Reklama

Barack Obama: Odziedziczone marzenia

Barack Obama - 44. prezydent Stanów Zjednoczonych /Alex Wong / Staff /Getty Images

"Dlaczego więc nie mogłem sobie odpuścić?" - to pytanie zadaje sobie Barack Obama, kiedy wspomina okres, w którym starał się dostać na studia. O tym, dlaczego ta decyzja późniejszego prezydenta USA była trudniejsza, niż może się to wydawać przeczytacie we fragmencie książki "Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu".

Reklama

Kiedy "Odziedziczone marzenia" ukazały się po raz pierwszy, Barack Obama miał 34 lata i dopiero zaczynał polityczną karierę. 

Reklama

Był idealistą, wierzył w siłę oddolnego działania, chciał mobilizować ludzi do walki o lepszy los. Ale żeby wytyczyć ścieżkę, którą mają podążyć inni, trzeba najpierw zrozumieć drogę, jaką się samemu przebyło. 

Dla młodego Baracka, syna białej Amerykanki i czarnego Kenijczyka, wychowanego w latach sześćdziesiątych XX wieku w białej rodzinie i kulturowym tyglu Hawajów, oznaczało to podróż śladami ojca, którego nie zdążył poznać, aż do sedna jego afrykańskiej tożsamości.

Zapis tej podróży to nie tylko wzruszająca rodzinna saga i opowieść o decydujących latach przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale także niezwykła przygodowo-etnograficzna opowieść o Kenii oraz inspirująca historia poszukującego tożsamości "pół-białego" w świecie, który nie toleruje połowicznych rozwiązań.

Na tych stronicach znalazł się zapis osobistej podróży wewnętrznej - zapis starań młodego chłopaka, który poszukiwał ojca, ale zarazem sensu własnego życia jako czarnego Amerykanina.

Przeczytaj fragment książki Baracka Obamy "Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu":

Ale tym razem matka nie wyglądała na zadowoloną. Siedziała tylko, patrząc mi w oczy, ponura jak karawan.

- Nie wydaje ci się, że za swobodnie podchodzisz do własnej przyszłości? - spytała.

- O co ci chodzi?

- Wiesz dobrze, o co mi chodzi. Twój kolega został właśnie aresztowany za posiadanie narkotyków. Masz coraz gorsze oceny. Nawet nie zacząłeś pisać podania o przyjęcie na studia. Kiedy próbuję z tobą o tym porozmawiać, zachowujesz się, jakbym ci nie wiem jak zawracała głowę.

Nie musiałem tego wszystkiego wysłuchiwać. Przecież ze szkoły mnie nie wyrzucali. Zacząłem jej tłumaczyć, że zastanawiam się, czy w ogóle wyjeżdżać na studia, że mógłbym zostać na Hawajach, chodzić na jakieś zajęcia i znaleźć pracę na pół etatu. Matka przerwała mi. Stwierdziła, że mógłbym się dostać do każdej szkoły w Stanach, gdybym w to włożył trochę wysiłku. 

- Pamiętasz, co to takiego? Wysiłek? Do licha, Bar, nie możesz tak sobie siedzieć jak jakiś obibok i liczyć tylko na łut szczęścia.

- Jak co?

- Obibok. Nierób.

Spojrzałem na matkę siedzącą z poważną miną, tak głęboko przekonaną, że wie, jaki kształt ma przyjąć moje życie. Myśl, że moje przeżycie mogłoby zależeć od łutu szczęścia, pozostawała dla niej herezją; upierała się, że za to wszystko ktoś musi ponosić odpowiedzialność - ona sama, dziadek, babcia, ja. Zachciało mi się nagle rozwiać to złudzenie, powiedzieć, że jej eksperyment z moją osobą w roli głównej zakończył się fiaskiem. Zamiast wrzeszczeć, zaśmiałem się. 

- Obibok, mówisz? A czemu nie? Może właśnie tego chcę w życiu. Popatrz na dziadka; nawet nie poszedł na studia.

To porównanie zaskoczyło matkę. Rysy jej twarzy zwiotczały, spuściła oczy. Nagle olśniło mnie, że właśnie to jest jej największą obawą. 

- To cię martwi? - zapytałem. - Że skończę jak dziadek?

Szybko potrząsnęła głową. - Ty już teraz masz o wiele lepsze wykształcenie od dziadka - powiedziała. Ale z jej głosu nareszcie wyparowała pewność siebie. Zamiast przeciągać strunę, podniosłem się i wyszedłem z pokoju. 

Billie przestała śpiewać. Cisza robiła przytłaczające wrażenie i nagle poczułem się bardzo trzeźwy. Wstałem z kanapy, zmieniłem stronę płyty, dopiłem drinka i nalałem sobie następnego. Słyszałem, jak ktoś na górze spuszcza wodę i chodzi po pokoju. Pewnie też cierpi na bezsenność, słyszy, jak tykające życie przecieka przez palce. 

Czy nie w tym leży problem z alkoholem i narkotykami? Przychodzi taka chwila, kiedy już nie są w stanie powstrzymać tykania, zagłuszyć pustki. I chyba to właśnie starałem się przekazać wtedy matce: że jej wiara w sprawiedliwość i racjonalność jest bezpodstawna, że koniec końców nie da się przezwyciężyć wszystkiego, a wykształcenie czy dobre chęci nie są w stanie zatamować dziur we wszechświecie, że nie mamy władzy zmienić jego ślepego, bezcelowego biegu.

Mimo wszystko po tym zdarzeniu czułem się źle; to z kolei był trick matki, as ukryty w jej rękawie - sprawić, żebym się poczuł winny. Zresztą matka wcale się z tym nie kryła. 

- Nic na to nie poradzisz - powiedziała mi kiedyś. - Wyssałeś to z moim mlekiem. Ale nie przejmuj się - dodała z szelmowskim uśmiechem - zdrowa dawka poczucia winy jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Na poczuciu winy zbudowana jest cywilizacja. Wina to bardzo niedoceniane uczucie.

***Zobacz także***

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje