Reklama

Żeby się chciało chcieć

Jest potrzebna do tego, żeby wstać z łóżka i do tego, by zdobyć K2. Motywacja.

Wiadomo, że można się jej nauczyć! Zbliża się początek roku szkolnego, więc czas najwyższy...

Reklama

Czym bliżej nowego roku akademickiego, tym bardziej 28-letnia Wioletta, redaktor w wydawnictwie ekonomicznym, popada w przygnębienie. Nie skończyła studiów w terminie, ponieważ jako 21-latka poszła do pracy. Teraz nadrabia zaległości.

- Po letniej sesji byłam pełna entuzjazmu. Mówiłam: "Od października będę się uczyła na bieżąco, zaliczę wszystko w zerowych terminach. Kupiłam nawet segregator, który miał mi pomóc w uporządkowaniu notatek. I na tym się skończyło. Teraz coś we mnie krzyczy: "Nie chcę, nie mogę, nigdy więcej nie przekroczę progu Wydziału Nauk Politycznych!".

Ucieszyłam się, kiedy okazało się, że w terminie pierwszego zjazdu mam konferencję, której nie mogę opuścić. To dobra wymówka, żeby nie iść do szkoły - dodaje.

Każdemu wedle potrzeb

Przypadek Wioletty nie jest niczym zaskakującym - mówi dr Barbara Kmiecik-Baran, psycholog z Uniwersytetu Gdańskiego. - Dziewczynie po prostu brakuje odpowiedniej motywacji. Gdyby studia były warunkiem kariery, pewnie nie miałaby kłopotów z chodzeniem na zajęcia. Ale ona już zrobiła karierę i to w zupełnie innej branży! Studia właściwie są jej niepotrzebne - dodaje. Według Oxford English Dictionary motywacja jest "świadomym lub nieświadomym bodźcem do działania w pożądanym przez nas kierunku, dostarczanym przez czynniki psychologiczne lub społeczne i nadającym cel lub kierunek zachowaniu". W znaczeniu psychologicznym, jak pisze Georg Miller, motywacje "są to te wszystkie popędy i dążenia - biologiczne, społeczne i psychologiczne, które nie pozwalają nam pozostawać w bezczynności i popychają nas, mniej lub bardziej zdecydowanie, ku działaniu".

- Wszystko się sprowadza do tego, żeby nam się chciało chcieć - śmieje się dr Kmiecik-Baran. Teresa Różalska z firmy Koncept, zajmującej się organizowaniem szkoleń mówi, że na każdego działa coś innego. Dla jednych będzie to święty spokój w pracy, dla innych wręcz przeciwnie - potrzebują adrenaliny. Jednych wizja podwyżki może tak "zakręcić", że będą harowali jak woły. Zwłaszcza, jeśli do tego będą mieli nad sobą bat. Innym pieniądze są obojętne, ale konieczne jest wyzwanie. Czym trudniejsze i bardziej zaskakujące, tym lepiej. Ten ostatni typ motywacji jest niezwykle popularny w kręgach biznesowych i wśród tzw. wolnych zawodów. Fachowo nazywa się on BHAG i został opracowany przez Jima Collinsa. W wolnym tłumaczeniu skrót BHAG oznacza Wielki Włochaty (Dziki) Zuchwały Cel. W gruncie rzeczy chodzi tu o marzenia. Należy postawić przed załogą cel, którego realizacja co prawda wymaga niezwykłej koncentracji, zarywania nocy, pracy na granicy wytrzymałości, ale efekt przyniesie sławę i chwałę.

- Trzeba jednak uważnie dostosowywać metodę motywacji do konkretnych pracowników - zastrzega Różalska. - Uczestnicy naszych kursów najpierw muszą wypełnić dużą ankietę, żebyśmy wiedzieli, z kim mamy do czynienia. Od ich osobowości zależy to, co będziemy z nimi robić. Ważny jest też stopień ich zaangażowania - dodaje.

Najłatwiej pracuje się z entuzjastami. Im niewiele trzeba do tego, by z radością pokonywać kolejne szczeble kariery. Wystarczy pokazać im plusy nowej sytuacji, wskazać cel i już pędzą do przodu. Z obojętnymi jest trochę trudniej. Są sceptyczni, rozważają wszystkie "za" i "przeciw". Trzeba im więc przedstawić bilans zysków i strat. Z niechętnymi jest najgorzej. Nic nie przełamie ich oporu, jeśli nie zechcą współdziałać. W tym wypadku zacząć należy od diagnozy, odpowiedzi na pytanie, dlaczego wszystko jest na "nie". Dlaczego nie chce im się iść do szkoły, dlaczego nie mają ochoty na sport, spotkania ze znajomymi, dlaczego nie wyślą CV...

Marzenie menedżera

Kiedy Leo, 51-letni urzędnik, stracił motywację do pracy, został wysłany na 3-miesięczne zwolnienie lekarskie. Dostał psychologa, który dokładnie prześledził jego sytuację rodzinną i zawodową. Psycholog skontaktował się z szefami mężczyzny i powiedział, że zakres jego obowiązków wystarczyłby na 3 etaty. Pracodawca musiał to uwzględnić pod groźbą kary. Leo jest Holendrem i motywowanie go do pracy odbyło się na koszt państwa. W Polsce sprawa jest bardziej skomplikowana. Prywatna wizyta u terapeuty kosztuje powyżej 50 złotych. Żeby leczenie było skuteczne, niezbędne jest co najmniej kilka spotkań.

W przypadku pracowników wielkich korporacji pracodawcy często organizują swoim ludziom szkolenia motywacyjne. - Są niezwykle popularne - mówi menedżer w firmie produkującej żywność. - Jednak obejmują jedynie pracowników w dobrej kondycji. Chodzi o to, żeby wycisnąć z nich jak najwięcej. Ci, którzy mają wątpliwości, stracili siły, są na ogół zwalniani. Nikt nie będzie wydawał na nich pieniędzy - dodaje.

A pieniądze są nie byle jakie! Weekendowy kurs technik motywacyjnych kosztuje powyżej 1000 złotych za osobę. Nic więc dziwnego, że firmy, które je organizują, wyrastają jak grzyby po deszczu. Wystarczy wpisać w internetową wyszukiwarkę hasła "motywacja" i "szkolenie", by na ekranie ukazało się kilkadziesiąt ofert. Są szkolenia dla menedżerów ("jeżeli chcesz spełnić marzenie skutecznego menedżera, sprawić, aby twoi ludzie pokazywali w swojej pracy to, co w nich najlepsze, pracowali z większym entuzjazmem, utożsamiali się z celami firmy, weź udział w tym szkoleniu") i dla pracowników ("chcesz z radością i zapałem podchodzić do swoich zadań?").

Chłopcy w krawatach

Marcin trenerem technik motywacyjnych został 2 lata temu. Nie chce zdradzać nazwiska, ponieważ do swojego zajęcia ma stosunek cyniczny. - Skończyłem politykę społeczną na warszawskim uniwerku. Imałem się różnych zajęć, aż wreszcie z kumplem założyłem firmę szkoleniową - opowiada. - Przez kilka lat uczyliśmy biznesmenów i samorządowców procedur związanych z ubezpieczeniami społecznymi. Później okazało się, że można wyciągnąć sporo kasy, organizując szkolenia z zakresu psychologii. Walka ze stresem, techniki motywacyjne i inne tego rodzaju bzdury. Oczywiście, mimo że mnie to śmieszy, do sprawy podchodzę poważnie. Zatrudniam psychologów, sam też skończyłem kursy. I, co najdziwniejsze, ci poważni faceci w garniturach ulegają manipulacji! - dodaje.

Marcin prowadzi zajęcia stacjonarne. Zamyka na weekend grupę menedżerów w ośrodku wypoczynkowym i razem z kumplami prowadzi wykłady. Zaczyna się jednak rozglądać za nowymi możliwościami. Interesują go techniki motywacji behawioralnej. - Menedżerów przebiera się w dresy i wywozi do lasu. Musza się wspinać po linach, żywić korzonkami, przedzierać przez bezdroża quadami, czterokołowymi motocyklami. Panowie są szczęśliwi, że przez 3 dni znów mogą być małymi chłopcami, uczą się na nowo układać stosunki w grupie...

Optymiści górą

Ale kursy to nie wszystko. - Przeprowadzałam kiedyś badania dotyczące ambicji edukacyjnych wśród dzieci z biednych dzielnic Trójmiasta - mówi dr Barbara Kmiecik-Baran. - Okazało się, że większość dziewcząt chciała zostać fryzjerkami lub sprzedawczyniami w sklepie, a chłopcy mechanikami i kierowcami. To oznacza, że marzenia, a więc także ambicje i motywacje, wynosimy z domu. Jeśli rodzina żyje w przekonaniu, że nie warto sięgać wyżej, to dzieci też nie maja na to ochoty. U takich osób wytrenowanie czegokolwiek może być niezwykle trudne - dodaje psycholog.

Jest jednak i druga strona medalu. Jeżeli rodzice zaszczepią dziecku nie tylko ambicję, ale również... optymizm, to ma ono większa szansę na sukces niż jego ponurzy koledzy. I wcale nie będzie musiało w przyszłości wydawać pieniędzy na kursy motywacyjne. Potwierdziły to amerykańskie badania przeprowadzone wśród 15 tys. kandydatów na pracowników agencji ubezpieczeniowych. Po jakimś czasie okazało się, że optymiści zrobili błyskotliwą karierę, podczas gdy pesymiści... masowo zwalniali się z pracy.

Ewa Jagalska

Tekst pochodzi z gazety

Dzień Dobry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje