Reklama

Greenwashing, czyli ekologia na pokaz. Jak korporacje nabijają nas w ekobutelkę?

Bycie eko na pokaz to coraz częstsza praktyka wielu firm. Na zdjęciu: Rysunek pozostawiony przez protestujących w ramach inicjatywy Fridays for Future w Rzymie /Stefano Montesi/Corbis /East News

Warzywa z naklejką "bio” szczelnie opatulone plastikiem, "przyjazne dla środowiska" samochody, "czysta" energia z paliw kopalnych – wielkie korporacje karmią nas stekiem zielonych kłamstw. Poznajcie najnowszą technikę sprzedażową: greenwashing, czyli "ekościemę".

W dobie kryzysu klimatycznego bycie eko przestaje być modą, a staje się koniecznością. Z tego powodu popyt na “zielone" produkty - mimo ich wyższej ceny - stale rośnie. A tam, gdzie jest popyt, pojawia się i podaż. Sklepowe półki uginają się od organicznej żywności, naturalnych kosmetyków czy wytwarzanej "uczciwie" odzieży. A przynajmniej tak głoszą etykiety.

Reklama

Problem w tym, że wiele korporacji woli iść na skróty: zamiast faktycznie zmienić sposób produkcji i ubiegać się o ekologiczne certyfikaty "zazielenia" się jedynie na papierze. - Firmy stosują greenwashing, ponieważ rośnie świadomość ekologiczna konsumentów, co zaczyna przekładać się na ich decyzje zakupowe - wyjaśnia Natalia Ćwik z Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Na czym jednak właściwie to polega?

Jak wykazały badania, jedna osoba na trzy deklaruje, że dba o środowisko - choć zaledwie 3 proc. rzeczywiście robi coś w tym kierunku. Ci nieliczni, którzy naprawdę chcą być eko, nie mają łatwego zadania. Według raportu Terra Choice dekadę temu nawet 95 proc. rzekomo ekologicznych produktów z ekologią miało niewiele wspólnego. 

Obecnie sytuacja nieco się poprawiła, m.in. dzięki wprowadzeniu odpowiednich regulacji prawnych. Sporo pozostaje jednak w tej kwestii do zrobienia. Zdecydowana większość dużych firm ma bowiem na sumieniu grzech greenwashingu (inaczej: zielonego kłamstwa, ekościemy). Pojęcie to wprowadził w latach 80. amerykański działacz na rzecz ochrony środowiska Jay Westerveld. 

Jego uwagę zwróciła stosowana przez niektóre hotele praktyka zachęcania gości do rzadszego wymieniania ręczników - rzekomo z troski o przyrodę (częstsze pranie to więcej zużytej wody i większe zanieczyszczenie detergentami), ale faktycznie chodziło o zaoszczędzenie na kosztach prania. Etycznie wątpliwa była przy tym nie sama inicjatywa - w gruncie rzeczy słuszna - ale raczej to, że klientów wprowadzano w błąd.

Pół biedy, jeżeli takie "mydlenie oczu na zielono" sprowadza się do półprawdy, za którą kryją się działania w jakimś stopniu pozytywnie odbijające się na środowisku. Ekościema często przyjmuje jednak zdecydowanie bardziej drastyczne formy: od pomijania niewygodnych informacji w reklamach i na etykietach, przez fałszywe znakowanie produktów i przerzucanie odpowiedzialności za ochronę przyrody na konsumentów, po perfidne kłamstwa. 

Wszystko to pod płaszczykiem troski o naszą planetę. Liczne firmy wydają więcej pieniędzy na wmawianie światu za pomocą reklam i akcji PR-owych, że są "zielone", niż na wprowadzenie faktycznych ekologicznych praktyk biznesowych. 

Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bycie eko zwyczajnie się opłaca. 

Świat Wiedzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje