Reklama

Kong i Godzilla, czyli bitwa dwóch światów

Starcie tytanów to jednocześnie starcie dwóch różnych kultur, które trwa już od kilku dekad. Kadr z filmu "Godzilla kontra Kong" (2021) /YouTube

Import-Eksport

O dziwo, to nie Amerykanie sprowadzili Godzillę do siebie, ale Japończycy na jakiś czas wypożyczyli Konga, przeciwko czemu Cooper mocno protestował, lecz studio było wtedy zbyt zajęte myśleniem o jenach, żeby go słuchać. Legendarna wytwórnia Toho, śladem RKO, które przed laty czym prędzej dało zielone światło sequelowi "King Konga", również szybko wyprodukowała sequel świeżutkiego jeszcze hitu, "Godzilla kontratakuje".

Reklama

Mimo że publika dopisała, film nie wygenerował takiego zainteresowana jak część pierwsza, dlatego potrzebowano mocnego uderzenia. I takim, zgodnie z niemałymi oczekiwaniami, okazał się wyprodukowany w 1962 roku "King Kong kontra Godzilla", gdzie jedyną nadzieją na powstrzymanie szalejącego (znowu!) gigantycznego jaszczura, jest importowany z egzotycznej wyspy, nieustępujący mu gabarytami Kong. Z tej potyczki, choć fuksem, zwycięsko wyszedł goryl, lecz inaczej być nie mogło. Godzilla, gdyby został na placu boju, kontynuowałby swoje dzieło zniszczenia, a olbrzymia małpa chciała mieć jedynie, jakżeby inaczej, święty spokój.

Toho zrealizowało jeszcze jeden film z wypożyczonym Kongiem ("King Kong ucieka"), który pomógł im ożywić modę na ogromne potwory, i wypuszczało sequele Godzilli rok po roku aż do połowy lat siedemdziesiątych. Z czasem monstrum złagodniało i stało się obrońcą ludzkości przed jeszcze straszniejszymi zagrożeniami. 

Co ciekawe, rok po tym, kiedy Toho zdecydowało się zakończyć swoją serię, małpi kuzyn z Ameryki doczekał się słynnego remake’u z 1976 roku, który doprawiono zapomnianą dzisiaj kontynuacją "King Kong żyje". Co ciekawe, film pojawił się na ekranach niedługo po (kolejnym!) powrocie Godzilli, o którym Toho, z kilkuletnimi przerwami, kręci praktycznie do dziś. Łącznie doczekał się on trzydziestu pełnych metraży, a potem wyczekiwanej wersji amerykańskiej z 1998 roku, nieudanej, i kolejnej z 2014 roku, już znacznie lepszej.

Kong nie miał takiego powodzenia i musiał czekać aż na remake Petera Jacksona, który przy tej okazji zrekonstruował zaginioną scenę z oryginału, i reboot z 2017 roku, który kręcony już był jako część tak zwanego MonsterVerse, czyli serii podzielonej (prawie) po równo między Godzillę a giganta z Wyspy Czaszki. Jej swoistym zwieńczeniem jest wypuszczony przed paroma dniami spektakl "Godzilla vs. Kong". Innymi słowy, teraz Amerykanie siedli za sterami. Pytanie brzmi jednak, czy rzeczonym filmem dobili już do brzegu? Trudno orzec, lecz sequeli nie zapowiedziano.

Ba, nie zapowiedziano też polskiej premiery owego filmu, który za oceanem trafił i do kin, i do oferty HBO Max. U nas lockdown, czyli repertuary nieaktualne, a HBO GO, przynajmniej na razie, filmu nie zapowiada, mając związane ręce nieubłaganymi umowami licencyjnymi. Pozostaje liczyć, że polska publika nie będzie długo pozbawiona możliwości zobaczenia wyczekiwanego boju Konga i Godzilli, lecz w obecnej sytuacji chyba najpewniej będzie sięgnąć po klasykę.

Czekają tam prawdziwe skarby.

Bartek Czartoryski

Nie czekaj do ostatniej chwili, pobierz za darmo program PIT 2020 lub rozlicz się online już teraz! 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje