Reklama

Krakowskie Muzeum Flipperów - w królestwie srebrnej kuli

Do moich uszu dociera kakofonia najróżniejszych dźwięków, a oczy aż mrużę od tysięcy migających światełek. Nie jestem jednak na pokładzie statku kosmicznego Enterprise, tylko w jednej z krakowskich piwnic, gdzie dwóch pasjonatów otworzyło muzeum flipperów.

Oczekiwanie na spóźniony pociąg na zimnym dworcu, letnia kolonia w jednej z nadmorskich miejscowości, zadymiony barakowóz - wspomnienia dotyczące flipperów, automatów, w których przy pomocy dwóch łapek i kulki próbuje się ustrzelić się jak największą ilość punktów, są przeróżne. Właściwie każdy, kto ma na karku przynajmniej dwa krzyżyki, "przepuścił" na nich co najmniej kilka złotych.

Obecnie znalezienie stołu pinballowego "w przyrodzie" graniczy z cudem. Jest jednak jedno miejsce, w którym ich historia wybrzmiewa głośnymi elektronicznymi samplami i trzaskami łapek. To Kraków Pinball Museum przy ul. Stradomskiej 15.

Liczący sobie ponad 300 metrów kwadratowych lokal jest wypełniony wiekowymi maszynami prawie po brzegi. Jeśli gdzieś nie stoi flipper, to jego miejsce zajmuje zwykły stół, przy którym można napić się dobrego piwa. W muzeum zgromadzono ponad czterdzieści pinballi, ale jak na imponującą wystawę nie przystało, każdego z "eksponatów" można, a nawet trzeba dotykać.

Reklama

Marcinowi Moszczyńskiemu i Maciejowi Olesiakowi, którzy stoją za tym przedsięwzięciem, nie przyszło do głów, aby na odrestaurowanych stołach nie można było grać.

- Flippery są prawdziwymi dziełami sztuki. Wielu kolekcjonerów trzyma je pod kocem, ale to nie nasza droga. Na nich ma się grać - mówi mi Maciej, który miłość do pinballu odkrył w sobie trzy lata temu.

Dlatego w muzeum prowadzonym przez chłopaków obowiązuje zasada "płacisz raz, grasz ile chcesz". Do końca lutego bilet wstępu do ich lokalu kosztuje 20 złotych. Jak się dowiedziałem, a potem doświadczyłem na własnej skórze, gościom odwiedzającym ten przybytek trudno jest go opuścić po mniej niż kilku godzinach intensywnego grania. Dobrze, że opłata pobierana jest z góry, bo wrzucając "piątkę", lub nawet "dwójkę", do tylko kilku stołów można by się pożegnać ze znaczną częścią wypłaty.

- To takie wehikuły czasu, które w moment przenoszą cię do tamtej kolonii, do tamtych wakacji, gdzie z flipperem zetknąłeś się po raz pierwszy - tłumaczy Marcin. Jego przygoda z tym nietypowym hobby zaczęła się bardzo podobnie. Jako kilkuletni chłopiec na jednym z wyjazdów zagrał na stole o tematyce "Rodziny Addamsów".

"Zagrał" to mało powiedziane. lepszym określeniem byłoby "przepuścił kieszonkowe". Dwa lata temu kupił on sobie pinballa na urodziny. Szybko zorientował się, że jeden automat nie wystarczy.

Nie minęło dużo czasu, a w jego domu zaczęło brakować miejsca na zgromadzone maszyny. - Zaczęły się poszukiwania garaży i stodół, w których można było je trzymać - wspomina.

Historia Maćka, który przy okazji pełni rolę tutejszej złotej rączki, jest niemalże identyczna.

- Przypomniałem sobie o flipperach. To było coś, przy czym świetnie bawiłem się jako dzieciak. Sprawdziłem stan konta. Okazało się, że mogę pozwolić sobie na zakup jednej maszyny. Zaraz pojawiła się druga, trzecia, piętnasta...

Panowie postanowili podzielić się swoją pasją z innymi - stąd pomysł na założenie muzeum. Moi rozmówcy nie ukrywają, że kolekcjonowanie pinballi i ich naprawianie, co jest integralną częścią tego hobby, to "nisza nisz", ale z drugiej strony granie na nich było dość powszechne. Przywrócenie flipperom należnego im miejsca na kartach historii to jedna z misji założonego przez nich muzeum. Najważniejszym jego celem jest jednak dostarczanie rozrywki w stary, niemalże analogowy sposób.

- Era pinballu skończyła się wraz z rosnącą popularnością automatów arcade z grami wideo oraz pojawieniem się na rynku pierwszej konsoli PlayStation. Maszyny arcade były tańsze, mniej usterkowe, mogły na nich grać na raz dwie osoby, a do tego nie zajmowały tyle miejsca co stoły. Potem dzięki Japończykom w równie oszałamiające graficznie - jak na tamte czasy - gry można było grać w zaciszu własnego domu.

- Flippery spotkał podobny los do magnetowidów: niegdyś znajdowały się wszędzie i cieszyły się ogromną popularnością, a potem ich czas przeminął i trafiły na przemiał. Egzemplarze, które przetrwały stały się przedmiotami kolekcjonerskimi - mówi Marcin, a w jego głosie słyszę trochę goryczy. Nie zmienia to jednak faktu, że w muzeum znajdują się też dwaj "zabójcy" pinballi, a wkrótce ma do nich dołączyć kolejny.

Siła nostalgii jest niesamowita. Stając nad jedną z maszyn uśmiech na mojej twarzy pojawił się sam (zniknął dopiero wtedy, kiedy uświadomiłem sobie, że dwie godziny, które miałem przeznaczyć na odwiedziny w muzeum nie wiadomo kiedy zamieniły się w cztery). Też przypomniałem sobie "zieloną szkołę" sprzed kilkunastu lat i wycieczkę do Międzyzdrojów, gdzie w ramach czasu wolnego do jednego ze stołów nawrzucałem tyle drobnych, że później pieniędzy nie starczyło mi nawet na najtańszą pocztówkę, którą obiecałem wysłać do domu.

Kilkanaście minut, które spędziłem przy stole na licencji filmu "Cień" z Alekiem Baldwinem było dla mnie miłym powrotem do chwil z dzieciństwa. Ale czy flippery dla współczesnych dzieciaków, nie wypuszczających z rąk tabletów i kontrolerów konsol, są równie atrakcyjne?

- Dzieciaki są do nich nastawione wyjątkowo entuzjastycznie. Kilkulatki początkowo nie łapią o co chodzi, ale już po kilkunastu minutach śmigają na wszystkich maszynach. Rodzice muszą je wyprowadzać od nas na siłę.

Marcin jest zdania, że flippery pełnią rolę "pomostu generacyjnego".

- Przychodzą do nas ojcowie z kilkuletni dziećmi, żeby pokazać im jak bawili się, kiedy sami byli w ich wieku. Co najlepsze, często gościmy także ojców z... ich ojcami. To świetna zabawa także dla starszych osób.

Zabawa, która wbrew pozorom wcale się nie nudzi. Chociaż na wszystkich stołach obowiązują te same zasady, to rozgrywka na poszczególnych maszynach może się znacząco różnić. Pierwsze w oczy rzucają się "fabuły" poszczególnych flipperów. Lwia część tych zgromadzonych w krakowskim muzeum to maszyny, które towarzyszyły premierom hollywoodzkich hitów. Swoich pinbalii doczekały się takie produkcje jak "Gwiezdne Wojny", "Terminator 2: Dzień Sądu", "Człowiek demolka", "Brudny Harry", "Batman i Robin" czy "Zaginiony Świat: Jurassic Park".

Pokrewieństwo dedykowanego stołu z filmem przejawia się nie tylko motywem graficznym widocznym na planszy, ale także wydawanymi przez automat dźwiękami i odtwarzanymi animacjami, a także umiejscowieniem bonusów i przeszkód. To ostatnie jest o tyle ciekawe, że ich osadzenie wpływa na tak zwaną "ścieżkę przejścia". Kierując srebrny "pocisk" w odpowiednie miejsca odblokowujemy kolejne misje i zadania. Jeśli myśleliście, że w pinballu chodzi tylko o to, aby "kulka nie spadła", to jesteście w ogromnym błędzie.

Poprosiłem Maćka, aby poinstruował mnie jak prawidłowo zagrać na stole opartym na wspomnianym już szlagierze z Arnoldem Schwarzeneggerem. Najpierw musiałem "strzelać" w miniaturową głowę Terminatora, aby odblokować pierwszy z bonusów. Następnie posłałem kulkę prosto na rampę, która zaprowadziła ją do... ruchomego pistoletu. Przy jego pomocy musiałem zestrzelić kolejny obiekt. Był to zaledwie początek, gdyż dość dość szybko wypstrykałem się z wszystkich kulek, czyli szans na powtórzenie gry.

- Każdego ze stołów trzeba się nauczyć - usłyszałem od mojego mentora. Odrobinę zniechęcony porażką przy "Terminatorze" postanowiłem spróbować swych sił w "Star Treku" (z odrobinę lepszym skutkiem), "Brudnym Harrym" i stole opartym na kultowym brytyjskim serialu "Doctor Who". Moim faworytem został jednak polecony mi przez właścicieli automat inspirowany Księgą tysiąca i jednej nocy. To zdaniem wielu jedna z najbardziej "grywalnych" maszyn jakie kiedykolwiek zaprojektowano.  Bliskowschodnie rytmy, kręcącą się na środku stołu lampa Alladyna i nieco kiczowate, ale niepozbawione swoistego uroki ilustracje to naprawdę udana mieszanka.

Z ciekawości pytam, ile kosztuje jeden stół. - Automat do remontu da się nabyć za kilka tysięcy złotych. Trzeba jednak pamiętać, że aby doprowadzić go do odpowiedniego stanu trzeba wpakować w niego jeszcze sporo pieniędzy i własnej pracy. Z kupowaniem flippera jest jak z kupowaniem samochodu. Prowizorycznie naprawionego szrota dostanie się za grosze, ale na jego naprawie można finansowo "popłynąć" - przestrzega mnie Maciej.

A co z nowymi stołami? Czy ktoś je jeszcze produkuje?

- Obecnie potentatem na rynku jest amerykańska firma Stern. Istnieje jeszcze kilku mniejszych producentów z Holandii, Wielkiej Brytanii i samych Stanów. Jednak robią oni głównie flippery na zamówienie. Nie towarzyszą już one promocji filmów jak miało to miejsce jeszcze dwadzieścia lat temu, chociaż ostatnie "Star Treki" oraz seriale "Gra o Tron" i "The Walking Dead" doczekały się dedykowanych stołów. Swojego flippera ma nawet zespół Metallica.

Najnowszy automat w zbiorach muzeum zaprojektowano w 1999 r. Gdyby kolekcjonerzy zdecydowali się na zakup zupełnie nowej maszyny musieliby się liczyć z wydatkiem rzędu 25 tysięcy złotych. Do tej ogromnej kwoty trzeba doliczyć jeszcze podatek VAT.

Nic więc dziwnego, że mało kto decyduje się na zakup takiego gadżetu. Marcin i Maciek wierzą jednak w renesans flipperów.

- W USA już pojawiają się lokale typu barcade, gdzie można spotkać się ze znajomymi nie tylko na piwie, ale także przy stołach pinballowych i automatach arcade. Cieszą się one coraz większą popularnością.

Ich muzeum bliższe jest właśnie takiej działalności. W końcu nie bez przyczyny pierwszym widokiem po wejściu do środka jest stylowy bar. To właśnie przy nim, a nie z tabliczki z wypisanymi suchymi faktami, można dowiedzieć się, że Steve Kordek, który wymyślił charakterystyczne ruchome łapki - nieodłączny element każdej maszyny - tak naprawdę nazywał się Szczepan i miał polskie korzenie.

Michał Ostasz

--

Za pomoc w realizacji materiału dziękuję właścicielom Kraków Pinball Museum

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje