Reklama

Bigamia, mezalians i oszustwo

Wyjeżdżają z reguły na krótko. Zarobić trochę pieniędzy, poprawić swój byt w kraju. Czasem marzą, że gdy się powiedzie, to można ściągnąć rodzinę i urządzić się na stałe. Życie jednak lubi płatać figle i emigracyjne losy różnie się kształtują...

Bywa tak, że pozostawiona rodzina staje się czymś odległym, mglistym, z innego życia. I wtedy emigranci zaczynają układać sobie życie na nowo. Bywa tak, że wydarzy się coś nieprzewidzianego, co przewróci do góry nogami w miarę uporządkowany świat. Bywa i tak, że nagle muszą liczyć tylko na tych pozostawionych w Polsce. Ot, różne emigracyjne losy...

Reklama

Tarnowski bigamista

Staszek zdecydował się na wyjazd do USA, gdy zatelefonował jego były kolega z pracy, który pojechał rok wcześniej.

- Jest dobra robota dla fachowców od zabezpieczenia instalacji chemicznych, płacą po 18 dolarów za godzinę, a później może być jeszcze więcej, bo mają być nowe zlecenia - namawiał. - Mój boss wyśle ci dobre zaproszenie, mam mieszkanie, za półtora roku dorobimy się.

Staszek miał dobrą pracę w "Azotach", ale gdy porównał te dolary tam i 1300 zł do ręki w Tarnowie, doszedł do wniosku, że trzeba spróbować. Lilka, jego żona, nie była tym pomysłem zachwycona, ale górę wzięły argumenty finansowe - zwłaszcza, że sama nie wiedziała jak długo będzie miała pracę. - Jedź - stwierdziła - ale maksymalnie na dwa lata. Inaczej znajdę sobie kogoś nowego - żartowała.

Praca była ciężka, ale dobrze płatna. Staszek brał nadgodziny, często pracował w święta, do domu wysyłał co miesiąc kilkaset dolarów, resztę skrzętnie odkładał w banku.

Kiedy trafiło się kilka dni wolnych Staszek z kolegą postanowili zobaczyć stolicę hazardu Las Vegas. Dwa dni minęły na rozrywkach i zwiedzaniu kasyn, trzeciego dnia spotkali Martę. Jak się później okazało, ładna, niespełna trzydziestoletnia brunetka podeszła do nich, bo najpierw usłyszała rozmowę po polsku, a potem okazało się, że rozmawiający pochodzą z Tarnowa. Tak jak ona.

Staszkowi dziewczyna bardzo przypadła do gustu, okazało się, że też mieszka i pracuje w Chicago, że mają wspólnych znajomych. Marta przyjechała z rodzicami do USA 11 lat temu, miała już obywatelstwo. Po powrocie do "wietrznego miasta" zaczęli się spotykać, szybko znajomość stała się bardzo zażyła, po niespełna pół roku zamieszkali razem.

Lilka żyła w nieświadomości nowego związku męża, choć osoby przyjeżdżające z Chicago do Tarnowa coś tam przebąkiwały, że Staszek jest widywany z jakąś kobietą. Ten jednak w rozmowach telefonicznych zaprzeczał i cały czas twierdził, że niedługo będzie wracał. Przysyłał pieniądze, telefonował, słał listy na kasetach wideo, mówił jak tęskni...

- Jestem w ciąży - oznajmiła któregoś dnia Marta Staszkowi - musimy się teraz zastanowić, co robić. Myślę, że powinieneś się ze mną ożenić.

Staszek początkowo był zaszokowany, ale po kilku dniach przemyśleń doszedł do wniosku, że może wcale nie jest to taki zły pomysł. Z pozostawionymi w Tarnowie żoną i synem wiązało go coraz mniej, czytał o panującym w mieście bezrobociu i codziennych kłopotach... - Co ja tam będę robił? - zastanawiał się.

Na decyzji zaważył Mirek, który też zdecydował się zostać, informując o tym pozostawioną w Tarnowie narzeczoną. - Możesz im przecież posyłać pieniądze i będą żyli lepiej niż gdybyś wrócił i był bezrobotnym - stwierdził. O innych aspektach faktycznego porzucenia rodziny nie rozmawiali.

Od tego czasu Staszek już nie odezwał się do rodziny. Wysłał tylko kasetę wideo, na której próbował się wytłumaczyć ze swojego zachowania, obiecał pomagać finansowo i poprosił o zaoczne załatwienie rozwodu, którego koszty pokryje.

Lilka przepłakała kilkanaście dni. - Potem doszłam do wniosku, że to trochę i moja wina, bo mogłam się spodziewać się takiego obrotu sprawy. Choć z drugiej strony nigdy nie myślałam, że tak nas może zostawić. Zwłaszcza Mateusza - mówi.

Lilka dowiedziała się od znajomych, że na pół roku przed otrzymaniem rozwodu Staszek wziął ślub z Martą i urodziła im się córka. Znajomi namawiali ją, aby oskarżyła go o bigamię, ale zdecydowała, że nie będzie się mścić. Zdobyła tylko chicagowski numer telefonu Staszka i zatelefonowała. - Nie chcemy cię więcej widzieć, nigdy tu nie wracaj. Masz nam przysyłać pieniądze dopóki Mateusz się uczy. Jeżeli tego nie zrobisz, oskarżę ci o bigamię.

MWMedia

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Życie | losy | auto | Tarnów | Chicago | dziewczyna | oszustwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje