Reklama

​Glacjoblogia: Ratując lodowce, ratujemy samych siebie

"Narobiliśmy szkód, których nie da się odwrócić" - mówi dr Jakub Małecki, autor bloga Glacjoblogia. Na zdjęciu jeden z lodowców na Spitsbergenie /Arterra / Contributor /Getty Images

Mówisz o strasznych rzeczach, ale takich których nie zobaczą nawet nasze wnuki. 

- W krótszej perspektywie, czyli do końca tego stulecia, poziom morza aż tak drastycznie nie wzrośnie. Według pesymistycznych prognoz, a te w mojej dziedzinie często się sprawdzają, wzrost o jeden metr jest jak najbardziej realny. 

Reklama

- Pytałeś mnie, ile mamy czasu. Boję się, że go już w ogóle nie mamy, bo wiele rzeczy totalnie wymknęło się spod kontroli.

Co oznacza ten jeden metr dla Polski? Wiele osób powie, że kompletnie nic, bo przecież mamy wały przeciwpowodziowe, a do tego nie stanie się to za ich życia.

- Pamiętajmy, że mówimy tu o średniej. Morze nie jest naczyniem, w którym poziom wody rośnie równomiernie we wszystkich miejscach. Jak zwykle ma na to wpływ wiele różnych czynników - od ciśnienia atmosferycznego po kierunek wędrówki wyżów i niżów, a nawet anomalie grawitacyjne. Kiedy wielkie masy lodu topnieją, to zmniejsza się ich siła przyciągania. 

- Wydaje się to paradoksalne, ale w obszarach polarnych, gdzie lodu jest coraz mniej, poziom mórz opada. Efekt grawitacyjny słabnie, a woda "rozlewa" się w stronę szerokości podzwrotnikowych. 

- To dlatego stosunkowo ubogie i położone w najbardziej niekomfortowych strefach klimatycznych kraje najbardziej odczują te skutki. Na półkuli północnej efekty te nie będą aż tak silne ale musimy pamiętać, że lądy się ruszają. Żyjemy w końcu na żywej planecie. W przypadku Bałtyku, który nie jest dużym morzem, obserwujemy spadek poziomu morza na północy, gdyż Skandynawia ciągle się wypiętrza. Ale u nas są wzrosty. To 2-3 milimetry rocznie i rozumiem, że wydaje się, że to nie jest dużo. Kiedy jednak pomyślimy o tym w skali centymetrów na dekadę, to problem już zaczyna być dostrzegalny. Do końca wieku będzie to kilkadziesiąt centymetrów i to już robi kolosalną różnicę, kiedy mowa o bezpieczeństwie naszego wybrzeża.

- Z każdym centymetrem znacząco zwiększa się zasięg wdzierania się fal sztormowych w głąb lądu. Im głębiej, tym większe zniszczenia. Dodatkowo intensyfikuje się erozja. Wybrzeża Bałtyku nie są skaliste, tylko "miękkie". Budujemy na nich hotele, deptaki, budki z lodami. Zapominamy o pozostawieniu choćby pasa wydm, żeby turyści mieli lepsze widoki. Wycinane są drzewa, które stabilizują naturalne zapory. Przyjdą takie czasy - może w latach 70., 80., a może jeszcze wcześniej, że pożałujemy skutków tych decyzji. Już teraz trzeba znaleźć fundusze, naprawdę mnóstwo kasy, na budowanie odpowiednich zabezpieczeń. I to również są efekty zmian klimatu, poza tymi najbardziej już oczywistymi.

Czyli nie ma na co czekać?

- O tym, o czym przed chwilą powiedziałem powinniśmy myśleć już od dawna. Potrzebny jest plan i strategia ochrony wybrzeża, bo bez nich stracimy je bezpowrotnie. Już teraz musimy określić, gdzie i co budować, co można poświęcić, a co chronić za wszelką cenę. Takich dalekosiężnych działań, na tę chwilę, osobiście w Polsce nie widzę. My staramy się już teraz edukować ludzi - i to nawet przedszkolaków - o zmianach, które niosą za sobą zmiany klimatu, które sami wywołaliśmy.

Czy to wszystko da się jeszcze zatrzymać? Odpowiedź poznasz na następnej stronie >>>

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: glacjologia | glacjoblogia | Jakub Małecki | lodowce | svalbard | spitsbergen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje