Reklama

Fake news biznes: Jak zarabia się na kłamstwie w sieci?

Rozprzestrzenianie fałszywych informacji to bardzo dochodowy interes. Pandemia koronawirusa pokazała to dobitnie /123RF/PICSEL

Kliki muszą się zgadzać

Nie bez winy są także hegemoni świata nowych mediów. Pokazała to opisywana przez "The Guardian" afera z sygnalistką Sophie Zhang, zwolnioną za ujawnienie nieprawidłowości w firmie Marka Zuckerberga. 

Reklama

Oficjalnie jej przygoda z firmą zakończyła się przez słabe wyniki w pracy, ale Zhang uważa, że stało się to po tym, jak publicznie opowiedziała o praktykach Facebooka. Jej zdaniem gigant dokłada starań, by walczyć z dezinformacją i manipulacją informacjami w krajach bogatych, podczas gdy w biedniejszych państwach świadomie przymyka oko na ten problem. 

Chodzi konkretnie o zgłaszane przez nią przypadki propagowania fałszywych treści przez polityków w Hondurasie i Azerbejdżanie. Centrala czekała odpowiednio 344 i 426 dni od momentu, gdy Zhang złożyła raporty. Na tyle długo, by w obu krajach zdążyły odbyć się wybory, jej zdaniem zmanipulowane. 

- Facebook zarabia z ruchu - zauważa Rafał Pikuła. - Jest mnóstwo badań, które jasno pokazują, że fake newsy bardziej angażują odbiorców i notują większe zasięgi. Według raportu Oxford Internet Institute z 2019, największe zasięgi notują doniesienia związane z imigrantami, islamofobicznie i mocno nacechowane ideologicznie. Jeśli przypomnimy sobie kampanię wyborczą z 2015 roku,  numerem jeden była retoryka antyimigrancka, która wywoływała burzliwe dyskusje. Mamy tu pewną hipokryzję. Facebook może mówić, że walczy z "fejkami", ale każdy wpis i każdy komentarz to dla nich zysk.

Edukacja informacyjna? Najwyższa pora

Nie ma wątpliwości, że zalew zmanipulowanych treści imitujących informacje jest społecznie szkodliwy. Jednak eksperci są zgodni: prawo nie nadąża za dynamicznym światem nowych mediów, przez co nie może nas skutecznie chronić. 

Zdaniem redaktora MIT Sloan Review Management, chęć podjęcia działań na poziomie instytucjonalnym przeciwko działalności opartej na szerzeniu nieprawdy, wbrew licznym deklaracjom, jest bardzo mała. Jak twierdzi, media finansowane przez rządy bardzo często posługują się fejkami, żeby utwardzić elektorat. 

- Kanały rządowe to tuby propagandowe, obojętnie, kto jest u władzy - mówi. - Politycy także chętnie manipulują faktami. Przykład mieliśmy za oceanem. Podczas debaty Bidena z Trumpem, 70 proc. wypowiedzi Donalda Trumpa nie miało pokrycia w rzeczywistości, to była nieprawda. Ale bardzo łatwo jest rzucić coś, co brzmi jak informacja, bo weryfikacja tego zajmie dzień czy dwa, a wtedy będzie już po debacie. 

- Zarządzanie przez strach, przez tworzenie wyimaginowanego obcego, wroga, to najprostszy sposób zarządzania masami - dodaje Pikuła. - W 2015 tym "obcym" byli uchodźcy. Ale po jakimś czasie potencjał tych fake newsów się skończył, bo okazało się, ze nie ma żadnych fal uchodźców, płynących do Polski. Wymyślono więc kolejnego wroga i fake newsy związane z tematem mniejszości seksualnych.

- Facebook musi zająć się tym problemem na poważnie, ale do tego potrzeba rozwiązań na poziomie instytucjonalnym - podsumowuje. - Powinno się zmusić gigantów technologicznych do realnej walki z fake newsami. Warto zacząć działania od siebie samego. Wyczyścić swoje media społecznościowe, edukować znajomych, pokazywać, jak to funkcjonuje, nauczać rodziców, dziadków, którzy nie są obeznani z internetem. Trzecia rzecz to właściwa i dobra edukacja internetowa. U nas w szkole nie uczy się weryfikacji treści medialnych. Zdecydowana większość uczniów w tych czasach czerpie wiedzę z sieci, nie z książek. Epoka nauki zdalnej, kiedy dzieci siedzą przy komputerach to najlepszy moment, żeby pokazać jasne i ciemne strony internetu. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje