Reklama

Więzienie San Quentin: Tu nie trafiają świeżaki

Zakład karny San Quentin, Kalifornia. Niewiele jest takich miejsc w Stanach. Więzienie o maksymalnym rygorze, ale stare i przeludnione. Nocami po korytarzach biegają szczury i karaluchy, a w celach farba odłazi ze ścian - opisuje Tomek Michniewicz w książce "Świat równolegly".

Było budowane dla trzech tysięcy osadzonych, ale mieści prawie połowę więcej. W jednym ze skrzydeł jest cela śmierci. Na zastrzyk czeka w nim siedmiuset skazanych. Tu nie trafiają świeżaki. San Quentin to adres na dłużej. Przywożą tu recydywistów i takich, co z życia za kratami zrobili sobie karierę.

Tu się trafia za brutalne przestępstwa

Reklama

Wyroki dwudziestu, dwudziestu pięciu lat, dożywocia albo i wielokrotnego dożywocia. Nie ma tu białych kołnierzyków złapanych na defraudacji ani dzieciaka, który potrącił na pasach staruszkę. Tu się trafia za brutalne przestępstwa z użyciem przemocy. Są gwałciciele, mordercy, gangsterzy. Ci, których społeczeństwo postanowiło wyeliminować. Uznało, że nigdy nie będą przydatni, bo z własnego wyboru postanowili iść drogą, która stanowi śmiertelne zagrożenie dla innych, porządnych obywateli. Wielu tu liderów ulicznych gangów, ludzi karmiący się strachem i przemocą. Dziurawe zęby i szramy na twarzy. Najgorszy koszmar.

"Przyjmuję do wiadomości, że więzienie San Quentin to placówka o maksymalnym rygorze bezpieczeństwa, i oświadczam, że wchodzę na jego teren na własną odpowiedzialność. Zostałem poinformowany, że nie zostanie mi przydzielona uzbrojona eskorta. Rozumiem też, że w przypadku zatrzymania mnie przez więźnia lub grupę więźniów jako zakładnika władze stanu Kalifornia nie będą prowadzić z nimi jakichkolwiek negocjacji". Pod oświadczeniem widniała tabelka z podpisami kolejnych odwiedzających.

Spojrzałem na wieżyczki wartownicze rozlokowane wzdłuż muru i na snajperów popijających w nich kawę. Upał lał się z nieba, spękana ziemia od dawna nie miała czym oddychać. Porucznik Robinson przyglądał mi się badawczo.

- Czyżby jakieś wątpliwości?

Gdy zatrzaskują się za tobą kraty San Quentin, kończy się świat, jaki znałeś. Ostre, wydawałoby się, moralne nakazy tracą wyrazistość, czerń i biel z początku nabiera odcieni, a potem całej palety żywych barw. W środku czeka na ciebie inna rzeczywistość, której musisz się uczyć od nowa. "Jeśli nie wiesz, która godzina, szybko kup zegarek", mówią. Można sobie tylko wyobrazić, co się dzieje z tymi bez zegarka, gdy nocą gasną światła.

Jakie przerażenie musi czuć ktoś, kto tu wchodzi w kajdankach i wie, że to już tu, koniec, że stąd nie ma wyjścia. Nawet morderca pierwszego dnia jest tu sam przeciwko całej reszcie. Na zewnątrz pan i władca, tu bezbronna ofiara. Role się odwracają.

Bez ubrań daleko nie zajdą

Minęliśmy wartownię i mały korytarz, krata zamknęła się za nami z głuchym trzaskiem. Nad głowami górowały sześciometrowe mury zwieńczone co kilkadziesiąt metrów wieżyczką. Zza szyb widać było tylko okulary przeciwsłoneczne strażników obserwujących teren. Oni jedni mają broń, karabiny snajperskie. W środku klawisze noszą najwyżej pałki, chyba że transportują więźnia do celi śmierci.

Zza załomu muru dochodził gwar. Spacerniak, boisko do koszykówki. Dwustu facetów w niebieskich drelichach. Siedzieli na ławkach, stołach, ćwiczyli ze sztangami, przechadzali się po trawniku. Kilka godzin codziennie spędzają na powietrzu. Pozorny spokój. Pod budynek po drugiej stronie wewnętrznego ogrodzenia podjechał srebrny autobus.

- Świeżyzna. - Wielki czarny czterdziestolatek wczepił się palcami w siatkę i patrzył na transport nowych więźniów. Wychodzili niemrawo z autobusu pod okiem strażników ze strzelbami w rękach. Ubrani byli w niebieskie uniformy z papieru. Na wypadek, gdyby podczas transferu udało im się uciec albo ktoś ich odbił. Bez ubrań daleko nie zajdą.

Mężczyźni szli powoli, nogi krępowały im kajdanki na kostkach połączone łańcuchem z drugą parą wokół nadgarstków. Ustawiali się w kolejce do rejestracji, potem wejdą do budynku, gdzie przejdą kontrolę osobistą. Stali w ciszy, nie rozglądali się, nie rozmawiali. Za siatką od strony spacerniaka przyglądało się im kilkunastu więźniów. Nikt nie szarpał ogrodzenia, nie krzyczał do nich, nie szczerzył krzywych zębów w perwersyjnym uśmiechu. Po co, to nie film. Stąd nie ma wyjścia, przecież dopadną ich i tak. Obie strony siatki zdawały sobie z tego sprawę.

W San Quentin nie rządzą strażnicy

Przerwa na spacerniaku stanowi codzienny obrazek. Więźniowie wypuszczeni z zamknięcia cel na powietrze. Razem, bez ogrodzeń, na jednym terenie. Tak mogłoby się wydawać. Jednak jeśli popatrzeć bliżej, można dostrzec prawidłowości. Na boisku do kosza stoją sami czarni, piknikowe stoły to teren białych, bieżnia - Latynosów. Swoje przestrzenie mają też Filipińczycy i inni imigranci z Azji Południowo-Wschodniej. Tylko ścieżka dookoła jest uznawana za ziemię niczyją, miejsce dozwolonych spotkań. Najważniejsza spośród zasad rządzących w kalifornijskich więzieniach: nie jesteś numerem, jesteś kolorem skóry.

W San Quentin nie rządzą strażnicy czy naczelnik, tylko wewnętrzny kodeks, którego złamanie oznacza śmierć. To bardzo brutalny świat, niepozostawiający nikomu wyboru. Jesteś z nami lub przeciw nam. Więźniowie uczą się tych zasad od dziecka na ulicy i w innych zakładach, do San Quentin trafiają już dobrze zorientowani.

W San Quentin masz do wyboru być rasistą lub być sam. Dać się wykorzystywać swoim albo wszystkim. Samotnik nie ma tu szans, zjedzą go żywcem, powiesi się w celi lub zwariuje ze strachu. Musisz należeć do którejś grupy. Z innymi nie utrzymujesz kontaktu, nie handlujesz, nie wymieniasz przysług. Nie siadasz z nimi przy jednym stole, nie rozmawiasz ani nie dzielisz się jedzeniem. Jak ci każą, bijesz; jeśli poproszą, dźgasz. Nie zadajesz pytań. Jeśli dostaniesz rozkaz i go nie wykonasz, tobie zrobią to, co miałeś zrobić tamtemu. Prosta zależność. Musisz należeć do gangu.

Tych świeżaków w papierowych uniformach szybko ocenią, zrekrutują. Zawodowcy zaś natychmiast się rozpoznają, oni wchodzą na gotowe. To jest kolejny etap ich kariery, odsiadka jest zgodna z planem.

Najgorzej mają ci, co tu przyjechali z innego stanu, nie znają ludzi. Trafili do San Quentin, bo zgwałcili dziewczynę po imprezie albo napadli na stację benzynową i zastrzelili kasjera. Brutalni przestępcy, żadne niewiniątka, ale tutaj i tak każdy trzęsie portkami. Ci to muszą się wręcz postarać, żeby gang ich przyjął.

- Nie przyglądaj im się. Lepiej, żeby nie widzieli, że rozumiesz, na co patrzysz - porucznik Robinson mówił, patrząc przed siebie, jakby nie dostrzegał, co się dzieje obok.

Dwadzieścia metrów dalej stało dwóch białych chłopaków, może dwudziestopięciolatków. Umięśnieni jak sportowcy, łysi, wytatuowani. Przed nimi grubas i mały chudzielec na rozkaz padali na ziemię i robili pompki. Z tego dużego pot lał się strumieniami, całe plecy miał mokre. Rzucał się i podnosił ociężale, już chwiał się na nogach. Ten mniejszy jakby chciał zniknąć, zgarbiony, mały, na granicy płaczu.

- Bractwo Aryjskie - wskazał Robinson ruchem głowy. Więźniowie różnych ras razem. Takie spotkanie jest możliwe tylko w interesach, na polecenie gangu. Największy biały gang więzienny w Ameryce, neonaziści i rasiści. Wieszaliby czarnuchów na gałęzi, o innych rasach mówią: brud, karaluchy. Jeśli jesteś biały i potrzebujesz w środku ochrony, oni stanowią twój jedyny wybór. Oni albo nikt. Ci dwaj dowódcy to ledwie sierżanci, średni szczebel gangu. Przygotowują rekrutów do inicjacji. Będą ich męczyć i upokarzać, aż dwaj nowi zaprzestaną oporu. To się dzieje w świetle dnia. Reszta inicjacji odbędzie się za zamkniętymi drzwiami.

W RC każdy nowy podlega obserwacji

Blok RC, Reception Center. Izba przyjęć. Pierwszy adres każdego nowo zameldowanego skazańca. Olbrzymi, wysoki na trzy piętra hangar. Na całej powierzchni setki piętrowych prycz ustawionych co pół metra. Jak w obozie dla uchodźców. Mieszka tu tysiąc osób. Nowi noszą pomarańczowe drelichy dla odróżnienia od tych, którzy skończyli już "kwarantannę". W RC każdy nowy przez trzy pierwsze miesiące odsiadki podlega obserwacji. Trafiają tu z różnych powodów i z różnym nastawieniem. Jeden chce odsiedzieć swoje i wrócić do domu, inny od pierwszego dnia garnie się do gangu.

Tego pierwszego przeniosą potem do lżejszego skrzydła, drugi trafi do zamkniętej celi, pod ścisły nadzór. Przez trzy miesiące żyją jednak obok siebie, śpią na sąsiednich łóżkach, na wyciągnięcie ręki. Mordercy, gwałciciele i sprzedawcy narkotyków obok tych, którzy przez lata tłukli do nieprzytomności żonę, albo takich, za których najgorszą decyzję w ich życiu podjęła wściekłość i alkohol.

Na środku, przy samej bramie wyjściowej, mieścił się niewielki podest, na którym przy biurkach siedziało pięciu strażników, jeden jadł kanapkę. Wyglądali bardziej jak nocni stróże niż sadystyczni klawisze z filmów. Pod jedną ze ścian metalowe schody i mostek obserwacyjny na wysokości pierwszego piętra. Wspiąłem się na górę. Na mostku stała czarna pucołowata strażniczka w płowym mundurze i żuła gumę.

- Ilu tu macie strażników?
- Sześciu.
- Na tysiąc więźniów?

Wzruszyła ramionami.

- Jeśli coś się wydarzy, nie poradzimy sobie nawet w trzydziestu.
- Dlaczego nie macie broni?
- Boby ją zabrali.

Tak już się zdarzało. W San Quentin bunty i zamieszki wybuchają regularnie. Ostatnio trzy lata temu. Po wszystkim ponad czterdziestu wywieźli do szpitala, niektórych rozpłatanych nożami na pół. Od tamtej pory na dźwięk alarmu więźniowie mają obowiązek natychmiast położyć się na ziemi z rękami za głową. Jeśli któryś tego nie zrobi, snajperzy będą strzelać bez ostrzeżenia.

Porucznik Denelda Footman też nie nosi broni. Na terenie więzienia broń trzyma się za pancernymi szybami. Jest jedyną kobietą.

Izba przyjęć. Adres na pierwsze trzy miesiące odsiadki w RC wśród tysiąca osadzonych mężczyzn. Nie była przejęta ani trochę. Ta guma, ten spokój, to nonszalanckie oparcie o barierkę. Może poza, może pewność.

- Często musicie używać przemocy?
- Właściwie nigdy.

Mówiła do mnie, ale oczami wciąż wodziła po hangarze.

- Jak to możliwe?
- My tu nie jesteśmy od pacyfikacji, tylko utrzymywania spokoju. Z więźniami trzeba rozmawiać, a nie bić. Żyjemy tu razem, my i oni. My im nie wchodzimy w drogę, a oni nam.
- Trochę to za piękne, żeby było prawdziwe.
- Jeśli ich traktujesz jak ludzi, unikniesz większości problemów.

Strażnicy w San Quentin próbują być przede wszystkim pomocni. Rozmawiają z osadzonymi, słuchają o ich problemach. Pomagają, jeśli mogą, czasem nawet nagną zasady. Rok nie wyrok. Tutaj takich nie ma, wszyscy są skazani na swoje towarzystwo na długo. Muszą jakoś razem żyć, rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę, broń stwarzałaby więc tylko niepotrzebne ryzyko.

- Mogę zejść tam na dół?

Porucznik Footman wzruszyła ramionami, wciąż żując gumę i opierając się o barierkę.

Z poziomu podłogi hangar sprawiał wrażenie ciaśniejszego. Prycze stały jedna przy drugiej, w nocy osadzony ma przynajmniej trzech innych na wyciągnięcie ręki. Dwóch po obu stronach i jednego nad głową. Stan Kalifornia oficjalnie nie może sankcjonować podziałów rasowych. Prycze są więc przydzielane losowo, możesz spać obok dwóch Latynosów i czarnego gangstera. W nocy strażnicy mogą mieć tylko nadzieję, że nic się nie wydarzy. Utrzymanie kontroli jest w tych warunkach niemożliwe.

Przy bramie do hangaru mieści się umywalnia. Ktoś się golił przy wypukłym lustrze pozwalającym strażnikom na podwyższeniu widzieć, co dzieje się za bramą. Kawałek dalej stało kilka stołów na sześć osób każdy. Latynosi grali w karty. Obok kilku więźniów oglądało telewizję. Na pryczach jedni drzemali, inni czytali gazety, siedzieli, rozmawiali, ktoś robił pompki.

Przeszedłem się między łóżkami w głąb hangaru, nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Pomarańczowe drelichy schły na ramach łóżek, niektórzy nosili je zawiązane na biodrach. Ciężkie żółte światło wysoko zawieszonych lamp nie było wystarczająco mocne. Im dalej od jasnej plamy wejścia, tym było ciemniej i bardziej ponuro. Nic dziwnego, że każdy chce spać jak najbliżej bramy, nie straci wzroku.

- Tss, dziewczynko! - Wielki czarny facet, umięśniony niczym atleta, stanął przede mną, trochę za blisko, patrzył wyzywająco prosto w oczy. Śmierdział potem. Za plecami drugi. - No i czego tu szukasz?
- Ja?
- Ty.

Nie pamiętam, co było dalej, jak wymknąłem się tym dwóm więźniom, jak wyszedłem przed barak, co działo się przez następne pół godziny. Taki to był strach.

Fragment książki Tomka Michniewicza "Świat równoległy". Premiera: 23 września 2015. Wydawnictwo Otwarte.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.


INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje