Reklama

Tylko przeżyć: Bóg, Honor, Ojczyzna... i trauma

Żołnierz Zespołu Bojowego Charlie po zakończonym patrolu. Prowincja Ghazni, jesień 2013 /Marcin Ogdowski /INTERIA.PL

- Darek poszedł z żoną do banku załatwić proste formalności. Tłum, gwar, hałas przybijanych pieczątek przez panie "w okienkach". Nagle komuś z torby wypada paczka zapałek. W tym samym czasie coś gdzieś głośno stuknęło. Darek padł na ziemię, jakby za chwilę miała wybuchnąć bomba. Działał podświadomie, odruchowo - mówi o jednym z bohaterów swojej książki "Tylko przeżyć" pisarka Sylwia Winnik. - W Iraku znalazł kiedyś paczkę po papierosach, w których ukryty był ładunek wybuchowy.

Reklama

Łukasz Piątek, Interia: Weterani wojenni i ich rodziny są ufni wobec autorki, która chce napisać o nich książkę?

Sylwia Winnik: - Odpowiedź na to pytanie ma dwie strony medalu. Z jednej - większość z moich rozmówców bardzo się ucieszyła z naszych spotkań, bo wreszcie zgłosił się do nich ktoś, kto chciał pokazać prawdziwe oblicze polskiego żołnierza uczestniczącego w misjach zagranicznych. Druga strona jest taka, że nie każdy z panów miał ochotę wracać pamięcią do wydarzeń sprzed kilku lat, bo wiąże się z nimi ogrom emocji i nierzadko trauma. Mimo to rozmowy potoczyły się naturalnie i szybko okazało się, że pisanie tej książki to dla mnie ogromne wyzwanie i spełnienie, a dla moich rozmówców element procesu pogodzenia się z tym, co zobaczyli i w czym kiedyś uczestniczyli. Jeśli pojawiała się nieufność, mogła być ona wywołana obawą przed często pojawiającym się w Polsce hejtem, skierowanym do polskich żołnierzy i ich rodzin.

Reklama

Jakim hejtem?

- Każdy z żołnierzy, z którym rozmawiałam na potrzeby mojego reportażu, powiedział mi, że spotkał się m.in. w Internecie z hejtem dotyczącym wyjazdów na misje, a także negatywnymi komentarzami na temat całych rodzin. Oczywiście każdy z nas ma prawo do własnego zdania, ale często może się złudnie wydawać, że kryjąc się pod anonimowym nickiem, wolno wszystko. Również ranić. Nie rozmawiałam z każdym żołnierzem w Polsce, nie mogę odpowiadać za każdego z nich, za emocje czy motywacje wszystkich. Odbyłam kilkadziesiąt rozmów ze wspaniałymi ludźmi, dla których bycie żołnierzem to służba na całe życie. Podobnie jest w każdym zawodzie na świecie, czy to policjanta, nauczyciela, handlowca, lekarza, nawet dziennikarza - jedni wykonują go dla zarobku, inni na ten sam zawód spojrzą przez pryzmat czegoś głębszego, wartości, misji do wypełnienia.

- Spora grupa ludzi uważa, że polski żołnierz jedzie na drugi koniec świata tylko po to, żeby zarobić pieniądze. Coś w stylu wyceny swojego życia. Inne osoby poddają pod wątpliwość wartości, którymi żołnierz kieruje się przy podejmowaniu decyzji o wyjeździe na misje, a jeszcze inni, że żołnierz jedzie tam dla adrenaliny.

A tak nie jest?

- Na pewno nie w każdym przypadku. Oczywiście kwestie finansowe są ważne, bo każdy żołnierz ma swoją rodzinę, którą trzeba utrzymać. Zresztą każdy z nas, niezależnie od zawodu, który wykonuje, zarabia po to, by funkcjonować w codzienności. A ta codzienność to rachunki, kredyty i wiele innych. Nie ma więc nic złego w tym, że ktoś za swoją pracę, w tym przypadku służbę, dostaje wynagrodzenie.

- Co do adrenaliny - tak, coś może w tym jest. O tym opowiadają moi bohaterowie. Mówią szczerze, bez lukrowania rzeczywistości. Czasami opisują to, co dla nich ważne, by innym razem wskazać swoje błędy, a nawet wątpliwości. Ale w książce "Tylko przeżyć" pokazuję, jakie inne motywacje towarzyszą podejmowanej o wyjeździe decyzji, a także co jest głównym motywem wyjazdów moich rozmówców.

No i co nim jest?

- Wyjeżdżają, bo czują między innymi potrzebę niesienia pomocy niewinnym ofiarom wojny.

Brzmi patetycznie...

- Owszem. Na początku rozmów z moimi bohaterami też odniosłam takie wrażenie. Bo przecież Bóg, Honor, Ojczyna... Na domiar złego - nie ich ojczyzna - chciałoby się powiedzieć. Inne państwo, położone daleko, gdzieś na końcu świata. I pojawiają się dziesiątki pytań: po co żołnierze tam jadą, co czują stawiając pierwsze kroki na ziemi wojny, dlaczego zostawiają w Polsce swoje rodziny i wiele, wiele innych... Nie mam w zwyczaju oceniać, jeśli nie znam tematu, jeśli nie poznam wielu aspektów sytuacji. Dlatego, zanim podjęłam decyzję o napisaniu tej książki, postanowiłam mocno wgłębić się w rzeczywistość rodzin żołnierzy i sprawdzić, jak to jest naprawdę.

- Trzeba poznać osobiście tych ludzi, żeby przekonać się, co nimi kieruje, kiedy decydują się wyjechać na misję, narażając tam własne życie. Narażając swoje dzieci na bycie sierotami. Żony na bycie wdowami. Narażając rozpad rodziny, bo jestem przekonana, że misja wojenna coś z nich wysysa. Nigdy nie wracają jako ci sami ludzie, którymi byli przed wyjazdem. Oni to przyznają i to zauważają ich najbliżsi. Często nie chcą tego głośno powiedzieć. Bo przecież żołnierz nie płacze. A jednak te historie pokazują, że płacze i się tego nie wstydzi. Nie wstydzi się zatem i tego, że w Afganistanie czy Iraku wzrusza go widok dziecka z przerażonymi oczami, bez butów. Jest tam więc, by przyczynić się do pilnowania ładu, by stłamsić ewentualne ataki zbrojne, ale i by przy okazji pomóc niewinnym ofiarom tej wojny.

- Żołnierz to nie jest zawód, jak każdy inny. Zdecydowana większość żołnierzy, z którymi rozmawiałam, podjęła decyzję o służbie wojskowej, bo od zawsze czuła taką potrzebę. Znowu zabrzmi górnolotnie - czuli, że wojsko to misja. Bohaterowie mojej książki przebywali w miejscach, które nam - zwykłym zjadaczom chleba - ciężko w ogóle sobie wyobrazić. Mam na myśli warunki bytowe ludzi, których kraj jest lub był ogarnięty wojną. Wielu z nich opowiadało mi o dzieciach, które muszą się odnaleźć w takich warunkach. I nie mają innego wyjścia. Dzieci w Afganistanie czy Syrii w ogóle nie znają innego życia, bo urodziły się, kiedy wojna już trwała. Znają wyłącznie świat, w którym bieda i świst pocisków to codzienność. Same często są szkolone do walki. Wpaja im się ideologię tak doskonale znaną w tamtych terenach. Pewien żołnierz opowiadał mi, że kiedy dał afgańskiemu dziecku pluszowego misia, ono nie wiedziało, do czego służy ten przedmiot - do picia, jedzenia, przytulania? Tak wygląda świat. Taka jest wojna. Nie mówimy o tym często. Dlaczego? Bo nam jest wygodniej i bezpieczniej, więc lepiej udawać, że wszystko jest w porządku.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje