Zabił, bo go obraziła

Antoni prawie połowę swego życia spędził w więzieniu. Kiedy znalazł się na wolności, szybko wrócił do popełniania przestępstw. Na początek postanowił zgwałcić kobietę, która go znieważyła.

Więzienna brama otwierała się powoli. Stojący obok skazańca strażnik pożegnał go krzywym spojrzeniem i słowami: "Mam nadzieję, że nigdy już się nie spotkamy". Antoni tylko uśmiechnął się do niego i nic nie odpowiedział. W ręce mocno ściskał reklamówkę, do której zapakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy i kartkę z adresem Janiny B. Po ponad czterech latach spędzonych w zakładzie karnym w Goleniowie znów był wolny.

Reklama

Słowa, które bolą

Uliczny gwar i hałas jeżdżących samochodów wprawiały go w dziwny nastrój. Wszystko wydawało mu się tak piękne. Nie wiedział, dokąd ma się udać. W końcu postanowił, że wróci do rodzinnego domu w Puławach. Zdawał sobie sprawę z tego, że nikt tam na niego nie czeka i pewnie matka z ojcem nie będą kryć wściekłości, kiedy go zobaczą, ale nie miał gdzie się podziać.

Powoli ruszył w kierunku dworca kolejowego. Za pieniądze, jakie dostał przed wyjściem na wolność od wychowawcy więziennego, kupił bilet i wsiadł do pociągu. Rozsiadł się wygodnie w ostatnim przedziale trzeciego wagonu i przymknął oczy. Zastanawiał się, jak dalej pokierować swoim życiem. Pragnął wrócić do domu, znaleźć pracę, ustatkować się, odnaleźć syna. W końcu skończył już 35 lat, no i ponad 15 przesiedział w zakładach karnych. Była jednak sprawa, która nie dawała mu spokoju. Wciąż myślał o słowach, jakie usłyszał od pracującej w zakładzie karnym Janiny B.: "Odwal się ode mnie, jesteś zerem, nic niewartą ciotą, wiesz?". Mimo iż od czasu odsiadki jej nie widział, pamiętał, że poprzysiągł kobiecie zemstę. Nawet nie wie, z kim zadarła - pomyślał Antoni.

Parszywe życie kryminalisty

Antoni Kurzwicki urodził się 13 czerwca 1948 roku w Puławach jako czwarty syn Jana i Marianny. Pochodził z robotniczej rodziny, w dzieciństwie nie sprawiał większych problemów wychowawczych. Był raczej dobrym uczniem. Po szkole podstawowej uczęszczał do zawodówki, którą skończył z wynikami dostatecznymi i tytułem wykwalifikowanego obuwnika przemysłowego. Jednak potem zaczęły się kłopoty.

Jak wynika z jego akt osobowych, w tym czasie sprzyjał ze światkiem przestępczym. Wtedy też pierwszy raz sięgnął po alkohol, który później stał się nieodłącznym towarzyszem jego, jak sam określał, parszywego życia. Zaraz po uzyskaniu pełnoletności wraz z dwoma kolegami napadł na sklep, za co w grudniu 1966 roku skazano go na cztery lata więzienia. Po wyjściu na wolność, w lutym 1970 roku, związał się z młodszą od siebie o trzy lata Karoliną F. Po niespełna roku urodził się im syn Marek. Kurzwicki nie cieszył się długo rolą ojca, bo już pod koniec 1971 roku ponownie go aresztowano pod zarzutem włamania się do sklepu. Tym razem sąd wymierzył mu karę pięciu lat pozbawienia wolności. Wyrok odsiadywał w więzieniu w Chełmnie.

Znudzona życiem matki

Początkowo Karolina odwiedzała go razem z maluchem, jednak już po roku takie małżeństwo na odległość ją znudziło, podobnie jak bycie matką, dlatego bez żadnych skrupułów porzuciła swego synka w jednym z sierocińców i zrzekła się praw rodzicielskich. Marek dorastał w domu dziecka.

W listopadzie 1976 roku Antoni wyszedł na wolność i wrócił do Puław. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby odwiedzić syna, nie interesował go los własnego dziecka. Ważniejsze okazało się odnowienie kontaktów ze starymi kumplami. Wolnością cieszył się zaledwie pół roku, już w kwietniu 1977 został skazany na rok i sześć miesięcy więzienia za rozbój. Zwolniono go rankiem 22 października 1977, a wieczorem ponownie został zatrzymany.

Tym razem Kurzwickiego skazano na karę pięciu lat pozbawienia wolności za gwałt na nieletniej Marzenie K. Dwa ostanie wyroki odsiadywał w zakładzie karnym dla mężczyzn recydywistów w Goleniowie, wyszedł stamtąd w 1982 roku, zwolniony za dobre sprawowanie, po odbyciu dwóch trzecich z orzeczonej kary.

Próba normalności

Pociąg zatrzymał się na stacji w Puławach. Kurzwicki wysiadł i ruszył w kierunku swojego domu. Gdy dotarł na miejsce, drzwi otworzyła mu matka. Kobieta nie odezwała się, stała nieruchomo i patrzyła na niego. Po chwili spuściła głowę i wycofała się w głąb mieszkania. Antoni wszedł do środka, rozejrzał się niepewnie.

- A ojciec gdzie jest? - spytał matkę.

- Nie żyje - odparła. - Zawał.

Mężczyzna poszedł do swojego pokoju i położył się na łóżku. Był w tej chwili zbyt zmęczony na jakiekolwiek rozmowy. Pogadam z nią jutro - postanowił i zasnął. Nazajutrz wczesnym rankiem, zanim jeszcze matka zdążyła się obudzić, wyszedł z domu. Wrócił około południa. W ręce trzymał kwiatek.

- Mamo, przepraszam cię za wszystko, teraz będzie inaczej, zobaczysz - powiedział.

- Już nieraz obiecywałeś. Jak mogłeś skrzywdzić to dziecko, myśmy cię tak nie wychowali - kobieta patrzyła na niego surowo.

- Ja naprawdę tego nie zrobiłem. Nie mógłbym skrzywdzić tej małej. Przecież sam jestem ojcem - starał się usprawiedliwić.

- Twój syn poszedł na poniewierkę, a ty mówisz, że jesteś ojcem! - Marianna nie kryła oburzenia.

- Mamo, weźmiemy Mareczka do siebie, wychowam go - obiecał. - W więzieniu zrobiłem kurs na palacza centralnego ogrzewania, byłem dziś u kierownictwa PKS i dostałem robotę, będzie dobrze.

Kobieta dopiero w tym momencie odważyła spojrzeć się w oczy swemu synowi, który już wielokrotnie obiecywał jej poprawę i za każdym razem zawodził. Może naprawdę się zmienił - pomyślała.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje