Reklama

Leśniczy z Kuźnic: Na Giewoncie nic mnie nie zaskoczy

Zatrzymajmy się jeszcze na moment przy wandalizmie. Co jakiś czas w mediach społecznościowych widzimy zdjęcia popisanych skał, kłódek, tabliczek czy flag wieszanych na Giewoncie. O ile tabliczkę można zdjąć, tak napis trudniej usunąć.

Reklama

- To faktycznie jest problem. Żeby nad tym zjawiskiem zapanować, potrzebowalibyśmy wielu strażników, dyżurujących od świtu do zmierzchu w terenie. Nie ma takiej możliwości. Przypadków wandalizmu jest coraz mniej, ale nadal się pojawiają. Wchodzę na Giewont dwa - trzy razy w miesiącu, za każdym razem ściągam z krzyża masę rzeczy: od flag przez wstążki, kapelusze, różańce, obrazki, karteczki, listy. Chyba nic mnie już tam na górze nie zaskoczy. Za każdym razem jest też jakaś nowa data zapisana flamastrem na konstrukcji krzyża, są inicjały, czasem imię i nazwisko, a nawet życzenia, numer telefonu, wspomnienia z udanego pobytu w Tatrach.

Numer telefonu może być kawałem albo sposobem na dotarcie do sprawcy. Jest możliwość, żeby taką osobę przynajmniej postraszyć mandatem?

- Po każdym patrolu sporządzamy notatkę służbową, w której stwierdzamy ewentualną nieprawidłowość. Jeśli dochodzi do aktu wandalizmu, przekazujemy dokumentację straży parku. Strażnicy prowadzą dochodzenie, współpracują z policją, niekiedy z sądami, próbują dotrzeć do sprawców.

W jaki sposób?

- Monitorują chociażby media społecznościowe, bo bardzo często ludzie lubią się pochwalić zdjęciem lub filmem ze zrobienia czegoś, co na terenie parku jest zabronione. Zostawiają więc dowody na kąpiel w tatrzańskim stawie czy chodzenie po zmroku, by wschód słońca przywitać na jakimś szczycie. Wiele ciekawych informacji zostawiają na Facebooku i Instagramie, strażnicy potrafią to wyśledzić i potem rusza cała procedura.

Usunięcie przynajmniej części tych zdjęć sprawi, że naśladowców będzie mniej.

- Taki jest nasz zamysł. Swoją drogą to bardzo egoistyczne podejście, żeby chodzić po górach tylko po to, żeby się pochwalić zdjęciem przed innymi. Nie lepiej znaleźć w Tatrach kawałek ciszy i spokoju, posłuchać szumu wiatru i poobcować z przyrodą? Patrząc na niektóre profile mam wrażenie, że ważniejsze dla takiego turysty jest jego własne ego.

Wspomniał pan, że dwa - trzy razy w miesiącu wchodzi na Giewont zawodowo. Liczył pan, ile razy był już na szczycie?

- Setka pękła spokojnie. Dawniej, kiedy pracowałem jeszcze w Morskim Oku i na Łysej Polanie, bardzo często wchodziłem na Rysy. Liczyłem do setki, potem przestałem.

Swoją drogą ciekawe kim są rekordziści. Pracownicy TPN i przewodnicy spokojnie mogliby się łapać do takiego zestawienia.

- Koledzy z większym stażem, aktywni w górach od wczesnej młodości, na pewno po kilkaset wejść mają. Najfajniejsze jest to, że mimo tej powtarzalności, wciąż mi się ta praca nie nudzi. Nie ma wypalenia zawodowego, tylko ochota, by chodzić w góry dalej. Za każdym razem Giewont czy Rysy cieszą tak samo.

Czy leśnikom grozi wypalenie zawodowe - czytaj na następnej stronie >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje