Reklama

Niełatwa miłość w IV RP

Łukasz wziął ślub w Anglii, a pani w urzędzie stanu cywilnego w Polsce go nie uznała, bo... podpis księdza to nie podpis urzędnika. Na pewno. Księża też rzadziej się mylą, a Łukasz stracił tylko czas...

Trzy lata temu Łukasz wyjechał ze swoją dziewczyną do Anglii. Wtedy nie byli jeszcze małżeństwem. W tym roku wzięli ślub i musieli zarejestrować angielski akt małżeństwa w polskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Przed przyjazdem do Polski na dwutygodniowe wakacje dowiadywał się, jakie formalności musi załatwić i czy akt ma moc prawną. Zarówno przedstawiciel angielskiego USC, jak i ksiądz zapewniał, że dokument nie wymaga żadnych dodatkowych formalności. Polska urzędniczka była innego zdania.

Reklama

Żmigród to nie Londyn

- W międzyczasie wymeldowaliśmy się z żoną ze Żmigrodu. Dowiedzieliśmy się, że aby zarejestrować akt, musimy się udać do ostatniego miejsca pobytu - opowiada Łukasz. Uciążliwa podróż nie zakończyła się jednak szybkim sukcesem.

Pani kierownik USC w Żmigrodzie stwierdziła, że akt małżeństwa nie ma mocy prawnej ponieważ... jest podpisany przez księdza. Poproszona o pisemną odmowę przyjęcia dokumentów powiedziała, że małżonkowie mogą je złożyć, ale wyjaśnienie sprawy potrwa. - Moglibyśmy załatwić formalności w konsulacie, lecz tam kosztowałoby nas to prawie 90 funtów. W Polsce - 50 zł i dwa tygodnie spędzone w urzędach, zamiast zaplanowanego wypoczynku - skarży się Łukasz.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | podpis | ślub | IV RP | miłość | Łukasz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje