Reklama

Studenci, baczność!

Ponad 2,5 tysiąca studentów spędziło wakacje w jednostce wojskowej. Co im strzeliło do głowy?

Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu. Na strzelnicy uwija się kilkudziesięciu żołnierzy. 30-stopniowy żar leje się z nieba. To już czwarta godzina zajęć w terenie. Pot zalewa oczy, przepocona bluza munduru przykleja się do pleców, karabin maszynowy PK ciężki jak diabli i jeszcze cięższa skrzynka z amunicją sprawiają, że ręce wyciągają się do kolan.

Reklama

Jazda na szmacie

Ponad 2,5 tysiąca studentów z całego kraju, zamiast wygrzewać się na plaży, odbębniało w wakacje służbę wojskową. Jeszcze kilka lat temu w modzie było olewanie wezwań z Wojskowej Komendy Uzupełnień, struganie wariata na komisji lekarskiej oceniającej przydatność poborowych do służby.

Cała zabawa była o tyle uciążliwa, że kto nie miał tzw. uregulowanego stosunku do służby wojskowej, ten nie mógł liczyć ani na kredyt w banku, ani na znalezienie stałej pracy. Zarówno bankowcy, jak i pracodawcy obawiali się, że świeżo upieczony absolwent w każdej chwili może pójść na 3 miesiące w kamasze, i kto wtedy zapłaci raty, albo weźmie sobie na głowę dodatkowe obowiązki? Dlatego MON zaoferował żakom odbycie szkolenia wojskowego w wakacje.

W tym roku zielony mundur chciało założyć prawie 6,5 tysiąca żaków. Miejsc starczyło dla 2557. - Taki sposób rozliczenia z armia bardzo przypadł do gustu studentom - mówi dowodzący studenckim wojskiem kpt. Dariusz Wyrzykowski z Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu. - Studenci wolą odbyć szybki 6-tygodniowy kurs w dogodnym wakacyjnym terminie, niż po zakończeniu studiów czekać Bóg wie jak długo na powołanie z WKU.

- Pierwsze moje pytanie do tych ludzi brzmiało: "co wam strzeliło do głowy, że się tu zgłosiliście?" - opowiada kpt. Tomasz Szulejko, wykładowca CSWL. - Jedni chcą mieć święty spokój i jak najszybciej odbębnić uciążliwy obowiązek, inni są tu dla przeżycia męskiej przygody, a są i tacy, którzy już startują w wyścigu szczurów, i stopniem kaprala czy podporucznika rezerwy zamierzają pochwalić się przyszłemu pracodawcy.

- To szkolenie traktuję jako inwestycję w siebie - mówi 23-letni pchor. Tomasz Rozmus. - Od razu wpiszę je sobie do "cefałki". Dzięki temu pracodawca widzi, że nie chciałem migać się od wojska, oszukiwać państwa. Jestem więc godny zaufania, dam sobie radę w stresie i pod presją czasu. Oczywiście liczy się też przygoda: - Ludzie płacą ciężkie pieniądze w jakichś szkołach przetrwania, a tu full wypas: ostre strzelanie, wikt i opierunek, do tego każdy dostaje 400 złotych żołdu.

Włosy pustelnika i kolczyk

- To źle, tamto niedobrze. Cały czas dostajemy w d... - skarży się jeden z podchorążych. - Myślałem, że skoro jesteśmy studentami, to dadzą nam taryfę ulgową - dodaje.

Piot Hołubek, 22-letni student Wyższej Szkoły Bankowości i Finansów w Bielsku-Białej, mówi krótko: - Nie spodziewałem się, że tak nami będą orać. Codziennie 8 - 10 godzin zajęć, jak nie poligon, to teoria. I to więcej niż niejeden egzamin na mojej uczelni! Potem "jazda na szmacie po rejonach", czyli sprzątanie. 0 22. człowiek pada na łóżko jak kłoda. Na krótko. O godz. 5. rano karuzela rozpoczyna się od nowa - opowiada.

Dyskusję przerywa tubalny głos chorążego: - Kto chce do mamy, wystąp! (zapada cisza). Nie? Dobra. Pobierzcie sprzęt. Wyjeżdżamy na poligon. Biegiem! Czas wykonania zadania 5 minut!

Wegetarianin w szkole przetrwania

- To był szok - opowiada Krzysztof Gryboś, 21-letni student politologii. Do jednostki przyjechał prosto z rockowego festiwalu Woodstock w Kostrzyniu. Ciężko mu było przestawić się na życie według regulaminu. W dodatku nie je mięsa, a na śniadanie co drugi dzień jest kiełbasa. Po paru wpadkach ma już ksywkę "Lider".

- Najciężej było na poligonie. 20 km marszu w pełnym ekwipunku i z bronią, kopanie stanowisk strzeleckich, maskowanie się. Cały czas w biegu i stresie. Do tego instruktorzy co chwila serwowali nam "atrakcje", np. atak lotnika w połowie obiadu. Krzyk, pot i krew z obtartych nóg. Niektórzy tak dostali w kość, że koledzy musieli ich zawlec do ciężarówek, którymi wracaliśmy do jednostki - opowiada Krzysiek.

21-letni Marcin Turowski, student Wyższej Szkoły Pożarniczej, dodaje, że nawet po powrocie do koszar nie mieli spokoju. - Ale w sumie jest fajnie - dodaje. - Liczy się także to, że po paru tygodniach mam już zaliczone wojsko. A w straży pożarnej to podstawowy warunek, żeby zacząć pracę. Jest trochę męskiej przygody. Rzucamy granatami, strzelamy - mówi, zarzucając na plecy swojego "kałacha".

Brzuszki dobrze, drążek - dramat

Kapitan Dariusz Wyrzykowski podkreśla, że studenci to wdzięczny materiał do szkolenia. - Mają głowy przystosowane do nauki. Więc cały program teoretyczny przerabiamy dwa razy szybciej niż z wojskiem z poboru - mówi. Oczywiście studenci mają też braki. Szczególnie kondycyjne.

Kapitan wyciąga swój kajet i pokazuje nie najlepsze wyniki podchorążych: "brzuszki" w miarę dobrze, bieganie zaliczyła ponad połowa, z podciąganiem na drążku jest dramat. Mało kto podciągnie się więcej niż cztery razy.

- Statystyczny żak ma garb od siedzenia w ławce, zepsuty wzrok od książek, a w miarę dobrze wytrenowany jest tylko kciuk od pisania SMS-ów do panienki - ocenia jeden z wykładowców. - No, ale w końcu od tego jesteśmy, żeby ich tu trochę przećwiczyć - dodaje.

Wpływ wojskowego drylu na studenckie umysły pierwsi zauważają rodzice. Niektórzy doznali szoku, gdy na przysiędze zobaczyli swoje pociechy. Jeden z oficerów relacjonuje przysięgę poprzedniego turnusu: - Podkute buty walą w beton, chłopaki wchodzą na plac, klaty wypięte, garbate plecy wyprostowane. Rodziny milkną. Padają słowa roty przysięgi: "...Krwi własnej nie szczędzić! Tak mi dopomóż Bóg". I nie ma mocnych: mama płacze, tacie ze wzruszenia lata broda, dziewczyny mają maślane oczy.

Tomasz Molga

Dzień Dobry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje