Reklama

Cecil Hotel: Przeklęty zakątek Los Angeles

Od lat dochodziło w nim do dziwnych wydarzeń. W 2013 roku nagle zniknęła studentka. Jej ciało znaleziono... w zbiorniku wody na dachu

Cecil Hotel w sensie formalnym już nie istnieje. W 2011 roku obecny właściciel, odżegnując się od złej sławy budynku i próbując odczarować to miejsce, zmienił mu nazwę na Stay on Main. O tym, jak pozorna okazała się ta zmiana, świadczy dramat, jaki rozegrał się tu 2 lata później.

Reklama

Nim to nastąpiło, niegdysiejszy Cecil Hotel był miejscem chętnie wybieranym przez samobójców, zamieszkiwanym przez seryjnych morderców, a także - jak uważa wielu - nawiedzonym. Co tak naprawdę kryje się na 14 piętrach potężnego gmachu położonego blisko centrum Los Angeles?

Budynek wzniesiono w 1924 roku w dzielnicy handlowej Fashion District. Dysponował imponującą liczbą 700 pokoi, przeznaczonych głównie dla osób podróżujących służbowo. Z ogromnego foyer w stylu art déco goście przechodzili do jednego z trzech skrzydeł hotelu, oferującego pokoje klasy ekonomicznej, jak i apartamenty o wyższym standardzie i cenie.

Niestety, jego otwarcie w 1927 roku zbiegło się w czasie z wybuchem Wielkiego Kryzysu. Recesja wpłynęła zarówno na sam obiekt, który stopniowo podupadł z powodu braku gości, jak i najbliższą okolicę. Po 1950 roku rezydentami Cecila były już tylko osoby wynajmujące pokoje za niewielkie pieniądze na długi okres. Dzielnica, zamiast stać się biznesowym centrum miasta, zaczęła przyciągać bezdomnych i osoby ubogie bądź wręcz z marginesu społecznego.

Wprawdzie wokół budynku wzniesiono kilka biurowców i apartamentowców, centra handlowe, parkingi i kilometry magazynów, to jednak urbanizacja nie zapobiegła upadkowi dzielnicy. Dziś wiele ze wzniesionych budowli stoi pusta, inne są do wynajęcia, w kilku koczują biedacy. Nawet w ciągu dnia bywa tam nieprzyjemnie. 

Podejrzana reputacja

Według opisu na stronie internetowej Stay on Main, dawny Cecil, obecnie jest rzekomo butikowym hotelem, nastawionym przede wszystkim na ludzi młodych, między 18. a 30. rokiem życia. Usytuowany zaledwie 9 minut spacerem od stacji metra Pershing Square (skąd można dojechać do Hollywood), oferuje 700 pokoi wyposażonych w stacje dokujące do iPoda oraz telewizory z płaskim ekranem.

Klienci mogą wybrać różne rodzaje zakwaterowania, począwszy od pojedynczych łóżek w pokojach wieloosobowych, po prywatne apartamenty z łóżkiem typu queen-size, wszystkie nowocześnie urządzone i utrzymane w jasnej, przyjaznej kolorystyce. Jednym słowem - to najlepszy wybór dla zainteresowanych rozrywką, dobrą kuchnią i ciekawą ofertą kulturalną.

Rzeczywistość mocno odbiega od haseł marketingowych. Przede wszystkim sama definicja hotelu butikowego, jako miejsca o wysokim standardzie, które zaspokaja wyrafinowane potrzeby gości, nie ma nic wspólnego z prawdą. Najdobitniej świadczą o tym negatywne komentarze zamieszczane przez gości w internecie. Monotonna dieta - codziennie takie samo śniadanie w postaci gofrów czy płatków - to najlżejsza z hotelarskich przewin. Korytarze na niektórych piętrach kojarzą się z więzieniem, mieszkańcy narzekają na pluskwy, po meblach biegają karaluchy.

Dawnemu Cecilowi wytyka się nie tylko klaustrofobiczne, duszne z powodu braku klimatyzacji i brudne pokoje, głośno działające windy, ciasne, wymagające remontu, zaniedbane łazienki, ale i nieciekawe sąsiedztwo. Przede wszystkim chodzi o okupujące pobliskie chodniki hordy bezdomnych, jak i wałęsających się tu całą dobę narkomanów. Miejsce, które w zamierzeniu właścicieli miało się stać eleganckim, miłym hotelem, wciąż jest spartańsko urządzoną i dość drogą (średnio od 50 do 75 dolarów za noc), jak na oferowane warunki, podrzędną noclegownią, z której lepiej nie wychodzić po zmroku.

Ponury wizerunek przybytku pogłębiają jego tragiczne dzieje. Niewykluczone, że nie tylko w Stanach Zjednoczonych są podobne obiekty z równie mroczną, a nawet bardziej przerażającą historią. Jednak tym, co wyróżnia Cecil Hotel, jest trwały ślad, jaki odcisnął w popkulturze. Mało które miejsce tak bardzo przyciągało psychopatów, samobójców i morderców. Z okien rzucali się samobójcy, w pokojach ginęli ludzie, mieszkali tu seryjni zabójcy: Richard Ramirez i Jack Unterweger. Do dziś goście skarżą się na dziwne cienie czy niepokojące odgłosy, wielu miało poczucie duszenia we śnie.

Jakie tajemnice skrywają mury ponurego gmachu przy 640 S. Main Street?  

Rezydenci z piekła rodem

Z hotelem wiąże się historia Elizabeth Short, słynne "Czarnej Dalii", niedoszłej aktorki i początkującej prostytutki, zamordowanej w 1947 roku. Po raz ostatni podobno widziano ją właśnie w tutejszym barze. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, jednak wielu łączy hotel z jednym z najgłośniejszych zabójstw w Los Angeles. Okoliczności jej śmierci - dziewczynę przed śmiercią okrutnie dręczono i zmuszano m.in. do jedzenia kału, jej ciało rozcięto na pół, morderca okaleczył twarz i narządy płciowe ofiary - są do dziś niewyjaśnione. Nadal jednak fascynują opinię publiczną do tego stopnia, że stały się nawet elementem popkultury.

Najgłośniejszym morderstwem dokonanym w hotelu było zabójstwo jednej z rezydentek, emerytowanej telefonistki Goldie Osgood. Na początku czerwca 1964 roku nieustalony sprawca zaatakował ją nożem, po czym zgwałcił, a na koniec udusił.

Zaledwie 2 lata wcześniej w Cecilu wydarzyła się inna tragedia: w efekcie kłótni małżeńskiej zdenerwowana kobieta wyskoczyła z okna pokoju na ostatnim piętrze. Spadła na przechodzącego pod budynkiem starszego mężczyznę. Oboje zginęli na miejscu. Samobójstw zdarzyło się tu najwięcej, prym wiodły skoki z okna. Ten rodzaj śmierci wybrało blisko 20 osób.

Nazwisko Richarda Ramireza stanowi synonim okrucieństwa. Ten seryjny zabójca, zwany "Nocnym Łowcą", mający na koncie kilkanaście ofiar, zamieszkał w Cecilu w 1985 roku, w pokoju na ostatnim piętrze. Pobyt w hotelu gwarantował anonimowość i brak zainteresowania ze strony pozostałych gości. Jednak nie do końca: gdy go aresztowano, do mediów zgłosił się jego sąsiad, który opowiadał, jak morderca pozbywał się w hotelowym śmietniku splamionych krwią ubrań.

Czy to postać Ramireza przyciągnęła do Cecila kolejnego psychopatę, pochodzącego z Austrii Jacka Unterwegera? Niewykluczone, że tak. Pierwszy w historii tego kraju seryjny morderca zamieszkał w hotelu w 1991 roku, po przyjeździe do Los Angeles, gdzie miał podjąć pracę jako dziennikarz. To pokłosie kariery, jaką zrobił w ojczyźnie.

Unterweger odsiedział tam wyrok za zabójstwo kobiety, napisał książkę, kilka opowiadań, sztukę teatralną. Media go pokochały, uznając za wzorcowy przykład resocjalizacji. Okazał się prawdziwym doktorem Jekyllem i panem Hydem - mordował prostytutki, a jednocześnie prowadził telewizyjny program kryminalny, w którym zajmował się popełnionymi przez siebie nierozwiązanymi morderstwami. Po przyjeździe do Miasta Aniołów z jego ręki zginęły trzy miejscowe panie lekkich obyczajów. Cecil stał się bazą, z której zabójca wyprawiał się na łowy. 

Ostatnia podróż Elisy

Hotel znów znalazł się na ustach całego świata w 2013 roku. Na dnie jednego ze zbiorników z wodą, usytuowanych na dachu budynku, odkryto wówczas ciało kanadyjskiej studentki. Grozę sytuacji pogłębiał fakt, że przez wiele dni nieświadomi niczego goście pili i używali wody, w której rozkładały się zwłoki. Brzmi strasznie? A to dopiero początek makabry...

Elisa Lam, 21-letnia córka imigrantów z Hongkongu, właścicieli restauracji na przedmieściach Vancouver, była studentką Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. W styczniu 2013 roku wyruszyła w podróż - jak naz- wała ją na swoim blogu Tumblr - "West Coast Tour", wycieczkę do Kalifornii. Planowała odwiedzić San Diego, Los Angeles, Santa Cruz oraz San Francisco. 27 stycznia przyjechała do Los Angeles i zameldowała się w Cecil Hotel, wówczas już przemianowanym na Stay on Main.

Początkowo mieszkała w kilkuosobowym pokoju na piątym piętrze, jednak już po 2 dniach przeniosła się do pojedynczego apartamentu. Dlaczego? Jej współlokatorzy, według słów hotelowego prawnika, mieli rzekomo obawiać się jej dziwnego zachowania. Skarżyła się na dręczące ją koszmarne sny, halucynacje i dziwne głosy, podobno informujące o nachodzącej śmierci. W świetle faktu, że dziewczyna cierpiała na chorobę afektywną dwubiegunową, to bardzo znaczące.  

Podczas podróży Elisa utrzymywała ciągły kontakt z rodzicami. Dlatego gdy 31 stycznia 2013 roku, w dniu, w którym planowała wyprowadzić się z hotelu, nie otrzymali od niej żadnej wiadomości, a jej telefon nie odpowiadał, bardzo się zaniepokoili. Nie tylko powiadomili policję, ale i sami przyjechali do Los Angeles, by szukać zaginionej córki. 

Tajemnica windy

Dziewczyna ostatni raz była widziana 31 stycznia przez personel hotelu i właścicielkę położonej nieopodal księgarni - chciała tam kupić prezenty dla bliskich. Kobieta opisała Elisę jako towarzyską, przyjazną dziewczynę, podobno martwiła się, że książki, które planowała jako pamiątki dla rodziny, będą dla niej za ciężkie w dalszej podróży.

W hotelu pojawiła się policja. Nie przeszukano jednak wszystkich pokoi, nie wiedziano bowiem, czy zniknięcie Elisy nosi znamiona przestępstwa. Z tego powodu w mediach pojawił się jedynie apel o pomoc w odnalezieniu młodej Kanadyjki, wraz z jej zdjęciem.

14 lutego 2013 roku policja z Los Angeles opublikowała zapis wideo z windy w Cecil Hotel. Nagranie, pochodzące z 31 stycznia, było ostatnim zapisem wizerunku Elisy Lam. Jego treść zaszokowała opinię publiczną na całym świecie.

Film, zarejestrowany przez umieszczoną w rogu windy kamerę, trwa ok. 2,5 minuty. W zasięgu urządzenia jest wnętrze dźwigu, drzwi oraz fragment korytarza. Na nagraniu widzimy studentkę ubraną w czerwoną bluzę z kapturem, szary T-shirt, sandały i krótkie, czarne spodnie. Od razu zwraca uwagę jej dziwne zachowanie: wchodzi do windy, podchodzi do panelu sterowania i naciska po kolei kilka guzików, po czym cofa się do rogu kabiny. Mija kilka sekund, w trakcie których drzwi się nie zamykają. Dziewczyna patrzy w ich stronę z widocznym napięciem, jakby na coś czekała, czegoś/kogoś wypatrywała.

Po kilku sekundach ostrożnie podchodzi do drzwi i wysuwa głowę na korytarz. Szybko rozgląda się w obu kierunkach, po czym równie szybko cofa się do środka. Oglądając nagranie, odnosi się wrażenie, jakby Elisa brała udział w jakiejś zabawie w chowanego. Podchodzi do ściany, ze złożonymi rękoma, po czym przesuwa się do rogu przy panelu sterowania, jakby się czegoś bała czy na coś czekała. Przez cały czas drzwi pozostają otwarte.

Po chwili Elisa znów do nich podchodzi. Staje na progu dźwigu i... oglądający nagranie widz nabiera przekonania, że albo rozmawia z kimś, kogo nie widać na nagraniu, albo na moment się "wyłącza". Następnie ostrożnie wychodzi na korytarz, zachowując się trochę jak nieśmiałe dziecko. Robi krok do środka windy, potem znów na zewnątrz i na moment znika z pola widzenia kamery. Przypomina to jakąś dziwną zabawę. Drzwi wciąż pozostają otwarte. 

Dowiedz się więcej na temat: Hotel Cecil | Śledztwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje