Reklama

Swingowanie: Uważaj, by nie paść ofiarą własnego libido

Nienasyceni kochankowie czasem próbują coraz to nowych rzeczy. Ale nie wszystko jest dla wszystkich... /123RF/PICSEL

Znudzeni kochankowie, goniąc za nowymi bodźcami erotycznymi, mogą łatwo paść ofiarą własnego libido. Eksperci lojalnie przestrzegają, że ten rodzaj współżycia wymaga świadomości, że wiąże się on z pewnymi niebezpieczeństwami. I nie jest dla każdego.

Reklama

Czy można uniknąć rutyny, gdy mija okres zauroczenia drugą osobą? Jak rozpalić na nowo płomień, który zaczyna gasnąć? Czy wizyta w kaplicy zmarłego ojca, jest aby na pewno najlepszym pomysłem? Eksperci nie mają uniwersalnej recepty. Są jednak zgodni co do tego, że aby relacja się rozwijała, trzeba się o nią cały czas troszczyć. A zanim zdecydujemy się na odważny krok, jakim jest swingowanie, zastanówmy się, czy udźwigniemy jego konsekwencje.

Mówi się, że rutyna to cichy zabójca relacji. Kiedy mija okres zauroczenia partnerem, a do naszego, ekscytującego niegdyś związku, wkracza nuda, bywa, że zastanawiamy się nad tym, czy relację warto w ogóle kontynuować. Motyle w brzuchu i dreszczyk emocji towarzyszący każdemu spotkaniu, czułe gesty i wyznania, powoli ustępują miejsca prozie życia. Tej natomiast daleko do ckliwych historii rodem z komedii romantycznych.

Zgubnym bywa przeświadczenie, że związek nie wymaga pracy. Jest dokładnie na odwrót. "Gdyby ludzie, którzy mówią, że w ich związku jest nudno i niefajnie, poświęcili wówczas swojej drugiej połówce choć połowę tego czasu i wysiłku, który wkładali na początku w randkowanie i spotykanie się, okazałoby się, że mają fantastyczne związki do grobowej deski. Tymczasem nam się wydaje, że jak już kogoś mamy, jak już z kimś jesteśmy, to tak będzie niezmiennie i te motyle w brzuchu pozostaną na zawsze. Nie jest tak niestety. W początkowej fazie związku wspomaga nas nasza biologia i układ hormonalny. Później trzeba włożyć wysiłek i pracę w to, by te emocje, fascynację i pożądanie podtrzymać" - wyjaśnia w rozmowie z PAP Life psycholożka i psychoseksuolożka Bianca-Beata Kotoro.

Reklama

Powodem pogorszenia jakości naszego związku bywa też lenistwo. I ciągła tęsknota za tym, co inne, nieznane. "Jako ludzie jesteśmy z natury leniwi. I dlatego poniekąd wchodzimy w różne romanse, idziemy na skróty, żeby znowu poczuć tę adrenalinę, emocje, pożądanie. To, co jest dobrze znane, zaczyna się nagle wydawać mniej atrakcyjne. Ze związkiem jest jak z paleniem w kominku - trzeba dorzucać odpowiednią ilość drewna co pewien czas, żeby ogień się odpowiednio palił. Tak samo jest z miłością i związkiem" - dodaje ekspertka.

Sposobem na ożywienie relacji bywa dla niektórych swingowanie. Termin ów wywodzi się od angielskiego słowa "swing" (huśtać się, kołysać). Jak wyjaśnia na łamach swojej książki "Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie" seksuolog Andrzej Depko, oznacza on "podejmowanie zachowań seksualnych w kręgu znajomych lub z obcymi ludźmi. Formy tych zachowań mogą być różne: od kontaktów seksualnych z drugą parą przez seks z wieloma osobami aż do orgii seksualnej".

Dostępne statystyki nie dostarczają nam jasnych danych na temat faktycznej liczby swingersów. Widać jednak coraz powszechniejszą tendencję do podejmowania mniej typowych zachowań seksualnych i eksperymentowania w sypialni w większym gronie. Czy swingowanie może być sposobem na urozmaicenie intymnego życia i podtrzymywanie ekscytacji w związku? Owszem, ale pod pewnymi warunkami.

"Jeżeli dwie strony - dorosłe i świadome tego, na co się decydują - robią to z własnej woli, nie pod przymusem, to wszystko jest w porządku. Zjawisko swingowania nie jest zresztą zjawiskiem nowym. To są zachowania, tendencje, które zawsze były obecne w świecie. Klasyfikacje czy nomenklatura są pewną nowością. Jeżeli to jest umowa partnerów, których coś takiego "kręci", powiedziałabym: tak, oni dadzą radę swingować, to będzie ich kawałek świata, na jasnych, bez przymusowych zasadach. Najważniejsze jest to, żeby być świadomym konsekwencji, robić to z własnej woli i chęci, a nie pod niczyim naciskiem czy poczuciem, że nie mam wyboru" - tłumaczy Kotoro.

Pewne pomysły powinny jednak najczęściej pozostać w sferze fantazji. Konfrontacja z nimi w realnym świecie może być bowiem druzgocąca. "W swojej pracy zawodowej spotykam się z ludźmi, którzy ustalili między sobą, że będą swingować, ale tak naprawdę okazało się w konsekwencji, że był to efekt nacisku jednej ze stron. Wyobrażenie i fantazje a rzeczywistość - to dwie odległe rzeczy. Niektórzy po takich eksperymentach nie potrafią znieść tego, co zaczyna się z nimi dziać. Myślą sobie: "Jak to, mojego ukochanego partnera ktoś inny dotyka?! On dotyka innych...." - wskazuje psycholożka.

I dodaje, że przyczyn, dla których wbrew sobie decydujemy się na takie praktyki, jest wiele. "Można czuć się zagrożonym tym, że partner odejdzie, jeśli się nie zgodzimy. Można sobie myśleć, że tak jest lepiej, niż gdyby kłamał. Możemy "wmawiać" sobie wtedy, że jest uczciwy" - zauważa. Warto zdawać sobie sprawę, że do swingowania predysponowanych jest w istocie niewiele osób. Ludzi, którzy są w stanie udźwignąć konsekwencje tego wyboru. "Tak naprawdę jest bardzo wąska grupa ludzi, którzy w pełni świadomie się na to decydują. I rozumieją, co z tego będzie wynikać. To bywa jednak ślepy zaułek" - konkluduje Kotoro.

PAP life

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje