Reklama

Emigracja Malcolma XD: Trudna droga do UK

"Emigracja" to pisarki debiut autora ukrywającego się pod pseudonimem Malcolm XD. W sieci jest on bezsprzecznym "królem polskich past" /materiały prasowe

Pasta to albo makaron, albo internetowa kopiujwklejka. Przed wami literacki debiut najsłynniejszego polskiego paściarza, Malcolma XD! Jego pierwsza książka "Emigracja" właśnie trafiła do księgarń.

Reklama

Malcolm XD - autor past internetowych, czyli krótkich, dosadnych, humorystycznych i surrealistycznych historyjek, tekstów-memów. Na podstawie kultowej pasty Anon i jego stary, fanatyk wędkarstwa Showmax wyprodukował film krótkometrażowy z Piotrem Cyrwusem i Marianem Dziędzielem w rolach głównych. Jego profil na Facebooku obserwuje ponad 40 000 osób.

Malcolm pochodzi z miejscowości o liczbie ludności w granicach 10-19 tysięcy, znanej jedynie sympatykom agrestu. Jest to bowiem europejska stolica tego owocu, która bynajmniej nie oferuje kwiatowi swojej młodzieży szczególnych perspektyw zawodowych, ani rozrywek (poza Dniami Agrestu, rzecz jasna). 

Za Malcolmem matura, przed nim - studia, tym razem we właściwej stolicy, a na studia trzeba zarobić. Na miejscu możliwości jego zarobkowania się wyczerpały - jako ulotkarz wręczył każdemu każdą możliwą ulotkę. Razem z wiernym druhem Stomilem postanawia więc wyruszyć na podbój Wysp. I wtedy dopiero się zaczyna...

Przeczytaj fragment książki "Emigracja":

Zostałem pozostawiony na tak zwanej pastwie losu, w dodatku historycznie wrogiego losu niemieckiego, bo pod Poczdamem. Jak by to był program Beara Gryllsa, to bym miał przy sobie nóż, 5 metrów liny do zbudowania schronienia, krzesiwo i węgiel do odfiltrowania wody z kibla, żeby się nadawała do picia.

Niestety, miałem tylko 80 zł, 50 funtów (resztę zostawiłem w kopercie w plecaku w autokarze, bo mame mnie zawsze uczyła, żeby nie trzymać wszystkich pieniędzy w jednym miejscu), szlugi i zapalniczkę, co moje szanse przetrwania czyniło raczej niskimi. Poleciałem więc w panice na stację, z nadzieją, że może będą mieli numer do kierowcy tego autokaru, skoro cały czas jeździ na tej trasie.

Reklama

Zaczynam po angielsku

- YOU HAVE NUMBER TO BUS DRIVER? MY BUS GO AWAY!

Ale typ NICHT FERSTEHEN, więc jadę po niemiecku

- DU HAVE NUMBER TO BUS DRIVER?

Bo się 3 lata uczyłem w gimnazjum, ale trochę słabo pamiętam. Natomiast kasjer ze stacji dalej kręci głową z głupią miną. Na to się włącza jakiś typ, co obok wpierdalał hot doga z ketchupem i sosem czosnkowym

- BIST DU AUS POLEN?

- JA

- TO CZEGO KURWA PO NIEMIECKU GADASZ?

Tak rozpoczęła się moja wielka przyjaźń z panem Zbyszkiem, kowbojem z dzikiego zachodu spedycji międzynarodowej.Zbyszek był tirowcem po pięćdziesiątce, mówił w 6 językach, wszystko już widział i wszędzie był, a teraz akurat jechał na Dortmund, żeby ludzie mieli tam świeże wędliny, bułki itd. i powiedział, że tam mnie podrzuci i już będę miał z górki do Londynu. Poczekałem, aż zje do końca hot doga, potem go wypróżni, a potem zapakowaliśmy się do szoferki i pojechaliśmy.

W swojej prawie 30-letniej karierze tirowca Zbyszek był tirem w każdym kraju Europy z wyjątkiem Watykanu, bo tam podobno nie ma gdzie nawrócić. W latach 90. jeździł z kosmetykami w Sojuz i tam raz miał taką opcję, że już mu kazali kopać sobie grób, więc potem się przerzucił na Europę Zachodnią i teraz lata autobahnem i ma elegancko. 

W głośnikach leciały polskie przeboje typu Krzysztof Krawczyk na przemian z disco italiano, a Zbyszek śpiewał na cały głos O BELLA BELLABELLA AMOOOOOOORE czy ŻONY NIE DAŁEEEEEM, ŻONĘ WZIĄŁEŚ SOBIE SAAAAM i stopą wybijał rytm muzyki o podłogę tak, że piasek z dywaników podskakiwał. Śpiewać przestawał, jak coś mi opowiadał, jak robił inbę na CB radio albo jak się zdzwaniał ze swoimi kolegami-tirowcami dogadać, co kto przywozi na balety na postoju wieczorem.

Pytał, czy jestem student, a jak powiedziałem, że jeszcze nie, to powiedział, że bardzo dobrze, bo jak zajadę z nim na Uniwersytet Parkingowy, to mnie tam chłopaki wszystkiego, co w życiu potrzeba, nauczą. 

Plan był więc taki, że Zbyszek miał mieć rozładunek dopiero rano, więc po drodze gdzieś pod Hanowerem sobie staniemy na noc, przybalujemy, poznam chłopaków, przejdę szkołę życia w trybie wieczorowym, a rano któryś z typów, co leci na UK, mnie ze sobą zabierze. Nocować miałem ze Zbyszkiem w szoferce, bo były w niej aż dwa łóżka - jedno gościnne.

Przez kolejne godziny, urozmaicone śpiewem po polsku i włosku, miałem okazję nie tylko pogadać ze Zbyszkiem, ale też jeszcze lepiej przyjrzeć się osławionym autostradom niemieckim i przyległej do nich infrastrukturze. Jeszcze wcześniej, jak jechaliśmy autokarem, to pierwsze, co zauważyłem po wjeździe z Polski do Niemiec, to wiatraki prądotwórcze.

Ustawione są tuż za granicą jako eksklamacje niemieckiej wyższości cywilizacyjnej, żeby każdy Polak i inny mieszkaniec Europy Środkowo-Wschodniej i Wschodniej, a nawet Azji, wiedział, dokąd wjeżdża. Nie da się ukryć, że na wschód od Odry to następne większe zgrupowania takich wiatraków są dopiero w jakiejś Korei Południowej, a może i Japonii. Pomiędzy jest tylko węgiel i Gazprom, i elektrownia w Czarnobylu. Wiatraki stanowią tym samym dla podróżnych znak, że oto wjeżdżają do świata wysokorozwiniętego, zasilanego tak zwaną gospodarką opartą na wiedzy.

W czasach starożytnych podobną funkcję musiała pełnić na przykład brama Isztar, przez którą wjeżdżało się do Babilonu, i dlatego ją też zrobiono na bogato. Z tą tylko różnicą, że tę bramę później Niemcy zajebali i obecnie trzymają u siebie w Berlinie w muzeum, a z tego, co wiem, to wiatraki od prądu zrobili sami, bo ani w Babilonie, ani tym bardziej w Polsce wcześniej wiatraków do zajebania nie było.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Malcolm XD | emigracja | emigracja z Polski | Wielka Brytania

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje