Reklama

​Po pierwsze, przeżyć. 25 lat "Resident Evil"

7 maja 2021 na półkach sklepowych zawitała ósma pełnoprawna część cyklu Resident Evil. Po drodze gier, filmów i seriali było jednak znacznie więcej /materiały prasowe

Jak doszło do apokalipsy zombie? Kosmiczne promieniowanie, zwyczajny ludzki błąd, a może kara boska? Popkultura, choć zawzięcie szuka odpowiedzi od lat, nie jest ani trochę bliżej rozwiązania, niż była. Mało tego. "Resident Evil" do kropki zawsze dopisuje pytajnik.

Reklama

Bo kiedy kończymy którąkolwiek grę z tasiemcowej serii i wyjaśnia się jedno, to kolejne zagwozdki mnożą się niczym rozpaćkani mutanci i gnijące trupy, które nęci zapach naszego niekoniecznie mądrego, ale nieodmiennie pysznego mózgu. Japońscy spece z Capcom umiejętnie, już od ćwierćwiecza, grają nam na nosie, niby z każdą częścią odsłaniając kulisy tajemnic, jakimi opleciony jest świat "Resident Evil", tylko po to, żeby zaraz przygotować grunt pod kolejną intrygę. A co się nie zmieści do głównej serii, i tak obszernej, to się dopakuje do któregoś spin-offu. 

Reklama

Nie powinno dziwić, że po tak długim czasie fabuła cyklu, która odznacza się godną podziwu ciągłością, zasupłała się niczym węzeł gordyjski, ale podjęto dość eleganckie próby jej naprostowania. Odpalono bowiem równolegle remaki — na razie od nowa przemodelowano drugą i trzecią odsłonę cyklu — które porządkują scenariuszowo ten charakterystyczny dla lat dziewięćdziesiątych rozgardiasz. Zresztą wydaje się, że na wysokości szóstej odsłony, pomijam owe odpryski od głównej serii, twórcy nieco się ogarnęli, strzelili mocną kawkę i trochę się przebudzili, bo siódemka i mająca dzisiaj swoją premierę ósemka to już znacznie bardziej poukładane gry. Lecz o nich za moment, cofnijmy się do sądnego roku 1996.

Wtedy to bowiem żywot rozpoczęła niebawem bestsellerowa seria gier, która długo kazała graczom strzelać do zombie i wojować z organizacją Umbrella. Korporacja ta, szukając idealnej broni biologicznej, sprowadziła katastrofę na miasto Raccoon City, gdzie, zależnie od dokonanego przez nas wyboru, dzielni żołnierze, policjanci albo komandoski toczyły boje z żywymi trupami i niekoniecznie humanoidalnymi organizmami zmutowanymi na skutek działania wirusa. 

Pierwsza gra z cyklu, "Resident Evil", była zaproszeniem do nawiedzonego domu, gdzie straszyły jednak nie duchy, a potwory. Owa gra z konwencją pozwoliła na swoiste skodyfikowanie zasad tak zwanego survival horroru, którego pierwszymi jaskółkami były słynne "Alone in the Dark" oraz mniej znane "Sweet Home". Za ten drugi tytuł odpowiedzialny był zresztą Tokuro Fujiwara, który stworzył także, do spółki z Shinjim Mikamim, omawianą tutaj serię. 

Gra, której bohaterami byli członkowie elitarnego oddziału zrzuceni w sam środek koszmaru, okazała się sukcesem tak dużym, że jeszcze przed końcem dekady powstały dwa sequele (to one doczekały się niedawnego odświeżenia i uporządkowania). Akcję z rozległej posiadłości na obrzeżach miasta przeniesiono do jego centrum, a same gry dopakowano dynamiczną akcją rodem z hollywoodzkiego blockbustera. I w tym kierunku "Resident Evil" podążało przez kolejne lata.

Przy części czwartej, bardzo dobrej, całkowicie zmieniono setting i perspektywę, odświeżono gameplay i przestawiono akcenty, odchodząc od czystego survival horroru na rzecz frenetycznej strzelaniny, a przy piątej wykonano krok dalej. Tam już chodziło tylko i wyłącznie o szybkie naciskanie spustu, do tego można było nawet dokooptować do zabawy drugą osobę. 

Mimo że piątka sprzedała się świetnie, to jednak fani kręcili nosem, że seria radykalnie odcina się od swoich korzeni. Dlatego szóstka, która zaoferowała parę scenariuszy do wyboru, mających chyba pogodzić wszystkich, okazała się być dla nikogo. Nie była zła, lecz nie sprawdzała się zupełnie jako część uniwersum "Resident Evil". 

Stary (nie)dobry klimat powrócił dopiero z następną częścią, ale zatrzymajmy się jeszcze na chwilę. Bo pomiędzy wszystkimi odsłonami opatrzonymi numerkami, pod tym szyldem ukazało się jeszcze kilkanaście innych gier, z których na uwagę zasługują na pewno niezłe spin-offy "Code: Veronica" i "Revelations" oraz prequel "Resident Evil Zero", wszystkie kanoniczne. Do tego jeszcze Capcom wydało kilka strzelanek na pistolet oraz parę pozycji obliczonych chyba już tylko na osuszenie portfeli, a przez to niegodnych wzmianki.

Z kolei "Resident Evil 7: Biohazard", choć nie ignorował wydarzeń z poprzednich części, był dla cyklu kolejnym otwarciem. Zaprezentowano nowego bohatera, zupełnego everymana, a akcję przeniesiono na mokradła Luizjany, gdzie gracze zetknęli się z nowym zagrożeniem. Koniec z trupami, witaj Pleśni! Korporacja Umbrella działa po stronie naszych, ale to mała pociecha, bo inni też potrafią, lepiej lub gorzej, bawić się genami. Capcom specjalnie na potrzeby gry opracował mocny autorski silnik, RE Engine, co pozwoliło na pokazanie akcji z perspektywy pierwszoosobowej (odważni mogli nawet założyć gogle VR). I takiego odświeżenia konwencji potrzebowała seria. 

Nowa część, "Resident Evil Village" (w tytule skrzętnie ukryta jest rzymska ósemka), korzysta z tego samego szkieletu, ale proponuje graczom istny karnawał, bo choć lwia część fabuły osadzona jest w owej wiosce, to strachy kryją się na przyległych do niej terenach, a każdy etap kryje interpretacje klasycznego motywu grozy: jest tam wampirze zamczysko, jeziorko jak u Lovecrafta, fabryka produkująca frankensteinowskie monstra i domostwo z żywymi lalkami.

Pewnie nieprzypadkowo za oczywistą inspirację posłużyła część czwarta, bo to trochę jak powrót do starych dobrych czasów, a jednocześnie już docięty do wymagań posiadaczy konsol kolejnej generacji i przyzwyczajonych do nowej twarzy "Resident Evil". Capcom podniosło poprzeczkę i znowu stanęło na rozstajach dróg. Poprzednio wybrany zły kierunek i nie skończyło się to pomyślnie, acz błędy naprawiono. 

Jak będzie tym razem, dowiemy się za kilka lat. Lecz to nie jedyny lifting, jakiego doczekała się marka, bo po serii kasowych, acz marnych blockbusterowych spektakli, które mało miały wspólnego z fabułą i mroczną atmosferą gier, po prawa do "Resident Evil" sięgnął Netflix. Streamingowy gigant stworzy nie jeden, a dwa seriale, animowany, z postaciami z gry, oraz aktorski, na temat którego dostępne są nieśmiałe przecieki i na razie trudno orzec, co i kogo tam zobaczymy. Tak czy siak, dla "Resident Evil" rozpoczyna się nowy rozdział.

Bartek Czartoryski


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje