Reklama

​O końcu świata z uśmiechem. Rozmawiamy z twórcami "Łasucha"

Christian Convery i Jim Mickle /materiały prasowe

Numer jeden na Netflixie to nie byle co. Serial "Łasuch" z miejsca podbił serca publiczności i wylądował na samym szczycie najpopularniejszych propozycji platformy. O tym, dlaczego pandemiczna opowieść o chłopcu z porożem tak zaskoczyła, rozmawiamy z twórcami.

Brzmi znajomo: śmiercionośna pandemia dziesiątkująca ludzkość, panika, nieufność, litry płynu do dezynfekcji i maseczki na twarzach. Tyle że kiedy my się, miejmy nadzieję, podnosimy, tamci dawno już upadli. Postapokaliptyczny krajobraz z "Łasucha" nie jest jednak wynikiem refleksji na temat tego, co by było, gdyby, ale adaptacją komiksu Jeffa Lemire’a z 2009 roku. Kanadyjski scenarzysta i rysownik nie zamierzał jednak prorokować, jego dzieło to raczej opowieść o odchodzeniu ludzkiej rasy, która zostaje zastąpiona hybrydami. Bo Lemire wymyślił sobie tak, że od wybuchu globalnej epidemii rodzą się wyłącznie dzieci-sowy, dzieci-świnki czy dzieci-borsuki.

Reklama

Gus, główny bohater komiksu, ma z kolei geny jelenia i poroże. Brzmi dziwacznie, bo i jest dziwacznie, ale nie jest to wyłącznie kwestia estetycznego wyboru Lemire’a i pomysł ten ma swoje uzasadnienie. Można go odczytywać jako swoistą metaforę powrotu do natury, koniec rozdziału historii planety, którego bohaterem jest człowiek. Oryginalny "Łasuch" to jednak opowieść mroczna, ponura i dramatyczna, której chyba nie przetrawilibyśmy łatwo dzisiaj, gdy sami odczuwamy skutki pandemii. Dlatego Jim Mickle, autor serialowej adaptacji, zrobił niemalże stuosiemdziesięciostopniowy zwrot. Rozjaśnił tę szarą przyszłość, wykorzystując komiksowy fundament dla opowieści o przyjaźni i, mimo wszystko, nadziei. Można się krzywić, że ugrzecznił pierwowzór, że przerobił go na serial na całej rodziny, dlatego zapytałem i jego, i Lemire’a, i producentkę Beth Schwartz co, ich zdaniem, tak naprawdę czyni z "Łasucha"... "Łasucha".

"Na pewno w dużej mierze sama postać Gusa, który, choć na ekranie zderza się z nieco innymi problemami, jest tym samym Gusem z komiksu", mówi Lemire. "Okoliczności się zmieniły, ale chłopak pozostał praktycznie taki sam. Poza tym fabularnym rdzeniem tej opowieści jest jego relacja z Jeppardem, tarcia między nimi, co zostało zachowane. To kluczowe elementy". Aby jednak było to możliwe, zmienić się musiał i sam Tommy Jeppard, potężny chłop, który samotnie przemierza zdziesiątkowane przez zarazę Stany. Co zaskakuje jego samego, decyduje się pomóc chłopcu dotrzeć do Kolorado, gdzie, jak tamten sądzi, znajdzie matkę. Gus, wychowywany przez ojca z dala od cywilizacji, po jego śmierci zderza się jednak ze światem kompletnie mu obcym i jego mimowolnym przewodnikiem staje się Jeppard. "Chcieliśmy trzymać się tej komiksowej perspektywy, gdzie nieświadomy Gus przygląda się i dziwi się światu po apokalipsie i było to ciekawe wyzwanie" mówi Jim Mickle. "Jeff wydał swój komiks w 2009 roku i dzisiaj, tyle lat później, mamy zupełnie inne spojrzenie na świat. Nastąpiły ogromne zmiany, zwłaszcza technologiczne, dlatego ciekawie było patrzeć oczyma Gusa, chłopaka, który nie zna internetu".

Serial stał się tym samym, jak mówi Beth Schwartz, producentka, "opowieścią o dorastaniu dotykającą tematu znalezienia rodziny, z którą jednak nie muszą nas łączyć geny". I faktycznie, bo ewidentnie postawiono sobie za cel roztoczenie wizji może nie hurraoptymistycznej, przecież nadal mamy do czynienia z, jakby nie było, końcem świata, ale przywracającej nadszarpniętą wiarę w drugiego człowieka. Owa zmiana tonacji nie odjęła, na szczęście, "Łasuchowi" siły; to nadal mocne uderzenie. Zresztą, jak mówi Mickle: "Jeff nigdy nie bał się dokręcić śruby i mam szczerą nadzieję, że sceny z naszego serialu, choć na pewno pokazane inaczej, dostosowane do młodszego odbiorcy, będą niosły ten sam ładunek emocjonalny". Nie udałoby się to bez znakomitego castingu, począwszy od Christiana Convery’ego, zaledwie jedenastolatka, którego rola jest ożywcza i pełna niemalże słonecznej energii ("Jesteśmy z Gusem identyczni, nie licząc faktu, że to chłopiec-jeleń", powiedział mi Christian. "Obaj szalejemy za słodyczami, kochamy przygody, uwielbiamy biegać i skakać, mógłbym tak długo wyliczać. Dlatego nie musiałem tak naprawdę wyjątkowo się wysilać, udawać kogoś innego. Pomijając może wykorzystanie tych moich zwierzęcych umiejętności, ale przynajmniej miałem okazję poczytać trochę o jeleniach)".

Swoistą przeciwwagą dla Gusa, Jepperda i ich towarzyszki, Niedźwiedzia, są tak zwani Ostatni Ludzie, grupa zawiadująca kawałem kraju i próbująca opracować lek na Przypadłość. Kosztem hybryd. Ich dowódcą jest grany przez Neila Sandilandsa generał Abbot. Zapytałem aktora, czy jego czarny charakter zdaje sobie sprawę z tego, że... jest czarnym charakterem. "Bardzo dobre pytanie, ale nie mam pojęcia, czy psychopata może być w ogóle świadomy tego, że jest psychopatą", mówi Sandilands. "Mam jednak taką myśl, że, aby dowiedzieć się, czym jest absolutne dobro, należałoby spróbować zapytać o definicję faceta, który siedzi w celi śmierci za potrójne zabójstwo. I odwrotnie, kiedy chcesz się dowiedzieć, czym jest najczarniejsze zło, zapytaj papieża. Zło nie ma jednego wymiaru, zawsze kryje się we wszystkim coś więcej. Abbot jest na pewno święcie przekonany, że robi dobrze". Sandilandsowi towarzyszy niechętny dalszemu okrucieństwu, lecz walczący o życie doktor Singh ("Singh zostaje wciągnięty w ten świat, niejako nie ma wyboru, musi robić to, co robi", komentuje Adeel Akhtar, odtwórca rzeczonej roli). Lecz to nie wszystkie wątki, jakie serial podejmuje, jest jeszcze Aimee Eden, była psychoterapeutka, która założyła azyl dla hybryd, ostatecznie odnaleziony przez Ostatnich Ludzi.

Co prawda oficjalna decyzja o realizacji drugiego sezonu nadal nie zapadła, wydaje się to jedynie formalnością. Interesujące jest, jakimi ścieżkami Mickle poprowadzi fabułę, bo u Lemire’a koniec był chyba bardziej gorzki niż słodki. Poza tym, choć Kanadyjczyk zarzekał się, że "Łasuch" to dla niego zamknięta sprawa, przez ostatnie pół roku, zainspirowany serialem, wydawał zeszyty składające się na kontynuację. Raczej nie zobaczymy prędko ich adaptacji, bo osadzone są długo po wydarzeniach z oryginalnej serii, lecz pozostaje liczyć, że zostaną przełożone na polski. Cóż, może i tata Gusa rysował mu dziecięce książeczki, ale komiksy lepiej pozostawmy specjalistom.

Bartek Czartoryski

materiał zewnętrzny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje