Reklama

Z nędzy do pieniędzy. Czy e-sport to kraina baśni?

Tyler "Ninja" Blevins - jeden z najpopularniejszych gamerów i streamerów podczas rozgrywek na TwitchCon 2018 /Robert Reiners / Stringer /Getty Images

W Fortnite’a gra jakieś 250 milionów ludzi, dobre 3 procent ludności całego świata, a pełne 40 milionów uczestniczyło w internetowych kwalifikacjach Fortnite World Cup, które zredukowały liczbę rywali do zaledwie stu - zatem do finału dostało się 0,00025 procent rywali. Konkurencja była tak silna, że nawet Tyler "Ninja" Blevis, najsłynniejszy na świecie streamer Twitcha i gracz w Fortnite’a (a można też twierdzić, że najsłynniejszy gracz w esporcie, ot co!), nie zdołał zakwalifikować się do finału. 

A jednak mimo tak nikłych szans Bugha odniósł sukces. To zwycięstwo wprowadziło go natychmiast do elitarnej grupy zawodników esportowych, którzy zarobili ponad milion dolarów w samych nagrodach pieniężnych, a wręcz prosto do pierwszej ich dziesiątki. Z nędzy do pieniędzy. 

Reklama

Wyrażenia "z nędzy do pieniędzy" używam tu swobodnie. Nie chcę nic sugerować w sprawie warunków, w jakich wychowywał się Bugha, mam na myśli tylko to, że większość szkolnych dzieciaków nie ma pod ręką 3 milionów dolarów, a tu nagle ten jeden ma. W tym właśnie sensie jego zwycięstwo jest historią skoku z nędzy do pieniędzy, czymś, co uwielbia każdy reporter i redaktor prowadzący.

Gdyby to jednak zależało ode mnie, nie taką historię bym opowiadał. Zwiększony napływ pieniędzy do branży jest zwykle zjawiskiem korzystnym, a studio Epic Games z pewnością ma ich teraz mnóstwo. Ich dystrybucja musi jednak być zdrowa. Historie Kopciuszka niekoniecznie są tym, czego najbardziej potrzebuje funkcjonowanie branży esportu  - będę wiedział, że osiągnął on już poziom sportów tradycyjnych, gdy Fortnite World Cup stanie się imprezą równie ugruntowaną jak US Open, kiedy takie cudowne historie przestaną się powtarzać co parę miesięcy. 

Wyrażenie "z nędzy do pieniędzy" oznacza bowiem w gruncie rzeczy, że w naszej branży wciąż albo się ucztuje, albo głoduje.

Choć już wiele czołowych firm sponsoruje zespoły i turnieje, większość zawodników wciąż żyje - i walczy - w warunkach gospodarki zbieracko-łowieckiej. Żadnej uzupełniającej produkcji rolnej, żadnej wymiany towarowej, żadnego odkładania czegokolwiek, by plemię mogło przetrwać zimowe miesiące. Zabij albo daj się zabić. 

Kto chce być profesjonalnym graczem, musi się zastanowić, jak zdoła zarobić na życie w tak surowym środowisku, a dopiero później wyobrażać sobie, że ściska najcenniejsze trofeum. Bugha ze swoim wzlotem jest wyjątkiem  - niemal zawsze najpierw jest żmudna praca, a żeby się trudzić, trzeba sobie zapewnić środki utrzymania, co obecnie jest prawdziwym wyzwaniem. 

W esporcie jest dziś niewątpliwie mnóstwo pieniędzy, więcej niż kiedykolwiek, jeśli jednak mamy zapewnić naszej branży dalszy zrównoważony wzrost, musimy zacząć rozdzielać je odrobinę sensowniej. Żeby to zrozumieć, trzeba najpierw poznać realia zarabiania na życie, z jakimi ma do czynienia zawodowy gracz.

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje