Reklama

Wenus: Planeta z piekła rodem

Rok na Wenus trwa 252 ziemskich dób, a temperatura za dnia wynosi tu... 484 stopnie Celsjusza! /East News

Rzymianie ochrzcili ją imieniem bogini piękna i miłości. Jej łagodny blask przyciągał wzrok, odkąd tylko człowiek zaczął przyglądać się niebu. Jeszcze w połowie ubiegłego wieku nikt nie przypuszczał, że za tą eteryczną, bladoniebieską poświatą skrywa się... planeta z piekła rodem.

Reklama

Pokryty oceanami oraz deszczowymi lasami glob przypomina Dżunglę Amazońską, a temperatura na jego powierzchni nie odbiega zbytnio od ziemskiej (mimo dzielących nas 400 milionów kilometrów) - jeszcze w latach 50. XX wieku właśnie tak wyobrażano sobie Wenus. Dekadę później okazało się, że ten idylliczny obrazek w najmniejszym calu nie jest zgodny z prawdą...

Raj po sąsiedzku

Drugą planetę od Słońca zwykło się określać mianem siostry bliźniaczki Ziemi i to efektowne porównanie stało się niemal frazesem. Bo trzeba przyznać, że pozorne podobieństwa obu ciał niebieskich potrafią zmylić. Wprawdzie Wenus nie ma księżyca, ale obie planety są skaliste i jakieś cztery miliardy lat temu najprawdopodobniej uformowały się z tej samej gazowej chmury matki. W dodatku Wenus jest tylko nieznacznie mniejsza i nieco lżejsza od Ziemi oraz ma zbliżoną do niej grawitację. Jeśli dodać do tego, że znajduje się w podobnej odległości od Słońca (oczywiście w skali całego Układu Słonecznego), trudno się dziwić, iż tak długo jawiła się jako świat przyjazny i stosunkowo niezbyt odległy od naszego. Przypuszczenia naukowców sprzed ery wenusjańskich sond legły w gruzach, kiedy pierwsze wyekspediowane przez człowieka urządzenia dotarły w jej pobliże.

Bogini miłości odsłania swą twarz

Reklama

Szlak przetarły posyłane od 1961 roku radzieckie Wenery, choć dopiero ich czwarta misja zakończyła się sukcesem. Ale prawdziwego przełomu dokonali Amerykanie, gdy w 1962 roku NASA wystrzeliła sondę Mariner 2. Nie wdarła się ona wprawdzie w atmosferę planety (zbliżyła się na odległość 34 000 kilometrów), lecz dostarczyła wiele bardzo frapujących danych. Przede wszystkim wykazała zaskakującą anomalię: otóż Wenus obraca się wokół własnej osi w kierunku przeciwnym, niż obiega Słońce. Prócz tego próbnik rozwiał wszelkie złudzenia dotyczące tamtejszego klimatu. Temperatura na powierzchni to niemal 500°C, co czyni Wenus najgorętszą planetą w Układzie Słonecznym. Nawet na Merkurym, który krąży najbliżej naszej najjaśniejszej gwiazdy, jest chłodniej.

W roku 1964, dzięki radioteleskopowi działającemu w Portoryko, odkryto kolejną osobliwość: Wenus obraca się najwolniej spośród wszystkich znanych nam planet. Doba na niej trwa 243 ziemskich dni i nocy, a runda wokół Słońca zajmuje jej ok. 225 dni. Jak więc łatwo zauważyć, dzień trwa tam dłużej niż rok.

Im więcej sond docierało do celu (kolejne Marinery i Wenery, w latach  70.  amerykańskie Pioneer Venus, a potem Magellany), tym bardziej obca i groźna okazywała się planeta nosząca imię bogini miłości. Zamiast spodziewanego tropikalnego raju odkryliśmy w swoim sąsiedztwie kipiące siarką, spowite w czerwonawej poświacie piekło.

Ołowiane deszcze

Doprawdy trudno o bardziej przerażający świat. Ciśnienie jest tam niemal 100 razy wyższe od ziemskiego. Bez trudu zgniotłoby samochód osobowy (taki los spotkał zresztą pierwsze Wenery lądujące na powierzchni planety, dzięki którym nareszcie z tak bliska zobaczyliśmy jej oblicze). Temperatura, jak już wspomnieliśmy, osiąga niewyobrażalne wielkości - wystarczające, aby stopić ołów. Pod jej wpływem wszechobecne tam skały... świecą w ciemnościach.

Niebo zasnuwa gruba warstwa chmur utworzonych z kropelek kwasów siarkowego i solnego. Kopuła ta całkowicie zasłania zarówno Słońce, jak i gwiazdy, tak, że wszystko skąpane jest w upiornym rudoczerwonym świetle. Widoczność wynosi zaledwie kilkaset metrów. Częstym zjawiskiem są deszcze kwasu siarkowego lub siarczku ołowiu. Nie docierają one jednak do powierzchni, osiadając jedynie na szczytach gór.

Mimo że poszczególnym obszarom nadano miło brzmiące nazwy pochodzące od kobiecych imion (np. Ziemia Afrodyty, łac. Aphrodite Terra), jest to tylko trawiona ogniem pustynia, pełna bazaltowych głazów i pokryta gruboziarnistym piachem. Urozmaiceniem dantejskiego krajobrazu są olbrzymie kratery po uderzeniach asteroid oraz nieczynne wulkany osiągające wysokość ziemskich szczytów w Himalajach (najwyższy, Maat Mons, wznosi się na 8000 metrów).

Jakby tego wszystkiego było mało, wysłane w XXI wieku sondy odkryły, iż w atmosferze tego globu, na wysokości ponad 60 kilometrów nad powierzchnią, hulają gigantyczne huragany, przy których te ziemskie wydają się łagodne niczym ciepły, wiosenny zefirek.

Świat Wiedzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje