam, że kiedy zdecydowaliśmy się uznać pijawkę za dowód, nie brakowało dowcipnisiów, którzy robili sobie z tego żarty. W ostatnim czasie jednak z jakiegoś powodu ucichli - żartował na antenie stacji ABC policjant Mick Johnston.

To był zbieg okoliczności, który statystycznie nie miał prawa się wydarzyć, a jednak się wydarzył!

Michał Raińczuk

Dowiedz się więcej na temat: Rysy | rozpoznać | oczy | policja | telefon | jones | przestępcy | ucieczki | przestępca

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje