Reklama

​Kochanie, stworzyłem potwora, czyli historia serii "Piła"

Film dwóch kolegów z Australii zarobił sto razy więcej, niż jego budżet /materiały promocyjne

Zaledwie siedem minut nakręcone przed laty, żeby zachęcić kogokolwiek do rzucenia paru groszy młodym filmowcom, dało początek globalnemu fenomenowi. Można "Piłę" albo kochać, albo nienawidzić, lecz faktem jest, że to już stały element popkulturowego pejzażu.

2003 rok. Dwaj koledzy z Australii bez grosza przy duszy, przy pomocy znajomych kręcą krótki filmik, który ma im pomóc znaleźć inwestora chętnego do wyłożenia choćby niewielkiej sumy na realizację przygotowanego przez nich scenariusza. Pieniądze, niewiele ponad milion, daje studio Lions Gate, i panowie rezygnują z wypłaty na poczet przyszłych zysków. I jest to najlepsza biznesowa decyzja, jaką podejmą. Ich film zarobi bowiem sto razy więcej. Reszta to już historia.

Lecz historia ciekawa, hollywoodzka, od zera do milionera. James Was i Leigh Whannell, czyli owi dwaj koledzy ze szkoły filmowej, zainspirowani z jednej strony "Pi" Aronofsky’ego, z drugiej "Blair Witch Project", mieli bowiem świadomość, że jedyna dostępna dla nich droga wiedzie przez niski budżet i zmyślny scenariusz. Dlatego rozpisali fabułę tak, żeby ograniczyć i obsadę, i miejsce, a punktem wyjścia był zrodzony w głowie Wana obraz dwóch mężczyzn przykutych łańcuchami po przeciwnych stronach obskurnej łazienki. Pomiędzy nimi miał leżeć trup. Postać samego mordercy, architekta tych wszystkich wymyślnych pułapek i autora skomplikowanego planu, który ciągnął się jeszcze długo po jego śmierci, przyszła do głowy Whannellowi dopiero później, kiedy siedział w gabinecie lekarskim i czekał na wyniki badań. Zastanowił się, co by było, gdyby usłyszał najgorszą z możliwych diagnoz. Myśl ta zrodziła Johna Kramera, który, zdając sobie sprawę z nadchodzącej śmierci, wyznaczył sobie misję przekonania innych o wysokiej cenie życia. Oczywiście w odpowiednio zwichrowany sposób, każąc im przechodzić sadystyczne próby, które niechybnie kończą się okaleczeniem albo, jeśli zabraknie ludziom ikry, śmiercią.

Reklama

Wan i Whannell skonstruowali "Piłę" jako podszyty tajemnicą thriller o niespodziewanym zakończeniu i złożonej konstrukcji narracyjnej, robiąc wszystko po kosztach. Na potrzeby zdjęć zbudowano tylko łazienkę będącą centralnym elementem scenografii, wszystkie sceny z Dannym Gloverem nakręcono w ciągu zaledwie dwóch dni, a brakujące sceny, których nie udało się zrealizować, pozalepiano pomysłowymi przejściami montażowymi. Krytycy przyjęli film cokolwiek skonfundowani, jedni pisali o iście Fincherowskiej magii, drudzy o wybrakowanym scenariuszowo dziwadle. Publika zagłosowała jednak nogami. "Piła" odniosła kasowy sukces. Machina ruszyła.

Zielone światło dla sequela zapalono praktycznie od razu, ale Wan i Whannell byli już myślami przy innych projektach, a ich wychuchane dziecko, pozbawione opieki, zaczęło szaleć. Jako że fani domagali się, dosłownie, krwi, "Piła II" wykręciła poziom brutalności na zupełnie nowy poziom i kamera nie uciekała już przed rozrywanymi członkami, cięcia montażowe nie maskowały kolejnych wybebeszeń. Mimo że było o klasę gorzej, to, znowu, dostarczono chleba i igrzysk i film zarobił krocie. Przez najbliższych parę lat halloweenowa premiera kolejnej odsłony filmu stała się już tradycją. Innymi słowy, kręcono praktycznie bez przerwy, nie zmieniając formuły i przepisu na komercyjny sukces, rozsądnie planując przy tym koszta. Niby budżety rosły z części na część, ale i tak każdy film kosztował stosunkowo niewiele. Dość powiedzieć, że łącznie wszystkie odcinki serii "Pila" kosztowały niecałe sto baniek, a przy kinowych kasach ludzie zostawili przeszło miliard zielonych. I nikomu nie przeszkadzało, że i trzecia, i czwarta część (wszystkie wyreżyserowane przez Darrena Lynn Bousmana) były praktycznie powtórkami z rozrywki, fabuła robiła się coraz bardziej zagmatwana i obliczona na tanie szokowanie, a pułapki — jeszcze bardziej groteskowe.

Od części piątej obowiązki Kramera przejęli na pełny etat jego naśladowcy i scenarzyści dwoili się i troili, aby ciągle przepisywać historię "Piły" na nowo, jednocześnie nie naruszając jej konstrukcyjnej podstawy. Czyli serwowali więcej tego samego: kolejne pułapki, kolejne twisty i kolejne kubły krwi. Mimo że część szósta doczekała się bodaj najcieplejszego przyjęcia od czasu pierwszego filmu, nawet i sami twórcy mieli świadomość, że dłużej już tego nie pociągną. Stąd następny odcinek miał być finałowym, i to z pompą, bo w trójwymiarze. Fabuła "Piły 3D" nawet nieźle spina się z samym początkiem serii, jednocześnie ją domykając. Tyle że Kramer nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nakręcony po siedmiu latach ciszy "Jigsaw" dopisuje do tego wszystkiego epilog, ujawniając, że rozpoczęta przed ponad dekadą gra nadal trwa. Był to już jednak łabędzi śpiew "Piły", która potrzebowała albo definitywnego końca, albo nowego otwarcia.

Niestety, zdecydowano się na to drugie. "Spirala: Nowy rozdział serii Piła" jest bowiem powtórką z rozrywki, tyle że oderwaną od dotychczasowej mitologii serii, która, mimo wszystko, decydowała o jej wyjątkowości. Pozbawiona tamtych kontekstów i uwikłań, ale oparta na dokładnie tym samym schemacie, fabuła jest pretekstowa i obliczona na małpowanie zagrań sprzed lat. Niby na stołek reżyserski powrócił Bousman, ale jego warsztat pozostał tak samo ubogi. Nie potrafił też wykorzystać obsadowych asów, Chrisa Rocka i Samuela L. Jacksona, którzy poprowadzeni są boleśnie nijako. Nie jest tajemnicą, że "Spirala" ma być testem, istnym papierkiem lakmusowym dla studia, które zdecyduje o przyszłości "Piły". Czyli znowu wszystko zależy od nas. Na razie film radzi sobie znacznie poniżej oczekiwań i wygląda na to, że nie odniesie sukcesu finansowego porównywalnego z poprzednimi odsłonami. Raz jeszcze kuratorzy serii stają przed podobnym wyborem, co dekadę temu. Miejmy jednak nadzieję, że tym razem pozwolą Kramerowi odsapnąć.

Bartek Czartoryski

materiał zewnętrzny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje