Reklama

W pogoni za orgazmem

Tylko co 10. z nas jest oceniany przez Polki jako "świetny kochanek". Choć źle nie jest - jesteśmy w tzw. łóżku dobrzy, mogłoby być jednak lepiej.

Można przypuszczać, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że... one rzadko miewają prawdziwe orgazmy. Być może znacznie rzadziej, niż nam się wydaje.

Reklama

W badaniu przeprowadzonym przez instytut badawczy SMG/KRC Millward Brown na zlecenie firmy Polski Lek aż 55 proc. kobiet przyznało się, że udaje orgazm. Co ciekawe, dokładnie tyle samo stwierdziło, że miewa je satysfakcjonujące i prowadzi bogate życie erotyczne. Czyli 5 proc. Żeńskiej części naszej populacji może swobodnie przeżywać szczytowanie, ale mimo to czasami woli poudawać. Tylko po co?

Żeby nam zrobić przyjemność. Zwłaszcza na początku związku, choć i wtedy, kiedy zaczyna on trochę tracić początkową siłę rozpędu kobiety przekonane są o tym, że muszą się sprawdzić jako wytrawne kochanki. Wiedzą, że za najbardziej wartościowy seks uznajemy ten, kiedy i nam, i naszym partnerkom udaje się osiągnąć granice rozkoszy - tym lepiej, jeśli następuje to w tym samym momencie. Albo trochę z litości - mają sposób na połechtanie ego - czasem przemęczonego, wściekłego, niedowartościowanego - ale jednak łowcy. Czy jest więc coś przyjemniejszego dla męskiego ucha, niż zdanie: "kochanie, dziękuję, miałam cudowny orgazm"... Zwłaszcza, jeśli doda przymiotnik "falowy".

Wstyd. Efekt podobny do poprzedniego, ale powód zgoła inny. Niezbyt wprawne adeptki sztuki miłosnej często wstydzą się swojego braku doświadczenia. Wiedzą z czasopism, internetu i bardziej obeznanych w tych sprawach koleżankę, że istnieje tajemnicze odczucie, które jest do osiągnięcia przy pomocy mężczyzny - mniejszej lub większej. Z opowieści wiedzą, że wtedy ciało przechodzą konwulsje, albo tylko dreszcze, ciemnieje przed oczami, a świat zaczyna radośnie wirować. Objawy znane, wiadomo, że każda ma inaczej, więc tak naprawdę na początku nawet nie są pewne, czy udało im się przeżyć orgazm, czy też otrzymały tylko namiastkę rozkoszy. Zazwyczaj wszystko definiują jako orgazm i uparcie dążą do tego, by przekonać się, czy miały rację. I tak to lepsze w ich mniemaniu, niż przyznanie się do niewiedzy.

Udawany orgazm to też jeden z najwyraźniejszych komunikatów. "Kończ waść"... Zdaniem seksuologów tak najłatwiej wyjść z niezręcznej sytuacji, kiedy kobiecie właśnie z różnych powodów w trakcie miłosnych igraszek przeszła ochota na seks i chętnie zajęłaby się czymś innym. Niekoniecznie z człowiekiem, który wytrwale stara się namierzyć punkt G. Aż 10 proc. respondentek badania, na które się powołujemy stwierdziło, że seks jest obowiązkiem, do którego już się przyzwyczaiły, a 3 proc. określiło go jako "przykry".

Czasami bywa też tak, jak starym dowcipie: podczas rozprawy rozwodowej mąż krzyczy do prawie już byłej żony: "też już cię nie kocham, a wszystkie orgazmy udawałem!". Na złość. Zbyt błahy powód? A tok myślenia niezbyt skomplikowany: "wczoraj chciałam strasznie tę bluzkę, nie pozwoliłeś mi jej kupić. Teraz się kochamy, choć w sumie to nie mam ochoty, ale jak sobie chwilkę pojęczę - tak cichutko, to może mi ją kupisz jutro?". Albo: "w sumie to kochamy się na zgodę, powinno być miło, nawet może jest, ale jestem pamiętliwa - tak łatwo mnie nie obłaskawisz".

Orgazm udawany przez wprawne w tej materii kochanki jest praktycznie nie do odróżnienia od tego prawdziwego. Ale pocieszenia są dwa: 70 proc. kobiet uważa, że seks jest dopełnieniem satysfakcjonującego związku partnerskiego (czyli tak naprawdę: "orgazm siedzi w głowie"), a około 50 proc. mężczyzn w innych badaniach przyznało się, że... im się też zdarza udawana rozkosz.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: seks | orgazm

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje