Reklama

​Mortal Kombat, czyli wejście smoka

Mortal Kombat (2021) to kolejna filmowa adaptacja krwawego cyklu gier wideo. Czy po raz drugi uda się chociaż na chwilę opanować całą popkulturę? /Courtesy New Line Cinema & Warner Bros. Pictures /East News

Dwa słowa: Mortal Kombat. Oto gra sławna i niesławna zarazem, która niemalże od pierwszych sekund swojego istnienia dorobiła się zagorzałych miłośników, jak i zaciekłych wrogów. Co prawda świeżutka ekranizacja kierowana jest raczej do tych przekonanych, to ciekawym jest, jak publiczność XXI wieku przyjmie tę porcję krwi i przemocy obficie polaną sosem upichconym z bezkompromisowego nonsensu i bezpretensjonalnego kiczu.

Przed laty oburzony amerykański Kongres jako burzycieli porządku, tytuły, które nieodwracalnie lasują mózgi nawet tej dobrze wychowanej latorośli i niebawem niechybnie dadzą początek całemu zwyrodniałemu pokoleniu, wskazały dwie gry wyciągnięte prosto z piekielnych czeluści.

Z pierwszej z nich wyciągnięto scenkę z młodą dziewczyną w nocnej koszuli, porywaną przez groteskowych, bardziej śmiesznych niż strasznych, zamaskowanych obcych, za czym poszły zarzuty o mizoginię i, z jakiegoś powodu, rasizm. Chodziło o "Night Trap", cokolwiek niewinną fabułę o nastolatkach, na które dybią dziwaczni przybysze z kosmosu, zrealizowaną jednak jako istny interaktywny film, co szczególnie wzburzyło Kongres. Ale to jeszcze nic, bo podczas obrad pokazano też grę, gdzie jeden drugiemu wyrywał kręgosłup, a jucha obficie tryskała wojownikom z ust przy każdym ciosie. Takiego czegoś jeszcze nie było.

Reklama

Nie przesadzając, to bezpośrednio z powodu realistycznej jak na owe czasy brutalności "Mortal Kombat" powołano do życia organ zajmujący się przydzielaniem certyfikatów wiekowych premierowym tytułom. Mało tego. Gra, która przywędrowała pod strzechy prostu z salonowych automatów, jeszcze kilka lat temu była zupełnie zakazana chociażby w Niemczech, a w ostatnią odsłonę nadal nie mogą sobie zagrać ani nasi bliscy sąsiedzi z Ukrainy, ani ci dalsi, z Japonii. 

Co jednak interesujące, kiedy stan Indiana starał się przegnać bodajże trzecią część gry z tamtejszych sklepowych półek, sąd apelacyjny orzekł, że to naruszenie pierwszej poprawki do konstytucji i nie ma mowy, poza tym to przecież... gra jawnie feministyczna.

I choć z czasem zaczęły pojawiać się gry znacznie brutalniejsze, a przemoc kolejnych odsłon "Mortal Kombat" nabierała niemalże karykaturalnego charakteru, to szum towarzyszący premierze pierwszej części rozpoczął dyskusję o granicach tabu na komputerach i konsolach. No i zainicjował tryumfalny pochód istnego popkulturowego fenomenu, który rozlał się na inne media.

Trailer nowego filmu, będącego rebootem serii, rozbił zwiastunowy bank i rozsądnie będzie myśleć, że przełoży się to na popularność filmu, który wyląduje, choć nie u nas, jednocześnie na ekranach kinowych i domowych. Tym bardziej, że pierwsze recenzje nastrajają optymistycznie i donoszą o tym, że się udało. Fani pierwszego "Mortal Kombat", którzy mają dzisiaj już tyle lat, że pewnie odganiają swoje dzieci od części jedenastej, przyjęli z entuzjazmem informację o nalepce "od lat osiemnastu", jaką obdarowano film Simona McQuoida.

Niby nie mogło być inaczej, ale przecież bez mała kultowa ekranizacja gry z 1995 roku podobnych ograniczeń wiekowych nie miała. Tamten film, wyreżyserowany przez Paula Andersona, zarobił krocie i spędził trzy tygodnie na szczycie box-office, choć sami twórcy gry, Ed Boon i John Tobias, nie wierzyli, że to może w ogóle wypalić. A jednak. 

Sam, kiedy wyszedłem wtedy z kina, uważałem, że obejrzałem najlepszy film na świecie, z najlepszym soundtrackiem i najlepszymi scenami akcji. Tym większe było moje rozczarowanie, gdy trzy lata później wyszło "Mortal Kombat 2: Unicestwienie", słabiutki sequel.

Po nim filmowe uniwersum MK długo nie mogło się podnieść i wszystkie pomysły grzęzły w hollywoodzkim bagienku. Między pierwszym a drugim filmem świat ten, a raczej światy, bo mitologia serii każde rozmieścić całe istnienie na aż sześciu płaszczyznach, otarł się o komiksy i animacje, pojawił się nawet na scenie, ale nic nie zagrzało miejsca na dłużej, nawet i nieco późniejszy serial telewizyjny "Mortal Kombat: Porwanie", emitowany także u nas. 

Ba, nigdy nie doczekaliśmy się nawet finału, który miał spiąć wydarzenia z owego prequela z pierwszą częścią filmu. Zostaliśmy z cliffhangerem. Ale może to i lepiej, bo zdzierżyć dwadzieścia dwa odcinki i tak nie było łatwo.

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz! 


Wszystko wskazuje na to, że tym razem "Mortal Kombat" zostanie z nami na nieco dłużej, bo już snute są plany kontynuacji filmu McQuoida i dokooptowania kolejnych postaci z uniwersum MK, rozległego i chłonnego. Nadchodząca ekranizacja orbituje wokół wojowników, że tak powiem, dla serii podstawowych, czyli znowu zobaczymy, między innymi, Sonię, Kano, Sub-Zero i Skorpiona, lecz głównym bohaterem ma być niejaki Cole Young, postać niepowiązana z serią gier, choć fani spekulują na jego temat i według niektórych okaże się on kontynuatorem dziedzictwa jednego z flagowych uczestników tytułowego turnieju.

Zresztą fabularne wygibasy są tutaj cokolwiek pożądane, bo jednak formuła gry nie pozwalała na wyjątkowo złożone i atrakcyjne fabuły, choć reboot gry z 2011 roku trochę ten cały bałagan poukładał.

Nie zmienił się jednak sam rdzeń, czyli fakt, że Ziemianie muszą wygrać Mortal Kombat, aby zapobiec inwazji z innego świata, na czele której stoi Shao Khan, potężny cesarz z wymiaru nasiąkniętego śmiercią i złem. Brzmi dramatycznie, ale ma być dramatycznie, krwawo i niekoniecznie mądrze.

Co ciekawe, sama gra ma czysto filmowy rodowód, bo pierwotnie wydawca chciał sklecić coś z udziałem Jeana Claude’a Van-Damme’a, lecz kiedy ten pomysł padł z uwagi na zobowiązania aktora, Boon i Tobias dostali wolną rękę. I do bijatyki dodali parę kropli czystego szaleństwa, żywe trupy, boga burzy, ogniste kule i zamaszystą intrygę. No i litry krwi oraz, bynajmniej nie przypadkowo, Johnny’ego Cage’a, narcystycznego hollywoodzkiego aktora.

Do dzisiaj pojawiło się kilkanaście gier z serii i spin-offów, raz lepszych, a raz gorszych, które łącznie sprzedały się w nakładzie grubo ponad pięćdziesięciu milionów egzemplarzy. Jaki wynik wykręci nowy film? W obecnej sytuacji trudno cokolwiek przewidywać, ale pozostaje liczyć, że to nie ostatni raz, gdy z kinowego, tudzież telewizyjnego głośnika rozlegnie się gromkie "Finish him!".

Bartek Czartoryski

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz! 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje