Reklama

Rahim: Ogrodnik to aktor totalny, ale bałem się, że tego nie udźwignie

"Maciek, k***! Coś ty tu napisał? W moim domu nie godajom po ślonsku! Byłem wściekły" - opowiada o filmie biograficznym "Jesteś Bogiem" Rahim /materiały prasowe

Obejrzeliśmy wersję niepokolorowaną, bez wgranych offów i w pięciu procentach inaczej zmontowaną. Ale to generalnie było to. To był ten film. Czuliśmy się zestresowani. Nasza wyobraźnia podsuwała nam wizje klęski. Jeżeli okazałoby się, że film jest spieprzony, to na tym etapie nie byliśmy w stanie już nic poprawić. A co, jeżeli nas źle zagrali? A co, jeżeli cała opowieść nie działa? Zaczęliśmy oglądać. Trochę się śmialiśmy, trochę nas to bawiło, ale ostatnie sceny "Jesteś Bogiem" skończyliśmy w absolutnej ciszy - wspomina w Sebastian "Rahim" Salbert w książce "Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia".

Trudno znaleźć w Polsce kogoś, kto nie słyszał nazwy Paktofonika. Kiedy w 2012 roku do kin trafił film biograficzny o historii legendarnego trio, "Jesteś Bogiem", całe pokolenia przypomniały sobie o ludziach, którzy współtworzyli w naszym kraju scenę rapową. Nie ma na niej nikogo, kto wiedziałby kim jest Magik, Fokus i Rahim. 

Ten ostatni do spółki z Przemkiem Corso postanowił podzielić się swoimi wspomnieniami w książce współtworzonej z Przemkiem Corso. Historiami o Paktofonice, Pokahontaz, wytwórni MaxFloRec czy wreszcie o "Jesteś Bogiem". O wielkim sukcesie i wyboistej drodze, która do niego prowadziła. Szczerze i bez ogródek, tak jak ma to w zwyczaju.

Fragment pochodzi z książki Sebastiana "Rahima" Salberta i Przemka Corso "Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia", która nakładem Wydawnictwa SQN ukazała się 17 listopada

Ej, Rahim! A ty w ogóle lubisz ten film? W sensie "Jesteś Bogiem"? Jasne, że tak. Bardzo go lubię. Bardzo się go jednak bałem. Bałem się go już na poziomie scenariusza. Pamiętam, jak dostałem tekst od Maćka, przeczytałem dwie pierwsze strony i powiedziałem mniej więcej tak: - Maciek, k***! Coś ty tu napisał? W moim domu nie godajom po ślonsku! - Byłem wściekły. Maciek pokonał mnie swoim stoicyzmem. - Rahim, spokojnie - odparł niewzruszenie. - To film fabularny. Musisz tak do tego podejść.

Reklama

I zgrzytając zębami, przeczytałem tekst od deski do deski; wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, czym tak naprawdę jest konstrukcja filmu fabularnego i dlaczego trzeba iść na kompromisy. - Maciek, to jest zajebiste. To dobra historia - przyznałem. Kiedy wyłączyłem krytycyzm i dałem się porwać samej historii, wszystko nagle zrozumiałem. Musiałem przestać traktować siebie jako punkt odniesienia i zacząć patrzeć na bohaterów jak na elementy historii. Bo chodziło o dobrze skonstruowaną opowieść. Jakby tego było mało, naszą trójkę zagrało trzech genialnych aktorów młodego pokolenia: Marcin Kowalczyk, Tomek Schuchardt i Dawid Ogrodnik. To zasługa Leszka Dawida, bo ich wybrał, oraz Maćka Pisuka, bo on wybrał Leszka.

Ale to Maciek najwięcej przecierpiał, najwięcej się napracował, to on w zasadzie niósł ten krzyż na Golgotę, ale też od początku miał rację. Dobrze, że mu zaufaliśmy. Rozumiecie teraz trochę lepiej, jak rzeczy w życiu są ze sobą powiązane? Również pracowałem przy "Jesteś Bogiem" - spędziłem mnóstwo czasu nad ścieżką dźwiękową do filmu. Sporo godzin przegadałem również z aktorami, bo każdy chciał mnie podpytać o różne rzeczy związane z tą historią. Co zrobił Fokus? A jak Magik zareagował? A co ty na to? A jak było naprawdę?

Pracowali bardzo ciężko i pragnęli to zrozumieć, wczuć się w całą historię. Chcieli wiedzieć, kim byli ludzie, których mają zagrać, co doprowadziło do sytuacji, które zostały opisane w scenariuszu. Najwięcej czasu - co wydaje się oczywiste - pracowałem z Dawidem Ogrodnikiem, który miał zagrać Sebastiana Salberta. Szczerze? Na początku Ogrodnik kompletnie mi nie pasował do tej roli. W końcu znałem Sebastiana całe swoje dotychczasowe życie i miałem wrażenie, że Dawid kompletnie go nie przypomina. W dodatku rapował najsłabiej z całej trójki głównych aktorów. Pewnie jednak traktowałem to wtedy zbyt osobiście. Czas miał zweryfikować moje wrażenia.

Dojeżdżałem do studia w Warszawie podczas nagrywania offów do filmu i "rapowanek" w wykonaniu aktorów. Marcin Kowalczyk, który zagrał Maga, radził sobie zdecydowanie najlepiej i dało się wyczuć, że to jego muza, że tego słuchał, że to było dla niego ważne. Dawid Ogrodnik z kolei po prostu uczył się być mną, ale nie miał z rapem kompletnie nic wspólnego. Pewnego dnia pojawił się w studiu - a przygotowywał się już wtedy do roli w filmie "Chce się żyć" - i siedział na krześle z podkurczonymi rękoma, wyglądając, jakby miał porażenie mózgowe. Pamiętam, w jakim byłem wtedy szoku.

materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje