Reklama

Netflix: Ciężkie początki giganta, któremu wieszczono niepowodzenie

Od wypożyczalni DVD do serialowego giganta. Droga, którą przebyli założyciele Netflixa była bardzo długa /Mario Hommes/DeFodi Images /Getty Images

Reklama

(...)

Kiedy wyszliśmy wreszcie z biura, wszystko było już gotowe do wtorkowego ogłoszenia. Te spisała tekst oświadczenia dla prasy, którego tytuł brzmiał Netflix pozwala swoim klientom dorzucić dwa centy do sprawy zeznań Clintona.

Reklama

Scotts Valley, Kalifornia

Netflix, pierwsza na świecie internetowa wypożyczalnia i sklep DVD, oferuje nagranie "Zeznań prezydenta Billa Clintona przed Wielką Ławą Przysięgłych" na DVD za jedyne dwa centy plus koszty wysyłki. Oferta jest dostępna wyłącznie dla klientów platformy internetowej www.netflix.com. Czołowy sprzedawca DVD w internecie początkowo wystawił płytę na sprzedaż za 9,95 dolarów i 4 dolary za wypożyczenie, ale postanowił w ten wtorek oferować ją wyłącznie w sprzedaży i obniżyć cenę do zaledwie dwóch centów, by zachęcić obywateli do zapoznania się ze szczegółami tak ważnej dla historii kraju sprawy.

"Kongres opublikował te materiały, by miało do nich dostęp jak najwięcej ludzi - powiedział Marc B. Randolph, szef Netflixa. - Oferując pełne nagranie zeznań Billa Clintona na DVD za jedyne dwa centy, naszym zdaniem umożliwiamy dostęp do nich praktycznie każdemu posiadaczowi odtwarzacza DVD w kraju, by mógł się z nimi zapoznać i wyrobić sobie własną opinię. Oprócz tego uważamy, że właśnie technologia DVD, pozwalająca użytkownikowi z łatwością przeskakiwać z jednego miejsca w drugie, stanowi idealne medium do oglądania tego typu materiału".

Czy ten kraj nie jest wspaniały?

Tymczasem Christina zbudowała specjalną podstronę naszego serwisu internetowego, a Eric dokończył szykowanie ustawień systemu, by ten poradził sobie z nadchodzącymi zamówieniami. Jim stworzył tanią i lekką kopertę do wysyłki. Mitch czekał w Media Galleries, by zająć się tłoczeniem kopii, gdy tylko będzie gotowy oryginał. Miał je od razu przywieźć do siedziby.

Byliśmy zwarci i gotowi.

Kiedy Mitch zadzwonił o siódmej we wtorkowy poranek, sprawiał wrażenie zmęczonego.

- Chcesz najpierw dobre czy złe wieści? - zapytał. Nie czekając na moją odpowiedź, ciągnął: - Wreszcie udało się dokończyć konwersję kilka godzin temu i płyta działa bardzo dobrze na Sony i Mitsubishi. Za to nie odtwarza się na sprzęcie Panasonica i Toshiby. Zaczynamy od nowa.

O dziesiątej zaraportował:

- Teraz działa na Panasonicu i Toshibie, ale nie na Sony. Zaczynamy od nowa.

Kiedy spojrzałem na telefon wczesnym popołudniem, zauważyłem nieodebrane połączenie z godziny czternastej. Nagrał mi krótką wiadomość na poczcie.

- Wreszcie skończyliśmy. Mamy już wersję działającą na wszystkich odtwarzaczach i właśnie kończą wypalanie płyty matki. - Po głosie dało się poznać, że był już wykończony. - Jadę zaraz do Fremont, żeby zająć się tłoczeniem kopii.

Gdy udało mi się do niego dodzwonić, było już wpół do piątej. W tle słyszałem stukanie maszynerii.

- Zaraz skończymy tłoczenie pierwszych dwóch tysięcy egzemplarzy. Muszę już tylko zawieźć je do nalepienia etykiet i gotowe. Powinieneś dostać je późnym popołudniem.

- Mitch! - wrzasnąłem. - Bierz je i przyjedź do domu. Wyślemy bez etykiet.

Nastała długa chwila ciszy. Maszyny nadal szumiały w tle.

- Dobra. Niedługo będę.

Wypuściliśmy nasze ogłoszenie, serwisy internetowe już przekazywały je dalej, a my z Reedem odbywaliśmy właśnie zebranie firmowe o wpół do szóstej, kiedy otworzyły się drzwi i do naszej siedziby wszedł Mitch. Miał poplamioną i pogniecioną koszulę, a na twarzy trzydniowy zarost. Włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach. Powiedziałbym, że wyglądał, jakby dopiero co wstał z łóżka, ale prawdą było coś wręcz przeciwnego: nie spał od niemal siedemdziesięciu dwóch godzin.

Niemniej trzymał w ręku coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Przypominało rolkę dropsów, tylko takich w wersji XXL. Rolka miała ponad pół metra długości i prawie trzynaście szerokości. Dopiero kiedy lepiej się jej przyjrzałem, dotarło do mnie, że trzymał pięćdziesiąt płyt nałożonych na długą i wąską plastikową tubę. Pierwszy raz widziałem szpulę.

Mitch wyglądał jak kupa, ale wykrzesał w sobie jeszcze odrobinę energii, żeby uśmiechnąć się szeroko, kiedy cała firma zaczęła głośno klaskać. Oto sprowadził Billa Clintona do domu.

Szkoda, że historia nie skończyła się na tamtej scenie. Mogłaby wyglądać tak: prawie pięć tysięcy nowych klientów (z których każdy był właścicielem odtwarzacza DVD) przy niecałych pięciu tysiącach dolarów kosztów. Do tego obecność na łamach New York Times, Wall Street Journal, Washington Post oraz USA Today. Takiej uwagi nie zwróciłaby na siebie chyba nawet Jessica Simpson.

Niestety rzeczywistość wyglądała inaczej. W następny poniedziałek Corey złapał mnie, gdy wchodziłem właśnie do biura.

- Hej, w ten weekend na forach pojawiały się jakieś dziwne komentarze. - Obrócił się do swojego komputera, na którego ekranie właśnie wyświetlała się jakaś dyskusja, i zaczął nerwowo przewijać. - Widzisz? O tutaj. I tutaj. I jeszcze tu. Wszyscy utrzymują, że niby wysłaliśmy im jakieś porno.

Usiadłem, żeby na to spojrzeć. Od razu poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Ludzie zdecydowanie rozmawiali na temat DVD z Clintonem. Jednak gdy twierdzili, że materiał na płycie zawierał treści pornograficzne, nie mieli na myśli tego, że zeznania prezydenta momentami nadawały się tylko dla widzów dorosłych. Nie, rzekomo wysłaliśmy im prawdziwe, pełnowymiarowe filmy pornograficzne.

- Spróbuj sprawdzić, jak często się to powtarza - krzyknąłem do Coreya, pędząc już do sejfu, gdzie Jim i jego ludzie właśnie próbowali rozeznać się w zamówieniach, które spłynęły w nocy.

- Jim - wydyszałem, zziajany. - Trzeba na razie zawiesić wysyłkę Clintonów.

- Co się stało? - Posłał mi ten uśmiech. - Mamy już czterdzieści z wczorajszego popołudnia zapakowanych i gotowych do wysłania dzisiaj. Te też mamy na razie zatrzymać? Czy puścić?

- Zatrzymaj wszystko - powiedziałem, a potem szybko wytłumaczyłem mu, co i jak, i pobiegłem do Christiny i Te.

Jim dołączył do nas jakieś pół godziny później.

- Na tym polega problem, szefie - oznajmił. - Widzisz? - Pokazał mi dwie płyty. Na pierwszy rzut oka wydawały się identyczne. - Pochodzą z dwóch różnych szpul, ale powinny być identyczne, jednak jak dobrze się przyjrzysz, zauważysz, w którym miejscu ta - wręczył mi jedną z nich - minimalnie się różni. Na tej nagrali pornola. Wygląda na to, że mamy ich dwie szpule. Jedna z nich została cała rozesłana. Na drugiej zostało jeszcze jakieś kilkanaście sztuk.

- Oglądałeś już...? - Nie wiedziałem, jak właściwie zadać to pytanie.

I znowu ten uśmiech.

- Tak. Powiedzmy, że obejrzeliśmy z chłopakami wystarczająco dużo, by wiedzieć, kto jest sprawcą.

Tamtego wieczoru wróciłem do ciemnego już domu. I dzięki Bogu. Nie chciałem tłumaczyć się Lorraine z tego, co musiałem zrobić. Włączyłem telewizor, uruchomiłem odtwarzacz DVD i włożyłem płytę. Kiedy zaczęła się obracać i na ekranie pojawił się obraz, od razu wiedziałem, że bohaterami oglądanego przeze mnie filmu nie będą Bill Clinton czy Monica Lewinsky, ani nawet Ken Starr. To był film pornograficzny, do tego dość paskudny. Nie musiałem dłużej go oglądać (i nie zrobiłem tego, przysięgam).

Mogliśmy wiele wygrać, a tak zaliczyliśmy spektakularną wtopę. Tak już jednak bywa, gdy się chce realizować marzenia - trzeba się liczyć z tym, że wiele prób się nie powiedzie.

Następnego dnia zrobiłem jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić. Podobnie jak Bill, do wszystkiego się przyznałem. Wysłaliśmy list do każdej z niemal pięciu tysięcy osób, które wpłaciły dwa centy. Wyjaśniliśmy, co się stało, i przeprosiliśmy za zamieszanie oraz wszelkie niedogodności. Poprosiliśmy też, by odesłali nam płytę z pornografią, jeśli taką otrzymali, a my zwrócimy koszty wysyłki i z radością przekażemy im właściwe DVD.

Najzabawniejsze było to, że nikt nie zgłosił się z reklamacją.

Fragmenty pochodzą z książki Marca Randolpha "Netflix. To się nigdy nie uda" wydanej przez wydawnictwo SQN.

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje