Reklama

Dzień, w którym wyginie ludzkość

"Zawsze znajdzie się człowiek, który nie wie, że ma właśnie umrzeć , i nie umrze – jest odporny. A jeśli tylko przeżyje ich dwoje, to zaczynamy od nowa” - Jaroslav Julák, Instytut immunologii i mikrobiologii /fot. Świat na dłoni /materiały prasowe

Uderzenie planetoidy - to nie spadająca gwiazda, ale lepiej pomyśl życzenie

Czasami całkiem fajnie jest mieć do dyspozycji środki przekazu. Dowiemy się z nich na przykład, że do Ziemi zbliża się planetoida XY, a także tego, jakiej jest wielkości i jakie jest prawdopodobieństwo, że spadnie nam na głowę. Porównajmy to z dinozaurami. One nie miały tego szczęścia. Zupełnie nie zdawały sobie sprawy, że w stronę Ziemi pędzi planetka, którą my, ludzie, nazwiemy Chixculub. Jednak nawet gdyby o tym wiedziały, nic by im to nie dało.

Reklama

Wyginęło 75 proc. organizmów na Ziemi

Cofnijmy się do okresu sprzed 66 milionów lat. Planetka o średnicy 6-18 kilometrów spadła na teren dzisiejszej Zatoki Meksykańskiej, tam, gdzie obecnie znajduje się wybrzeże półwyspu Jukatan. Następstwa katastrofy były nie do opisania. Szacuje się, że wyginęło około 75% istniejących organizmów żywych, a wśród nich nieptasie dinozaury, pterozaury i wielkie morskie płazy. W ten sposób został nieodwracalnie zamknięty pewien słynny rozdział życia na naszej planecie.

Iryd u nas nie występuje

Ze względu na fakt, że planetoida po uderzeniu prawdopodobnie wyparowała, dokładniej mówiąc, nic z niej nie zostało, w świecie nauki długo mówiło się o niej jako o hipotetycznej planetoidzie. Przełom nastąpił dopiero w 1980 roku, kiedy to ojciec i syn, Luis i Walter Alvarez odkryli niezwykłą warstewkę osadu z okresu, w którym doszło do katastrofy, a w niej również ślady pierwiastka irydu, który nie występuje na Ziemi, a więc musiał tutaj trafić z kosmosu. Kiedy połączyli to z faktem, że pod kilometrową warstwą gleby naukowcy odkryli olbrzymi krater, doszli do jednoznacznego wniosku: To wszystko mogło spowodować tylko uderzenie planetoidy.

Na szczęście to było tylko na niby

To, jakby dzisiaj skończyła ludzkość przy podobnej katastrofie, potrafimy sobie dzięki komputerom całkiem dobrze wyobrazić. Naukowcy z Purdue University stworzyli specjalną symulację, podczas której spuścili na powierzchnię ziemi na szczęście naprawdę tylko hipotetyczną planetoidę. Otrzymała ona nazwę 2500 YU55, miała 400 metrów i miała spaść w morską głębinę dokładnie pod kątem 90°. Pomimo że wyobrażony kosmiczny najeźdźca dosłownie rozpadł się na kawałki już 11 kilometrów nad Ziemią, dokonał straszliwego spustoszenia.

Najpierw trzęsienie ziemi, a potem tsunami

Wskazówki sejsmografów, mierzących siłę trzęsienia ziemi już na minutę po uderzeniu osiągnęłyby 6,8 stopni w skali Richtera. Fala dźwiękowa w postaci wiatru osiągałaby niewiarygodną prędkość 470 km/h. To, co by pozostało, doszczętnie zniszczyłoby tsunami, które mogłoby osiągnąć wysokość nawet 40 metrów. Dla zwolenników energii atomowej mamy pocieszającą wiadomość: elektrownie atomowe prawdopodobnie przetrwałyby tę katastrofę.

***Zobacz także***

Treści popularno-naukowe z miesięcznika Świat na Dłoni wydawnictwa Amconex

Świat na Dłoni

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Koniec świata | superwulkan | katastrofy | Trzęsienie ziemi | tsunami | wirus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje