Reklama

Cała prawda o klubach rozpusty

Dziewczyny z różowymi parasolkami zaczepiały mężczyzn, obiecując niezapomniane chwile... Niektórzy długo wspominają nocne szaleństwo.


Najpierw skusić obietnicą dobrej zabawy, w domyśle - seksu. Potem naciągnąć na jak najdroższe alkohole. Następnie upić, a niekontaktującego  omotać tak, by bez zastanowienia wbijał PIN karty płatniczej w terminalu. To nie scenariusz filmu kryminalnego, tylko metody pracy w jednym z klubów ze striptizem znanej sieci...

Reklama


Charakterystyczny różowy neon -  synonim nie tyle frywolnej zabawy, co wyczyszczonych kont klientów, zniknął już z polskich ulic. Przeprowadzony jesienią 2014 roku rebranding marki miał za zadanie zdjąć złą opinię z sieci lokali, należącej do pewnej krakowskiej spółki. W miejscu starych klubów go-go pojawiły się nowe. Jednak pytanie, czy nowa nazwa to też nowy sposób podejścia do klienta, pozostaje póki co bez odpowiedzi. 

Praca jak każda inna?

Magda ma 23 lata. Pochodzi z małego miasta położonego w północnej Polsce. Blondynka, ładna, zgrabna, wysportowana, swego czasu ukończyła kurs pool dance, czyli tańca na rurze.

Pracę w jednym z klubów podjęła wiosną 2014 roku. Wytrzymała do grudnia. Była tam barmanką, potem tancerką, wreszcie kelnerką. Dla Magazynu Kryminalnego "Śledztwo" zgodziła się opowiedzieć o tym, co widziała i czego doświadczyła.  

Skąd taki pomysł na pracę?

- Wcześniej, przez rok, obsługiwałam klientów na barze w klubie muzycznym - odpowiada Magda. - Kochałam tę robotę. Przez jakiś czas starałam się to godzić ze studiowaniem, ale nie udało się. Wkurzyłam się, kiedy z dnia na dzień szef zamknął interes. Szukając jakiegoś zatrudnienia, natrafiłam w prasie na ogłoszenie dotyczące pracy w klubie nocnym. Szukali barmanki.

Intuicja podpowiadała jej, że chodzi o tę sieć. Czemu w to weszła?

- Pilnie potrzebowałam pieniędzy - tłumaczy dziś. - Miałam doświadczenie, sądziłam, że znam specyfikę takiego miejsca, no i samej pracy. Nalewanie piwa czy podawanie drinków wszędzie wygląda tak samo, tak mi się przynajmniej wydawało... 

Magda zadzwoniła na podany w ogłoszeniu numer telefonu. Telefoniczny test na komunikatywność wypadł pozytywnie, więc dosłała CV ze zdjęciem, potem spotkała się z rekruterką. Ta uznała, że choć dziewczyna ma doświadczenie, to i tak będzie musiała przejść kilkudniowe szkolenie - płatne.

Dziewczynę zakwaterowano na koszt przyszłego pracodawcy w hostelu w sąsiednim mieście. Dzieliła pokój z siedmioma innymi kandydatkami na barmanki. W pozostałych pokojach ulokowano przyszłe hostessy i kelnerki - łącznie kilkadziesiąt osób. Dlaczego aż tyle?

- Rotacja w klubach była bardzo duża - zdradza. - Same warunki pracy może i nie były złe, ale robota wykańczała psychicznie, o czym się sama przekonałam - podkreśla.

Na szkoleniu wymagano od niej więcej niż od pozostałych, ze względu na doświadczenie.

- Ale nie tylko - zaznacza. - Kierowniczki szkoleniowe widziały już we mnie jakiś potencjał. Wiedziały, że mam w sobie coś, co dobrze rokuje na pracę w tego typu miejscu, odpowiedni bajer, podejście do klienta. Dlatego tak cisnęły, a ja się strasznie stresowałam.   

Kosmiczne ceny... owoców!

Klub otwierał podwoje o 19.30. Magda, która podpisała umowę-zlecenie na pracę barmanki, musiała stawić się w nim pół godziny wcześniej. W tym czasie przygotowywała m.in. pucharki na owoce i same owoce, wydawane do każdego tańca prywatnego. Klient otrzymywał koktajl z owoców egzotycznych, w sezonie również polskich. Obierało się je, kroiło na cząstki, ozdabiało kolorowymi wykałaczkami, parasolkami i podawało do drinków. 

- Koszt pucharka zależał od tego, do jakiego tańca i jakiego drinka się go podawało - wyjaśnia Magda. - Przykładowo pucharek szklany, pojemność jak na lody, serwowany do tańca prywatnego, to kilka winogron, białych i czerwonych, kilka wisienek, parasolka i pomarańcza pokrojona w paseczki. Koszt? 150 zł. Klient płacił nie za alkohol, nie za taniec, a właśnie za owoce. Przebitka była co najmniej 10-krotna. Tancerka w takiej sytuacji za taniec prywatny miała 66 zł brutto. 

 A droższy pucharek?

- Miał większą objętość, bardzo kolorowy, składniki aż z niego wypływały. Podawano go do szampana kosztującego u nas w klubie 20 tys. zł (cena ze sklepu: - 1,2 tys. zł). Na fakturze widniała kwota 20 tys. zł za puchar owoców - mówi.

Ceny szokowały. Lampka szampana Russkoje Igristoje miała cenę 210 zł, (w dyskoncie 15 zł za całą butelkę), a butelka najtańszego: 900 zł. Kolejne były już po 1,4 tys. (Martini, za 35 zł w zwykłym monopolowym), potem kolejno: 2, 7, 9, 15 i 20 tys. zł! 

Na czele ekipy klubu stała kierowniczka. To bezpośrednia menadżerka, zarządzająca danym lokalem oraz personelem złożonym z barmanki, kelnerek, hostess, tancerek. Nie podlegały jej promotorki, które można było spotkać na ulicach z atrybutem w postaci różowej parasolki. Te dziewczyny miały inną kierowniczkę.   

- Kiedyś były jeszcze selekcjonerki, które stały na bramce i wpuszczały, bądź nie, klientów - opowiada Magda. - Facet nie mógł wejść, gdy dziewczyny widziały w nim jakieś zagrożenie: więzienny tatuaż, wpływ narkotyków itp. Bezpłatne wstępy do klubu wprowadzono dopiero od połowy listopada, wcześniej kosztowały od 5 do nawet 50 zł, ile konkretnie, to zależało od targowania się z promotorką.

O 19.30 dziewczyny były na miejscach, gotowe na otwarcie. Tancerki, czekając na gości, siedziały przy barze bądź tańczyły na rurze. Hostessy nie musiały tańczyć, nie rozbierały się. Ich rolą było podejście do klienta w seksownym ubraniu, wciągnięcie go w rozmowę i "nakręcenie", by wydał jak najwięcej pieniędzy.

- Hostessy z reguły siedziały w loży, ich stawka wynosiła 65 zł brutto za całą noc - wspomina Magda. - Zarabiały na tym, na co naciągną panów. Miały płacone 30 proc. od każdego drinka, a od tańców prywatnych w pokoju prywatnym 50 zł. Tancerki miały 50 proc. prowizji od butelki zamówionego szampana.

Najcięższą pracę wykonywały kelnerki. To one witały klienta, zapraszały do stolika i w taki sposób zachęcały do kupowania alkoholu, by wypił go jak najwięcej. To głównie od nich też zależało, co kupi towarzyszącej mu hostessie bądź tancerce.

- Zadaniem kelnerki było tak zaaranżować sytuację, by klient, po kupieniu odpowiedniej ilości alkoholu, poszedł z hostessą czy tancerką do pokoju prywatnego. Kelnerka nie miała podstawy, pracowała za utarg, który wynosił w moim klubie 3 proc. z całej nocy. Gdy swego czasu były dobre utargi, to ja na kelnerowaniu miałam 500 zł za noc - dodaje Magda.  

Przychodzi klient do klubu

Z ich liczbą bywało różnie. Czasem w ciągu nocy nie było nikogo, kiedy indziej trafiało się nawet i 50 panów. Jednak to nie przekładało się na wysokość utargu. Mogło przyjść tylko dwóch i wydać łącznie kilkadziesiąt tysięcy złotych. Średnio co noc przychodziło 30 mężczyzn.   

- Czasem to byli kolesie, których stać było tylko na piwo za 15 zł, na nic więcej - opowiada dziewczyna. - Jeśli jednak mieli w portfelach plastik bądź więcej gotówki i wyglądali na takich, że dałoby się ich naciągnąć na więcej, to dostawali "dobre piwo", czyli z szotem wódki. Po to, żeby się szybciej upili, stracili kontrolę i zostawili u nas jak najwięcej kasy - przyznaje bez oporów Magda. 

Jacy to byli mężczyźni? Coś ich łączyło? Jakaś wspólna cecha?

- Idioci i tyle - podsumowuje nasza rozmówczyni. - Na tym bazowano, na tej ich głupocie, naiwności, na żądzach, które nimi kierowały. Klienci różni, po jednych widać było, że gangsterka, szastali forsą na prawo i lewo. Byli i tacy, za których nie dałoby się złamanego grosza, a posiadali karty kredytowe bez limitu. Wszyscy liczyli, że będzie "coś więcej", że zapłacą ekskluzywnej dziewczynie za ekskluzywny seks. Płacili, owszem, ale nie za seks. Choć byli przekonani, że właśnie za to.

Klienta do wejścia przyprowadzała promotorka. Tam przejmowała go kelnerka, prowadziła do wnętrza klubu, zapraszała do stolika. Jej zadaniem było sprawić, by gość przestał czuć się onieśmielony. Dlatego szybko przechodzili na ty. Kelnerka pytała, skąd jest, czy chce się zabawić, jakie ma plany na resztę wieczoru. Wszystko to odbywa się na zasadzie luźnej rozmowy, która jednak nie była niczym innym, jak tylko wywiadem.

- Klient miał odnieść wrażenie, że ta kelnerka jest przyjacielska, że on jest dla niej kimś wyjątkowym, jej specjalnym klientem, dla którego na pewno ma fajne niespodzianki. Im więcej o sobie mówił, tym lepiej, bo kelnerka od razu wiedziała, i raportowała to potem kierowniczce, czy gość ma "potencjał", czy jest z czego go oskubać - mówi Magda.

Co składało się na potencjał? Zasobność portfela, liczba i rodzaj kart kredytowych, zawód. Jeśli kelnerka widziała, że ma do czynienia z obcokrajowcem, z szukającym rozrywki menadżerem wyższego szczebla prywatnej firmy czy też emigrantem zarobkowym, który zjechał do kraju, by zaszaleć z forsą, mogła zacierać ręce z radości. Podobnie, gdy do klubu przychodził gość prowadzący własną dochodową działalność gospodarczą.

W klubie funkcjonowały dwa rodzaje kart: biała dla klientów, czarna dla dziewczyn. Mężczyzna przeglądał białą kartę, a kelnerka miała za zadanie podbić stawkę. Jak?

- Gdy mówił, że chce piwo, ona przekonywała go tak: A tam piwo, może wódeczki się napijesz? Wódeczka z sokiem taka dobra, zabawisz się, wyluzujesz, będziesz w lepszym nastroju. Chodziło nie tylko o to, by wydał więcej, bo taki drink był kilkakrotnie droższy od piwa, ale i żeby jak najszybciej go upić. Gdy zgadzał się, a tak było najczęściej, na to, co proponowała kelnerka, ona szła do baru i składała zamówienie - zdradza Magda i od razu wyjaśnia kwestię koncesji na sprzedaż alkoholu:

- Nasz klub działał na zasadzie koncesji cateringowej. Choć nie można było mieć magazynu z alkoholem, on i tak był. Kiedy miała nastąpić kontrola, a o każdej kontroli klub wiedział wcześniej, jakim sposobem, nie wiem, ale tak było, to alkohol się wynosiło. Przykład: w listopadzie wpadli do nas: sanepid, antyterroryści, policja, zaraz po zmianie nazwy, by sprawdzić, czy cokolwiek zmieniło się w zasadach funkcjonowania klubów. Wiedzieliśmy o tym wcześniej i cały alkohol został wyniesiony. Zostało tylko tyle co na imprezę, ilość cateringowa, czyli po jednym szampanie z każdego rodzaju, skrzynka piwa, po jednej flaszce każdego rodzaju wódki, bo goście mogą sobie przecież tego zażyczyć - zaznacza.

Kelnerka wracała z zamówionym drinkiem i czarną kartą, w której było wszystko, co hostessa czy tancerka mogła otrzymać. Kierowniczka ustalała, którą dziewczynę wysłać do gościa - o ile jeszcze siedział sam. Pierwszeństwo zawsze miały tancerki, potem dopiero hostessy. Po 10 minutach wspólnego siedzenia i rozmowy pojawiała się kelnerka.

- Jeśli mężczyzna nie wspominał o zamówieniu dla towarzyszki, kelnerka mówiła mu o zasadach tu panujących, że dziewczyny przecież też piją, bawią się. Sugerowało mu się, że może wybrać sobie którąś i pójść na pokój prywatny. Że im więcej na nią wyda, tym więcej od niej dostanie - wspomina Magda. - Przekonywała go, że dziewczyny lubią drinki, bo są kolorowe, alkoholowe, wiadomo, że po alkoholu łatwiej nawiązuje się rozmowę, kusiła go, by je zakupił.

Hostessy i tancerki nie miały zakazu picia alkoholu. Musiały jednak pracować skupione na tym, by klient wydał na nie jak najwięcej. Jeśli dana dziewczyna miała mocną głowę, Magda przygotowywała jej drinka takiego jak w karcie. Gdy dziewczyna była zmęczona bądź już wcześniej coś piła, szykowano jej napój bez alkoholu. W końcu musiała trzymać fason, by naciągnąć klienta na jak najwięcej. 

Dowiedz się więcej na temat: klub nocny | striptiz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje