Reklama

Netflix: Ciężkie początki giganta, któremu wieszczono niepowodzenie

Od wypożyczalni DVD do serialowego giganta. Droga, którą przebyli założyciele Netflixa była bardzo długa /Mario Hommes/DeFodi Images /Getty Images

"To częsty przypadek dopiero raczkujących startupów. Większość firm nie zachowuje tej samej nazwy od momentu pojawienia się pomysłu do chwili oficjalnego startu działalności. Nazwy są ważne i czasami znalezienie odpowiedniej zajmuje wieki. Amazon początkowo nazywał się Cadabra. Twitter zaczynał jako Status. Naszą roboczą nazwą był Kibble. Jak karma dla psa" - wspomina w swojej książce Marc Randolph, założyciel Netflixa.

Reklama

Marc Randolph, założyciel największej obecnie platformy streamingowej Netflix, chwytał się w życiu przeróżnych biznesów. Za każdym razem był przekonany o tym, że właśnie wpadł na przełomowy pomysł, który przyniesie mu fortunę. Kiedy rozpoczynał w latach 90. przygodę z internetową wypożyczalnią filmów, usłyszał, że to kolejny interes, który nigdy mu się nie uda. Tym razem jednak się udało. Całą historię swojego sukcesu Randolph opisał w swojej biografii, której polską dystrybucją zajęło się wydawnictwo SQN.

Przeczytaj fragmenty książki Marca Randolpha "Netflix: To się nigdy nie uda" wydanej nakładem wydawnictwa SQN:

W listopadzie 1997 roku mieliśmy już siedzibę. Stworzyliśmy częściowo działającą stronę, którą właśnie testowaliśmy. Przygotowaliśmy mnóstwo prototypów opakowań. Zaczynaliśmy tworzyć bibliotekę tytułów. Ustaliliśmy też datę uruchomienia platformy: 10 marca 1998.

Reklama

Brakowało nam jeszcze nazwy.

To częsty przypadek dopiero raczkujących startupów. Większość firm nie zachowuje tej samej nazwy od momentu pojawienia się pomysłu do chwili oficjalnego startu działalności. Nazwy są ważne i czasami znalezienie odpowiedniej zajmuje wieki. Amazon początkowo nazywał się Cadabra. Twitter zaczynał jako Status.

Musisz pozwolić sobie na elastyczność, na to, by właściwa nazwa pojawiła się sama w trakcie rozwoju twojej firmy. Czasami to zajmuje całe miesiące. Jednak w międzyczasie zazwyczaj posiadasz już jakąś tymczasową, roboczą nazwę, która przydaje się na etapie testów, zakładania kont poczty elektronicznej czy podpisywania dokumentów bankowych. I to nie może być Nienazwany Projekt Marka Randolpha.

Naszą roboczą nazwą był Kibble. Jak karma dla psa.

Steve Kahn poradził mi kiedyś, żebyśmy przy wyborze tymczasowej nazwy zdecydowali się na coś tak fatalnego, by nie dało się jej zostawić na stałe. "Po sześciu miesiącach - rzucił wtedy - będziesz już taki zmęczony, że najchętniej dla świętego spokoju będziesz chciał zostawić pierwotną nazwę. Twoja zdolność oceny tego, co brzmi dobrze, a co źle, kompletnie się wyczerpie. Jeśli jednak wybierzesz coś tak fatalnego, że nie będzie się dało tego zaakceptować żadną miarą, jak ChcemyCieOszukac.com albo OddajWszystkiePieniadze.net, będziesz zmuszony wymyślić coś nowego".

I właśnie dlatego po kilku miesiącach od przeniesienia się do nowej siedziby, nazywaliśmy się Kibble.

Konto bankowe założyliśmy jako Kibble. Strona na etapie testów znajdowała się w domenie kibble.com. Mój adres e-mail brzmiał marc@kibble.com.

To był mój pomysł. Wziął się ze starego powiedzonka marketingowców: nieważne, jak dobre są reklamy, jeśli pies nie je psiej karmy. Idea była taka, że nieważne, jak dobrze przysmażysz swój stek - jak dobrze go sprzedasz - nie odniesiesz sukcesu, jeśli produkt będzie do kitu. Nie miało znaczenia, jak dobrze poprowadzisz kampanię dla Alpo, jeśli twój pies nie będzie chciał go jeść.

Wybrałem Kibble jako roboczą nazwę, ponieważ uznałem, że pomoże nam skupić się na produkcie. W ostatecznym rozrachunku mieliśmy stworzyć coś, co ludzie pokochają. Mierzyliśmy się z grubymi rybami branży i nigdy nie odnieślibyśmy długotrwałego sukcesu, gdyby ludzie nie uznali naszych usług za dobre - gdyby sprzedawana przez nas karma nie była smaczna.

Nie przeszkadzał też fakt, że już posiadałem taką domenę. Właściwie nadal posiadam. Wpisz adres kibble.com do przeglądarki, a trafisz na moją osobistą stronę. Wyślij e-mail na marc@kibble.com, a twoja wiadomość trafi do mojej skrzynki.

Nigdy nie zakładaliśmy, że będziemy używać Kibble jako ostatecznej nazwy naszej usługi. Jednak Steve miał rację - mijały kolejne miesiące, zbliżała się data uruchomienia platformy, a Kibble zaczynało wyglądać całkiem nieźle.

- Zebranie zespołu - ogłosiłem w końcu pewnego piątkowego popołudnia. - Musimy zdecydować się na nazwę.

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje